Urlop

Słuchajcie, słuchajcie! Mam urlop! Co prawda tylko tydzień, ale jednak jest to urlop i to w dodatku w lecie (nie pamiętam, kiedy miałam urlop w lecie, chyba w jakiejś zamierzchłej przeszłości). Teraz też, jak ta oślica, zarezerwowałam sobie tylko tydzień, bo miałam plany/nadzieję na tę mityczną podróż do Japonii na jesieni (mityczny nie jest sam kraj, ale moje starania by się tam udać – zawsze wypada coś ważniejszego). Niemniej urlop mam i nawet nie pada, chociaż zimno jest jak to w lecie przy północnym wietrze.

Cóż mogę powiedzieć o moim urlopie? Zazwyczaj wolne dni wyglądają tak – pisanie, szycie, pomoc przy budowie i żarcie. I tak w kółko. Wieczorami jeszcze lampka wina. Prawdziwa rozpusta. Raz udało mi się nawet 20 minut poleżeć na słońcu, zanim zimny wiatr nie zagonił mnie do domu. Wczoraj jednak wyłamałam się od reguły – pojechaliśmy w dalekie rejony Gór za Oknem i ruszyliśmy na podbój jednego z wyższych pasm górskich w mojej okolicy, Synnfjell. Przyznaję, to ja wybrałam punkt docelowy i trasę, i chociaż Połówek poddawał w wątpliwość czy wiedziałam, co robię, to wszystko było dokładnie przemyślane. Celowo postawiłam przed nami tak wymagającą trasę i doskonale wiedziałam, jak wysoko będziemy się wspinać (1414 m.n.p.m) i jak długa to trasa. Czymże jest życie bez wyzwań? ;-)

Często tęskniłam za moimi ukochanymi Bieszczadami i wędrówkami po Połoninach, gdzie oczy poniosą. Nigdy jednak nie miałam czasu, żeby podczas wizyty w Polsce, wyskoczyć nawet na te dwa, trzy dni w góry. Wczoraj odkryłam, że Połoniny, chociaż surowsze i bardziej wietrzne, mam w odległości 30 km od domu (mieszkam tu ponad 11 lat). Jak to się mówi, lepiej późno niż wcale ;-) Duchy Gór były bardzo przyjazne, bo gdy zażyczyliśmy sobie zobaczyć leminga, po chwili znaleźliśmy takiego na ścieżce. Co prawda był martwy, ale umarł chyba dopiero co, bo wciąż wyglądał jak duży chomik o ślicznym futerku. Uściśliliśmy więc nasz prośbę do Duchów Gór, że chcieliśmy zobaczyć leminga, ale myśleliśmy o żywym. Nie minęło wiele czasu, a Połówek przez przypadek przepłoszył spomiędzy kamieni leminga w pełni sił witalnych :) Poprosiłam, żeby nie padało, pomimo ciężkich chmur wędrujących nad Synnfjell i nie spadła ani jednak kropla. W ramach gratisu zobaczyliśmy mamę cietrzewia ze stadkiem jej pociech, tuptających kilka metrów od nas. I jak tu nie lubić takich Duchów? Full service :D

A oto kilka fotek z naszej wyprawy:

Początkowo szliśmy przez taki sympatyczny lasek

Wyprawa w góry jest jak życie – jest ciężko pod górę, ale gdy dotrze się na szczyt, duma rozpiera. Ważne, by nie rezygnować, gdy widzi się trudności.

Tak, to są właśnie trudności ;-)

Czasami można trafić na coś, co wygląda jak wyjęte żywcem z innej bajki

W surowym otoczeniu ten strumień wyglądał, jak oaza

Krótka przerwa w drodze na szczyt

Na szczycie stało wiele świątyń postawionych Duchom Gór ;-)

Surowy krajobraz

Spåtind – nasz punkt docelowy

Potem było już z górki ;-)

Do następnego razu!

Informacje o Mara

"Dom..." to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało - specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-) Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Jedna odpowiedź na „Urlop

  1. JN pisze:

    Malowniczo. Podziwiam odporność na chlody- mnie od samego patrzenia na Wasze piękne fotki przechodzą dreszcze.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.