Dziewczyny i samoobrona

Z tym wpisem nosiłam się już dosyć długo, ale na fali ostatniej akcji #metoo #jatez , widzę, że ważne jest mówić o takich rzeczach. Dla tych, którzy nie wiedzą, wspomniana akcja na Facebooku odnosi się do molestowania seksualnego kobiet i swoim zasięgiem pokazuje, jak olbrzymi jest to problem.

Pierwszy raz padłam ofiarą molestowania w przestrzeni publicznej w wieku 11 lat, a później niestety stała się ona dla mnie codziennością, z którą jakoś musiałam żyć. Niby to nie było nic groźnego, ale dla osoby tak nieśmiałej, jaką byłam w tamtych czasach, to był prawdziwy koszmar. Między innymi dlatego, by jakoś podbudować swoją pewność siebie, zaczęłam trenować sztuki walki. Moją pierwszą miłością było karate kyokushin – twardy i brutalny sport, ale jednocześnie do dzisiaj mój ulubiony. Mam wrażenie, że dzięki treningom i znajomościom, które wtedy zawarłam, udało mi się uniknąć wielu bardzo nieprzyjemnych sytuacji. To ważne, zwłaszcza, gdy ma się 175 cm wzrostu i waży się nędzne 47 kilogramów. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, żeby chodzić po ulicach i tłuc każdego, kto na ciebie krzywo popatrzy (jak z nudów robili moi koledzy), ale by w sytuacji prawdziwego zagrożenia zadziałały wyuczone odruchy. U mnie to zadziałało, ale na szczęście zmuszona byłam do tego tylko raz. Z drugiej strony, gdy trzech karków obmacało mnie na ulicy Krakowa w biały dzień (ubrana byłam w stary, gruby sweter i sztruksy, i według mnie samej wyglądałam najmniej atrakcyjnie, jak tylko mogłam), nie mogłam zrobić nic, jak ich tylko zbluzgać. Za ten bluzg prawie mnie pobili. Nie dość, że ktoś naruszył moją nietykalność cielesną, do której mam prawo, jak każdy inny, to jeszcze zostałam zwyzywana od najgorszych. Po tym wszystkim tydzień miałam doła i nie miałam ochoty wychodzić z akademika. Może innego dnia by mnie to nie ruszyło, ale tego akurat było inaczej. Dlaczego ktoś rości sobie prawo do dotykania mnie w intymne strefy? Dlaczego ja nawet nie mogę zaprotestować? To trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi.

Wracając do tematu uważam, że każda dziewczyna powinna co najmniej przejść kurs samoobrony, bo nie wiadomo, kiedy jej się to przyda. Kulturowo pokutuje przekonanie, że kobiety z założenia powinny być ofiarami. Gdy zostaną napadnięte, to mogą ewentualnie wołać o pomoc i czekać aż zjawi się książę na białym koniu i je uratuje. A co, jeżeli takiego księcia nie ma w pobliżu? Albo nie ma ochoty narażać się dla jakiejś obcej baby? Wtedy zostajemy same. My i napastnik. Bardzo podobała mi się postawa Fiony w Shreku IV, gdzie uwięziona w wieży księżniczka wzięła sprawy w swoje ręce, zamiast czekać na wybawcę.

Fiona, która nauczyła się dawać sobie radę sama.

Słyszałam też argumenty, że trenowanie sztuk walki czy sportów siłowych, to takie niekobiece. Wybaczcie, ale przy czymś takim ręce mi opadają. Jak ważna będzie twoja kobiecość, gdy ktoś będzie cię okładał pięściami po głowie aż złamie ci nos, szczękę, zedrze majtki i zgwałci? A potem zostawi w krzakach, żebyś wykrwawiła się albo zamarzła na mrozie. Pewnych sytuacji nie da się przewidzieć, ale można podjąć działania, żeby im przeciwdziałać albo zminimalizować możliwość ich wystąpienia.

Rozumiem, że można nie lubić przemocy i nie czuć się dobrze w „inwazyjnych” (jak je nazywam) sztukach walki, jak chociażby karate. Jednak są też inne, bazujące na technice i wykorzystujące siłę przeciwnika, jak tai chi czy aikido. To bardziej jak taniec, niż walka, ale uwierzcie mi, skuteczne :) Sama teraz z wielką przyjemnością trenuję aikido, a wcześniej liznęłam trochę judo i uważam to za świetną zabawę.

A to ja, „niekobieco” kopiąca yoko geri na wysokość jodan. Tak, wiem, stopa nie do końca dobrze ustawiona, ale to dopiero niebieski pas – początki :)

Teraz mieszkam w kraju, w którym molestowanie w przestrzeni publicznej niemal nie istnieje. Co się dzieje w domach, za zamkniętymi drzwiami, to zupełnie inna sprawa, jednak na ulicy nikt nie „puści” ci nieprzyjemnego komentarza, bo wydaje mu się, że ma do tego prawo. I jeszcze powinnaś mu być wdzięczna, bo wykazał zainteresowanie twoją osobą (nie, nie zmyślam, tak bywa na polskich ulicach). Kilka tygodni temu rozpoczęłam dyskusję w pracy w przerwie na lunch na temat reakcji w obliczu fizycznej agresji. Jestem badaczką, więc gdy zastanawiam się nad jakimś tematem, to staram się skonfrontować go z doświadczeniem innych osób. Z uwagi na to, że jestem blisko z moimi koleżankami, nie uznały tego za dziwny temat, ale za coś, co faktycznie trzeba przemyśleć. Okazało się, że żadna z nich nigdy nie była w takiej sytuacji (i bardzo dobrze), ale gdyby się znalazły, to zupełnie nie wiedziałyby, co zrobić. Sparaliżowałoby je. Dzięki dyskusji z nimi doszłam do wniosku, że sztuki walki pomagają także właśnie w tej sytuacji – pomagają oswoić agresję. W zależności od rodzaju treningu doświadczasz szarpania, pchania, uderzania, kopania, wykręcania, duszenia (to judo :) ), ale jest to robione w formie pewnego rodzaju zabawy, która cię z tym oswaja i nie czujesz się zagrożona. Gdy więc staniesz w obliczu prawdziwego fizycznego zagrożenia, nie sparaliżuje cię i będziesz mogła nawet zwiać (co zawsze zalecam, gdy jest taka możliwość).

Nie posądzajcie mnie o to, że uważam za zły cały rodzaj męski. Absolutnie nie. Mam fantastycznych przyjaciół-facetów, a mój Połówek to najlepszy facet na świecie (100 razy lepszy niż ja), jednak statystyki nie kłamią – to mężczyźni atakują kobiety. Odwrotnie (chociaż to się zdarza), to przypadki jednostkowe.

Uff… Wyrzuciłam to z siebie. Uwierzcie mi, to nie był wpis impulsywny. Długo nie wiedziałam czy w ogóle go pisać, ale uważam, że najwyższa pora zmienić nasze myślenie na temat własnej nietykalności cielesnej. Mamy do niej pełne prawo. I mamy prawo jej bronić.

Pozdrawiam!

Informacje o Mara

„Dom…” to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało – specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-)
Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)

Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

5 odpowiedzi na „Dziewczyny i samoobrona

  1. Joanna pisze:

    Fajny wpis. Ja dopiero teraz „zabrałam się za siebie”. Zrobiłam kurs pracownika ochrony, za tydzień drugi- posługiwanie się gazem łzawiącym. Znalazłam fajną firmę oferującą kursy z najlepszymi i mam ochotę ją w pełni wykorzystać. Ale po cichu mam nadzieję, że te kursy nigdy nie będą mi potrzebne. Pozdrawiam :-)

  2. Tak, ważny post.

    To straszne, bo kobiety sa traktowane jako niższe i gorsze juz od dawna, od tysiacleci, i to nie tylko na Zachodzie ale i w kulturach Wschodu, gdzie niby jest taka duchowosc itd.
    Niestety.
    Zatem Twoj post bardzo praktyczny !
    Kobieta powinna byc pod ochroną brata, ojca czy partnera, no ale w naszych czasach jak potrafi np maigeri wykonac to i tez super… uzytecznosc jest zasadą. Osu !

    Wrzucam w tym temacie kilka zdan z mojego bloga i nowego artykuliku o sytuacji w Europie, dotyczy dawnego obozu dla imigrantow w nadgranicznej Ventimiglia, czyli w słonecznej Italii :

    „Zgrzytem, o którym nie każdy wie, był gwałt zbiorowy uchodźców na dziewczynie w tym obozie, europejskiej aktywistce, ukrywany przez kilka tygodni przez jej towarzyszy « dla dobra sprawy imigrantów » ”

    No niestety…

    A co do zmeczenia Norwegią , to rozumiem i jednak polecam banalne wygrzewanie sie na plażach w cieplejszych, a przez to bardziej optymistycznych krajach hehe…to sie nie nudzi. I słoneczna prana to jest ono ;-)
    Pozdrowienia,

  3. Sabina pisze:

    Ja z rezerwą podchodzę do akcji „jateż”. Owszem, cel szczytny, tylko czasami mam wrażenie, ze osoby znane z mediów mają silne parcie na szkło (czytaj: chce być stale widzialne, wiec muszą doświadczyć różnych doznań). Mam swoje lata (o matko, jak to brzmi), ale nie przypominam sobie, żeby dochodziło do czegoś takiego gdy byłam młodą dziewczyną. Po prostu mężczyzna tak się nie zachowywał, a same kobiety były inne. Inaczej się zachowywały. Takie było wychowanie. Tego nauczyły nas matki i ojcowie. Taki braliśmy przykład. Nie trzymało się rąk w kieszeni w rozmowie z dorosłymi, skupiało się na tym, kto co mówi do kogo. Żyjemy w czasach ogólnego schamienia. Wulgaryzmy, brak szacunku, odczłowieczenie. Jeśli nie zaczniemy sami od siebie i swojego otoczenia wymagać, nic nam w tym nie pomoże.
    Ale może jestem staroświecka…..

    Zapraszam do siebie. Będzie miło, gdy ktoś poczyta, skomentuje.
    http://trzebamiecroznepasjerozne.blogspot.com/

  4. No niestety racja, Sabino…

    Ale z drugiej strony, nadal normalne ludzie, tzn kulturalne, istniejo ;-)

    Pewnie w dawniejszych czasach tez byly takie zjawiska, a raczej : na pewno,
    jednakze media nie byly tak rozbuchane i mniej sie mowilo o tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.