Sztuka konwersacji i niewłaściwy czas w życiu

Ostatnio spojrzałam prawdzie w twarz – zrobiłam się nudna. I to koszmarnie. W ogóle nie ma o czym ze mną rozmawiać. Zresztą, jakiekolwiek rozmowy ograniczane są do absolutnego minimum zazwyczaj przez niesprzyjające okoliczności, a te niesprzyjające okoliczności to najczęściej osoby, które uwielbiają mówić i słuchać samych siebie tak bardzo, że trudno jest włączyć się w ich monolog. Los obdarzył mnie dwiema takimi koleżankami w pracy i chociaż je bardzo lubię, to jestem już zmęczona i znudzona ich wywodami. W takich chwilach moje młodsze koleżanki (równie znudzone jak ja), bez skrępowania sprawdzają różne rzeczy w Internecie w swoich telefonach. Ja jestem już za stara i uważam to za niegrzeczne, ale potem mityguję się, że moje gadatliwe koleżanki nie przejmują się czy ich słowotok jest męczący dla przypadkowych słuchaczy, czy nie. Zacznę ze sobą chyba zabierać książkę do pracy, żeby czytać podczas przerwy na lunch.

Poza pracą mam tyle zajęć, że jestem zbyt zmęczona na spotkania z kimś dla przyjemności i chyba dlatego wyszłam z wprawy w prowadzeniu rozmowy. Zresztą, teraz nie jest też łatwo ze mną rozmawiać. Kiedyś wystarczyło zapytać o pracę, a mogłam z prawdziwą pasją opowiadać o różnych ciekawostkach, z którymi spotkałam się podczas badań. Często spotykałam się ze stwierdzeniem: Ty na prawdę kochasz swoją pracę. I tak faktycznie było. A teraz? Teraz jeżeli ktoś zapyta mnie o pracę, mogę tylko odpowiedzieć: Jest. I to byłoby na tyle. Jestem trudną partnerką w rozmowie, bo nieco czasu mi zajmuje zanim wyłuskam się z tego pancerzyka, w którym zamykam się na co dzień. Brakuje mi nieśpiesznych rozmów o życiu, o otaczającej nas rzeczywistości, o własnych i czyichś przemyśleniach… I to rozmów, a nie jednostronnych monologów. Ostatnio takim plasterkiem na smutek duszy był wieczór z K. – w ręcznie dzierganych kapcioszkach, z lampką wina, nad pieczonym jabłkiem i snując rozmowy o przemijaniu czasu (dzięki, K.).

Faza kapcioszkowo-chilloutowa :)

Przepraszam, że temu wpisowi brakuje dobrej energii, ale czasami są takie chwile w życiu migrantki, że zastanawia się: Co ja robię tu? Co ja tutaj robię? – cytując starą piosenkę Elektrycznych Gitar. I to nie chodzi o kraj, bo po tylu latach migracji ja już nigdy i nigdzie nie będę w pełni u siebie (tak to jest z migracjami), ale o czas, przestrzeń i chwilę w życiu. Czasami wszystko jest proste i oczywiste, ale czasami tak nie jest. Czasami zwyczajnie czujesz, że jesteś w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie, a najgorsze jest uczucie, że tak może być już zawsze. Gdy ja czuję coś takiego, robię gwałtowny zwrot o 180 stopni, wprowadzając chwilowy zamęt i chaos w moim życiu, ale później wszystko układa się we właściwym kierunku. Teraz nie mam takiej możliwości i mam wrażenie, że ta sytuacja wciąga mnie jak lotne piaski na pustyni. Wiem, że przyjdzie taka chwila, gdy okoliczności będą sprzyjające, by postawić wszystko na głowie, ale zaczyna mi już brakować cierpliwości…

Pozdrawiam (nieco pesymistycznie) i do następnego razu

Informacje o Mara

"Dom..." to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało - specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-) Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

10 odpowiedzi na „Sztuka konwersacji i niewłaściwy czas w życiu

  1. Igomama pisze:

    Też miewam takie chwile. Gdy nadejdą, wydaje się, że nigdy się nie skończą…
    Na szczęście to złudzenie. Zbieramy się wówczas w sobie, „wykluwamy” do czegoś nowego. I to nowe, lepsze zazwyczaj przychodzi. Tego Ci życzę:)
    Ps. Kapciuszki – cudowne!

  2. Dominika pisze:

    Ostatnio bardzo często odczuwałam podobnie. Aż do grudnia ubiegłego roku, gdy właśnie poczułam , że nadchodzi czas zmian. Wraz z powitaniem 2017 roku (a było to zaraz po wylądowaniu samolotu w UK po powrocie z Polski) całą sobą uwierzyłam, że ten nadchodzący czas będzie przełomowy.. W końcu urodziłam się 17 lipca i siódemki mają w moim życiu duże znaczenie. .. I tak z dnia na dzień zaczęłam szukać pracy, zupełnie innej niż dotychczasowa. Porzuciłam pewne przyzwyczajenia.. Wydaje mi się, że zmiany nadchodzą w momencie, kiedy świadomie podejmujemy decyzję, że jesteśmy na nie gotowi. Po przyjęciu tej decyzji już nie ma odwrotu. Przynajmniej dla mnie. Nie jesteś nudna kochana.. wydaje mi się, że dojrzewasz właśnie do decyzji, że czas na jakieś zmiany.. I życzę Ci, żeby nadeszła tak gładko i naturalnie, jak było to u mnie.

    • Mara pisze:

      W tym momencie mam trochę bardziej niż zwykle związane ręce w stawianiu życia na głowie, ale w środku we mnie aż kipi, więc prędzej czy później ten czas zmian musi nadejść. Pozdrawiam!
      P.S. Ja jestem z 17 kwietnia :)

  3. BabaJoga pisze:

    Moze tez przechodzisz „mutacje” :) Dorastasz, stara skorupka robi sie niewygodna, szykujesz sie do jej zrzucenia ? A poniewaz do tego trzeba energii, to ja zbierasz ?
    (ja sobie tym tłumacze wzbierająca sie chec do rzucenia wszystkiego w diabły, i drastycznych zmian w zyciu towarzysko-zawodowym…)
    pozdrawiam

  4. Renata pisze:

    Kapciuszki przecudnej urody:)
    A życie pewnie samo Cię zaskoczy, tylko w swoim czasie……

  5. Marta pisze:

    W firmie w której pracuję w Norwegii jestem jedyną imigrantką i czasem też sobie zadaję pytanie „Co ja tu robię?”… Niestety zazwyczaj nie mam o czym porozmawiać z moimi norweskimi współpracownikami – inne „problemy”, zainteresowania… Liczę, że może kiedyś będzie lepiej natomiast niestety póki co pozostaje nam wyłącznie grono polskich znajomych.

    • Mara pisze:

      Grono bliskich mi osób jest dosyć międzynarodowe. Z doświadczenia wiem, że trudniej jest poznać osoby innych narodowości, bo czasami na pierwszy rzut oka może brakować wspólnych tematów. Jednak gdy uda się nawiązać nic porozumienia, to okazuje się, że dobrze rozumiemy się niezależnie od języka, którym myślimy i kultury, z której pochodzimy. No i trzeba oczywiście trafić na odpowiednie osoby, z którymi możemy ten wspólny język znaleźć. Tacy ludzie są wyjątkowi i przyjaźń z nimi niezwykle sobie cenię. Oczywiście, spotkanie towarzyskie z rodakami to w pewien sposób odpoczynek – nie trzeba wciąż myśleć i mówić w obcym języku (który wciąż jest obcy, niezależnie od tego, jak dobrze się go zna), doskonale rozumie się wszystkie niuanse językowe i kulturowe. Ostatnio zaczynam odkrywać na nowo przyjemność z prowadzenia dyskusji w rodzimym języku, zwłaszcza, że chodzi o literaturę i film :)
      Pozdrawiam serdecznie

  6. bz pisze:

    Zadałem sobie pytanie ? dlaczego mam nieodparte wrażenie chybienia miejsca i czasu, zjawiska permanentnego w moim życiu i …boję się własnych myśli, czy wszystko poszło nie tak ? niewłaściwa szkoła, studia, praca, żona czy brak docenienia tego co się ma ? o co tu chodzi? czy mam przeprowadzić rewolucję ? ale w jakim kierunku – i po co ? wkrótce i tak zejdziemy z tego padołu, wystarczy jeszcze kilka razy pojechać na wakacje, odbyć parę imprez rodzinnych a potem szlu. Tak łatwiej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.