Plaże, góry i stolyca :)

Trochę się ogarnęłam z rzeczywistością, zrobiłam sobie przerwę w pisaniu raportu, więc chyba czas najwyższy, żeby wrzucić kilka zdań na temat naszego wyjazdu urlopowo-przedświątecznego na Kanary. Zgodnie z tytułem wpisu były plaże (więcej niż jedna), były góry (niemal wyłącznie), no i była stolica (całkiem spora, jeżeli popatrzymy na nią z perspektywy norweskiej). Ale po kolei.

Zacznijmy od początku – na miejsce i z powrotem lecieliśmy liniami Norwegian, które osobiście bardzo lubię i którym jestem mniej lub bardziej wierna (ale bez przesady). Lot był bezpośredni, więc pozostawało tylko nie zanudzić się przez te kilka godzin w samolocie. Port lotniczy na Gran Canarii przywitał nas słońcem i silnym wiatrem, ale spodziewaliśmy się tego, bo przed wylotem sprawdziliśmy pogodę, więc zaskoczenia nie było. Na lotnisku wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy do oddalonego o jakieś 10-15 minut od lotniska miasteczka Aguimes. Stara część miasteczka to urokliwe miejsce, gdzie można spacerować wąskimi uliczkami i podziwiać palmowo-kaktusowe ogrody.

Wąskie uliczki historycznej części Aguimes

Dla ludzika z Północy wielkie palmy, to jest coś :)

Pierwszy raz też spotkałam się z figurami psów, co nieco mnie zaskoczyło. Okazało się, że psy mają specjalne znaczenie dla Kanaryjczyków, bo na Gran Canarii i Teneryfie została wyhodowana specjalna rasa psów stróżujących i pasterskich, a także niestety do walk, Dog Kanaryjski.

Ja i pieski

Uprzedzam, będzie więcej zdjęć ze mną i Połówkiem, bo zebrał mi się opieprz od przyjaciółki, że w galerii z Gran Canarii nie ma ani jednego zdjęcia z nami. Obiecałam się poprawić, więc macie :)

Hotel, w którym się zatrzymaliśmy, znajdował się w starej kamienicy i starano się go stylowo urządzić. Był całkiem w porządku, oprócz jednej sprawy – brakowało ciepłej wody. To znaczy była, przez pierwsze 2 minuty, a potem zamieniał się w letnią. To poważny mankament, jak dla mnie, gdy nie mogę wziąć prysznica po podróży. Potem okazało się, że Gran Canaria to bardzo „sucha” wyspa i woda to towar czasami deficytowy.

Drzwi do naszego pokoju miały ze 2,5 metra wysokości i maksymalnie 60 cm szerokości. I mówię tu o obydwu skrzydłach.

Śniadanie jedliśmy w budynku innego hotelu, ulicę dalej. Było całkiem dobre, nawet dla wegetarian.

Z Aguimes pojechaliśmy prosto do Barranco de Guayadeque – czyli głębokiego i długiego wąwozu, który porośnięty jest stosunkowo bujną (jak na Gran Canarię) roślinnością i gdzie można spotkać tradycyjne domy w jaskiniach.

Gdy się wpatrzycie, będziecie mogli dostrzec kolorowe domki jaskiniowe, ukryte na zboczu wąwozu, pomiędzy bezlistnymi o tej porze roku sadami migdałowymi.

Zostawiliśmy samochód na końcu drogi, na parkingu pod restauracjami i poszliśmy szukać kaldery wulkanicznej Caldera de los Marteles, jednej z wielu na wyspie. Padał deszcz i wiał silny wiatr. Na pewnej przełęczy był tak porywisty, że odpuściłam wspinaczkę, bo miałam wrażenie, że chce mi urwać głowę.

Chociaż deszczowo, to okoliczności przyrody niezwykłe :)

Byliśmy tak zniesmaczeni pogodą, że pojechaliśmy na plaże Maspalomas, gdzie niemal zawsze świeci słońce. Taaa… Słońce świeciło, a jakże, ale wiatr wiał taki, że nie dało się wyjść na wydmy. Zagrzaliśmy się i uciekliśmy do naszego następnego hotelu Hotel Las Tirajanas w San Bartolome.

Diuny w Maspalomas przy bardzo silnym wietrze – zasypywało piaskiem oczy i usta tak, że nie dało się ani patrzeć, ani oddychać.

A to mu i jacyś desperaci w tle na sesji zdjęciowej na diunach.

Miasteczko San Bartolome okazało się małą, sympatyczna pipidówką na zboczu pasma gór. Sam hotel Las Tirajanas mile mnie zaskoczył. Co prawda ma 4 gwiazdki, ale z tymi gwiazdkami to jest różnie (przynajmniej w Norwegii). Każdy z pokojów w hotelu miał przepiękny widok na dolinę otoczoną górami, taki sam widok był z restauracji, a dookoła hotelu był piękny ogród. Pokoje były duże i urządzone były w stylu południowym, w ciepłych kolorach. Miło się tam mieszkało podczas naszego pobytu.

Nasz pokój hotelowy.

Widok z balkonu pokoju hotelowego w San Bartolome.

Następnego dnia, po pysznym śniadaniu, pojechaliśmy na objazdówkę po wyspie. Dzikimi, super-krętymi drogami zjechaliśmy do miasteczka nadmorskiego Puerto de Mogan, gdzie chwilkę posiedzieliśmy na nabrzeżu, zobaczyliśmy masy turystów z Niemiec i Skandynawii i uciekliśmy w góry.

Kolejny selfik, tym razem z wybrzeża w Puerto de Mogan.

Dalej podróżując wijącymi się w poprzek stoków gór drogami dotarliśmy pod Azulejos – warstwy skał o tęczowym zabarwieniu, gdzie przetwory i sok owocowy sprzedawała w kramie jedna tubylka. Kram i sok opisany jest w przewodniku, ale to po prostu wabik na turystów.

Kolorowe skały Azulejos (a przynajmniej ich kawałek).

Spod Azulejos pojechaliśmy w kierunku miejscowości La Aldea. Ta część wyspy okazała się w dużo mniejszym stopniu nawiedzona przez turystów. Tym lepiej dla nas, bo my jesteśmy dzikusy z Norwegii i lubimy doświadczać natury w spokoju :) Przez La Aldeę dojechaliśmy do mojego ulubionego miejsca na Gran Canarii, do Playa de la Aldea. To dosyć dzikie miejsce, gdzie ocean z mocą rozbija swoje fale o czarne piaski i kamienie plaży i nabrzeża. No, cudnie było :)

Mój ulubiony widok. Zapadł mi w pamięć na dobre :)

To my wyszczerzeni na falochronie :)

Ja z niemal nieodłącznym aparatem przy oku.

A tutaj prezentuję moje przeraźliwie białe łydki, podczas gdy silny wiatr targa mi włosy :)

Z Playa de la Aldea ruszyliśmy najkrętszą chyba pod kanaryjskim słońcem drogą wzdłuż zachodniego wybrzeża wyspy, gdzie zbocza wulkanicznego pasma górskiego schodzą prosto do oceanu. Mieszkając w norweskich górach, myślałam sobie: Kręte drogi? A co mi tam, nie mogą być bardziej kręte niż u nas. No i tu się myliłam. Tej drogi nie polecam nikomu z lękiem wysokości i o słabych nerwach :) Niemniej, widoki są niepowtarzalne :-)

Po powrocie do hotelu padliśmy na twarz i spaliśmy do rana. A nie, nie prawda. Najpierw odwiedziliśmy zaprzyjaźnione już bistro w centrum wiochy, gdzie kucharz obiecał zrobić specjalnie dla nas wegetariańską zupę. Nie można było nie pójść ;-) Potem padliśmy :)

Następnego dnia pojechaliśmy na najwyższy szczyt Gran Canarii, Pico de las Nievas, z którego świetnie było widać Roque Nublo, najbardziej znany szczyt wyspy. Wysoko w górach była inna szata roślina, bardziej dla nas swojska – lasy iglaste, sady, uprawy. No i dopadliśmy kalderę, do której nie dotarliśmy pierwszego dnia po przylocie. Weszliśmy do niej od innej strony.

Widok na Roque Nublo z najwyższego szczytu Gran Canarii, Pico de las Nievas. W oddali widać wielki wulkan na Teneryfie.

My i kaldera w tle :)

Po powrocie do San Bartolome zajrzeliśmy do miejscowej winnicy Bodega de las Tirajanas, gdzie przetestowałam dwa wina i dwa wina z winogron uprawianych na wulkanicznej glebie zakupiliśmy. Teraz właśnie jedno piję i jest pyszne :)

Piwnica z winami.

Potem, korzystając z długiego, kanaryjskiego popołudnia, pojechaliśmy do La Fortaleza – muzeum i miejsca, gdzie mieszkali tubylczy mieszkańcy, zanim wybili ich Hiszpanie.

Następnego dnia trzeba było się już wymeldować z naszego ulubionego hotelu, odstawić samochód i dojechać autobusem z lotniska (gdzie odstawialiśmy auto) do stolicy Gran Canarii, Las Palmas. Przed południem, korzystając z ostatnich godzin z własnym autem, pojechaliśmy pospacerować plażą i diunami w Maspalomas, najbardziej turystycznym miejscu Gran Canarii. Maspalomas to miejsce, które niemal w całości zabudowane jest wielkimi hotelami i bungalowami dla turystów. Na plaży było trochę ludzi, a część z nich całkiem nagich. Czytałam, że dla naturystów jest wyznaczona specjalna plaża, ale chyba oni tego nie czytali. Nagie, tłuste zadki i inne elementy ludzkiego ciała można było zobaczyć na całej długości kilkukilometrowej plaży. O ile na początku mi to nie przeszkadzało, o tyle pod koniec spaceru, to stało się irytujące. Wracając, postanowiliśmy chwilę posiedzieć na wydmie – odpocząć i powylegiwać się w słoneczku. Oj, było miło i cieplutko, ale po 20 minutach zaczęło mi się nudzić ;-)

Grzeję cielsko w słoneczku :)

Nie ma, nie ma wody na pustyni… Za to są wielkie baby brnące przez piasek ;-)

W Las Palmas zameldowaliśmy się w Hotel Parq w centrum miasta. Pokój był duży i wygodny, ale nie tak fajny jak w San Bartolome. Niemniej położenie miał bardzo dobre – na skraju historycznej dzielnicy, Vegueta, przy parku i nad oceanem. Nie narzekam, było ok, chociaż ze śniadaniami dla wegetarian mogliby się bardziej postarać.

Widok z okna hotelowego w dzień…

… i w nocy.

O Las Palmas następnym razem :)

 

Informacje o Mara

"Dom..." to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało - specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-) Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.