Jentetur czyli Lądek Zdrój tam i z powrotem

Mianem jentetur określa się wycieczkę, w której udział biorą same dziewczyny/kobiety. Analogicznie organizowane są guttetur dla samych facetów. Najczęściej jentetur wiążą się z zakupami albo leżeniem na plaży, natomiast myślą przewodnią guttetur zazwyczaj jest picie alkoholu w dużych ilościach. To tyle tytułem wprowadzenia.

Ostatni weekend spędziłyśmy z moją przyjaciółką w Londynie zostawiając naszych mężczyzn w domach. Żartobliwie nazywam tę wycieczkę jentetur, chociaż nie było w niej ani specjalnie dużo kupowania, ani żadnej plaży. Ale po kolei.

Na pociąg na lotnisko poszłam prosto z pracy, bo akurat tego dnia w Lillehammer odbywał się kolarski Norway Cup 2017 i całe miasto + droga do mojej wioski były zamknięte. Bałam się, że jak pojadę do domu, to potem nie zdążę na pociąg. Jak pech, to pech.

To właśnie z ich powodu miasto zostało sparaliżowane

Leciałyśmy w piątek wieczorem z lotniska Oslo (dawniej Oslo Gardermoen – główne lotnisko norweskie) liniami Ryanair. Tymi liniami leciałam po raz pierwszy i muszę przyznać, że chociaż zarówno Ryanair, jak i Norwegian (którym zazwyczaj latam) należą do segmentu tanich linii lotniczych, to zdecydowanie Ryanair nie dorasta do pięt Norwegianowi. Uczciwie jednak przyznaję, że jest nieco lepsze od Wizzair. Co od razu uderzyło mnie w samolocie, to brak jakiejkolwiek kieszeni na podręczne przedmioty przy fotelu.Wkładając bagaż do schowka, wodę, czytnik książek i batonik musiałam trzymać na kolanach. Później okazało się, że załoga ma w nosie podstawowe procedury bezpieczeństwa – nie oczekiwali, żeby przy starcie czy lądowaniu elektronika była wyłączona, słuchawki zdjęte z uszu, stoliki złożone, a butelka wody jednego z pasażerów leżała podczas całego lotu na środku korytarza i była doskonale ignorowana przez personel pokładowy. Oczywiście podczas lądowania butelka poturlała się z impetem do przodu. Gdyby podczas lotu zaistniały jakiekolwiek turbulencje, ktoś mógłby nią dostać w głowę. To tyle na temat profesjonalizmu załogi Ryanair. Jednak dolecieliśmy szczęśliwie tam i z powrotem, więc nie będę narzekać. Lądowaliśmy na lotnisku London Stansted, a stamtąd pociągiem dotarłyśmy na stację Liverpool Station. Komunikacja w Londynie jest droga, ale bilety na pociąg kupiłyśmy wcześniej przez Internet, więc wyniosło nas to trochę taniej. Gorzej było z metrem, ale i tak jego cena nie przekraczała tego, co muszę płacić w Oslo, gdy najdzie mnie ochota pojeździć komunikacją miejską. Wiecie, mieszkanie w jednym z najdroższych krajów świata ma pewną zaletę – niemal wszędzie, gdzie trafisz, jest taniej ;-)

Charakterystyczne dla Londynu autobusy piętrowe (w nowszym wydaniu) widziałam na każdym kroku, chociaż nie dane mi było z nich skorzystać

Zarezerwowałyśmy pokoje w hotelu sieci Travelodge na ulicy City Road i byłyśmy z nich zadowolone. Pokoje czyste, wygodne, obsługa miła, jedynym zgrzytem były śniadania, które dla wegetarian nie pozostawiały zbyt wiele pola do manewru. Dodatkową zaletą było położenie hotelu – w odległości 7-10 minut od stacji trzech linii metra, a do Trafalgar Square miałyśmy 40 minut na nogach. Czyli nocleg był trafiony.

Pierwszego dnia, zgodnie z planem, wybrałyśmy się do The British Museum. Przed wyjazdem koleżanka ostrzegała mnie, że do tak zwanego Muzeum Dóbr Skradzionych (The Museum of Stolen Goods) są koszmarne kolejki, toteż pognałyśmy z przyjaciółką wcześnie rano (około godziny otwarcia 10.00) i bez żadnej kolejki weszłyśmy do budynku muzeum. Wiedziałam, że muzeum jest ogromne, więc przeznaczyłyśmy na nie kilka godzin. Przeładowane wrażeniami z wystaw wyszłyśmy z niego około 15.30 i wtedy okazało się, że kolejka do wejścia ciągnie się aż na ulicę i ma z kilkadziesiąt metrów. Opłaciło się rano wstać ;-) Zbiory muzeum są niezwykle bogate – ja zachwycałam się starożytną sztuką grecką, celtycką i nowszą wikińską. Zrobiłam całe mnóstwo zdjęć zachwycających eksponatów i udało mi się wyciągnąć kilka ciekawych wniosków, patrząc na rozwój sztuki jubilerskiej na przestrzeni setek lat (chodzi tu o pewne specyficzne elementy zdobnicze wędrujące od Bliskiego Wschodu po Anglię i Skandynawię). Okazało się też, że jednym z najpopularniejszych kamieni szlachetnych w wiekach wczesnych był granat. Strój historyczny i jego elementy to taki mój konik, a wizyta w Muzeum Brytyjskim pogłębiła moją wiedzę na ten temat. To nie zmienia faktu, że najchętniej wróciłabym tam jeszcze co najmniej kilka razy i na każdy okres historii przeznaczyłabym po całym dniu :) Poniżej prezentuję wam kilka smaczków z muzeum:

Wejście do the British Museum

Zdjęcie nie oddaje niezwykłej urody tej greckiej rzeźby (gość mi się skojarzył z Elvisem Presleyem ;-) )

Egipskie malowidła naścienne zrobiły na mnie wielkie wrażenie dbałością o detale i kolorami

Pierwszą bejsbolówkę na świecie zrobili Celtowie ;-)

Wielkie ilości złotych bransolet i naszyjników pochodzących z odnalezionych celtyckich skarbów

Mam teorię, że niektóre zapinki podkowiaste używane były jako tajna broń ;-)

Złoty łańcuch na ciało z Bizancjum

Rekonstrukcja celtyckiego hełmu – miodzio

Po godzinach spędzonych w muzeum zdecydowałyśmy się zaszaleć i zjeść obiad w restauracji wegetariańskiej polecanej przez portal Tripadvisor. Wild Food Cafe trochę trudno było znaleźć, ale w końcu nam się udało. Restauracja leżała na piętrze w budynku w pewnym niezwykle urokliwym zakątku. Była malutka i pełna po brzegi. Jedzenie było dosyć wymyślne i miało swoją cenę, ale przynajmniej było smaczne.

To jedno z takich magicznych miejsc :)

Potem wybrałyśmy się na Oxford Street, ale zaczęło trochę padać, więc na czas deszczu schroniłyśmy się u Marksa&Spencera. Później w poszukiwaniu miłego miejsca do odpoczynku trafiłyśmy do herbaciarni Tea Life i uraczyłyśmy się po imbryczku herbaty z ciasteczkiem mochi z nadzieniem z zielonej herbaty.

W tym sklepie/herbaciarni była przecudna ceramika. Dobrze, że miałam tylko bagaż podręczny, bo chyba skusiłabym się na coś więcej niż dwie figurki ręcznie malowanych kotków ;-)

Po tak intensywnym dniu padłyśmy w hotelu. Ale niedziela zapowiadała się podobnie bogata we wrażenia, tylko pogoda miała być lepsza. I była. Całą niedzielę było cudne słońce, które grzało tak mocno, że biegałam po Londynie w podkoszulce z Totoro ;-)

Naszym pierwszym celem tego dnia było Camden Town i jego słynny targ. Zamknięcie pobliskiej stacji metra trochę nam namieszało i zmusiło do przejścia się do następnej stacji. Jednak nam ten nieoczekiwany spacer o poranku bardzo się spodobał. Wreszcie trafiłyśmy na Camden Street i nas zatkało. Czy to ma być ten słynny targ? Ta ulica pełna kiczu dla turystów produkowanego w Chinach? Zdegustowane i rozczarowane poszłyśmy wzdłuż ulicy i leżących przy niej budynków o śmiesznych fasadach. I nagle skręciłyśmy w coś, co wyglądało jak mały plac targowy, a tam zaskoczenie. To właśnie dopiero tam zaczynał się prawdziwy targ w Camden pełen ślicznego i wysokiej jakości rękodzieła. Zachwycone przepychałyśmy się od stoiska do stoiska, podziwiając pracę artystów. Potem trafiłyśmy na placyk przy kanale wodnym z budkami oferującymi jedzenie. Zmęczone i głodne wchłonęłyśmy indyjskie żarcie zawinięte w placek naan. Było pyszne.

Śmieszne i trochę kiczowate fasady budynków na Camden Street

Tutaj dawali jeść i to dobrze :)

Gdybym tylko miała możliwość przewiezienia, kupiłabym coś takiego na ścianę do salonu :)

Potem postanowiłyśmy, wzorem rasowych turystek, zaliczyć Big Bena i Trafalgar Square. Niestety, najbliższa stacja metra była zamknięta, więc podreptałyśmy do następnej. Wysiadłyśmy na stacji Embankment i postanowiłyśmy zrobić sobie krótka przerwę w parku Whitehall Gardens. Siedziałyśmy sobie na ławeczce w miłym półcieniu, z widokiem na London Eye.

Krótki chilloucik :)

Nic co dobre, nie może trwać wiecznie. Wreszcie zebrałyśmy się i poszłyśmy pod Big Bena, mijając po drodze New Scotland Yard. Okazało się, ze na przeciwko Westministeru jest posąg Boudicci na rydwanie i w towarzystwie córek. Dla nie wtajemniczonych – Boudicca to celtycka królowa, która wklepała Rzymianom. Tłumy turystów w tym miejscu były nieprzebrane, więc szybko stamtąd uciekłyśmy.

Romantyczne wyobrażenie celtyckiej twardej baby

Big Ben z niecodziennej perspektywy ;-)

Trafalgar Square okazał się miejscem mało imponującym, więc w poszukiwaniu ciekawszych widoków udałyśmy się nieco w lewo, pod Buckingham Palace. Tenże też nie zrobił na nas jakiegoś specjalnego wrażenia, więc skręciłyśmy do Parku Królewskiego, który był strzałem w dziesiątkę (pomimo przytłaczającej ilości turystów).

Miejsce pełne zieleni, wody i ptactwa

Na ulicach Londynu można usłyszeć chyba wszystkie języki świata, ale my musiałyśmy usiąść obok nastolatki, która rozmawiała po polsku z koleżanką. Jak pech, to pech, bo nastolatka okazała się nie być najinteligentniejszą osobą. Gdy koleżanka do niej dołączyła i zaczęły rozmawiać o ostatniej imprezie, nie dałam rady i poszłyśmy sobie stamtąd. Postanowiłyśmy pójść do prawdziwego angielskiego pubu i tak tez się stało. Przy Trafalgar Square znajdował się obiecujący pub Lord Moon of the Mall – ciemne, drewniane ściany, lustra i dosyć fajna atmosfera. Tam spożyłam India Pale Ale, o którym kiedyś słyszałam i byłam ciekawa jego smaku, ale piwo okazało się dosyć cieniutkie. Potem doszłyśmy do wniosku, że jest piękna pogoda i szkoda nam jej na jeżdżenie metrem, więc trasę z Trafalgar Sq. w okolice Liverpool Station pokonałyśmy na piechotę, zahaczając przy okazji o katedrę St. Paul. Wróciłyśmy zmęczone, ale zadowolone. Następnego dnia rano pojechałyśmy na lotnisko, by wrócić do naszej Norwegii.

Z perspektywy kilku dni, gdy moje przeżycia już się uporządkowały, uważam, że Londyn to miasto, które da się lubić i ja je polubiłam, pomimo, że spędziłam tam faktycznie tylko dwa dni. Jest w nim mnóstwo mniejszych i większych drobiazgów, które sprawiają, że tak wielkie miasto jest przyjazne obcym. Zapewne znaczącym czynnikiem było też odpowiednie towarzystwo – z moją przyjaciółką znamy się od ponad 11 lat i na migracji przeżyłyśmy wspólnie dobre i złe chwile, i zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. Teraz razem wybrałyśmy się na wycieczkę i spędziłyśmy bardzo intensywnie, ale też i bardzo miło wspólny weekend. Zapewne też inaczej odebrałybyśmy Londyn, gdyby padało, ale na szczęście deszczu spadła zaledwie odrobina :)

To tyle mojej relacji z wycieczki do Lądka Zdroju ;-) Pozdrawiam i do przeczytania!

Informacje o Mara

„Dom…” to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało – specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-)
Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Jentetur czyli Lądek Zdrój tam i z powrotem

  1. JuNo pisze:

    Uwielbiam Londyn! Fajnie znaleźć się w nim na chwilę i obejrzeć go Twoimi oczami. Dziękuję za tą trochę nostaligiczna z mojego punktu widzenia wycieczkę.

  2. Maria pisze:

    my też planujemy tam wrócić bo na muzea 11 dni to było zdecydowanie minimum i za mało :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.