Obcy w obcym kraju

Tytuł dzisiejszego wpisu zapożyczyłam z powieści Roberta A. Heinleina, bo jakoś zawsze najbardziej pasował mi do opisania uczucia, jakiego doznaje chyba każdy migrant w nowym kraju. My jesteśmy obcy i kraj, w którym żyjemy jest obcy – jesteśmy obcy dla siebie nawzajem. Dzisiaj napiszę wam o czymś, o czym pisało już wiele osób i o czym ja pisałam już nie raz. Patrząc jednak na to zagadnienie z tego miejsca, w którym znajduję się dzisiaj, dochodzę do wniosku, że to uczucie zmienia się z czasem, nie słabnie, ale ewoluuje. A o czym będę dzisiaj pisać? O samotności. O samotności na obczyźnie, która jest zupełnie innym rodzajem samotności, niż ten, z jakim mamy do czynienia w ojczyźnie. Będzie trochę naukowo i trochę osobiście.

Kiedyś spotkałam się ze stwierdzeniem, że ktoś, kto sam nie przeżył migracji, nie zrozumie, co ona w rzeczywistości oznacza. Zgadzam się z tym całkowicie. Są rzeczy, o których się nie mówi, gdy wraca się do kraju lub wpada w odwiedziny – nie chce się o tym mówić z ludźmi, którzy tego i tak nie zrozumieją lub spycha się to głęboko na dno umysłu, bo nie chce się o tym pamiętać. Tak jest między innymi z samotnością i poczuciem obcości, których doświadcza się zagranicą. Ale od początku.

Wyruszając na migrację, zostawiamy za sobą wszystko, co znamy – język, rodzinę, znajomych i przyjaciół, którzy tworzą tak zwaną sieć wsparcia, znajome miejsca, a także znane kody kulturowe czyli w dużym uproszczeniu intuicyjną wiedzę, co jest właściwe, a co nie. Przyjeżdżając do nowego kraju, wchodzimy w zupełnie nieznany świat. Czasami wydaje nam się, że go znamy, bo przecież byliśmy w odwiedzinach u szwagra czy na pracy sezonowej, ale gdy przychodzi nam mieszkać i żyć w nieco odmiennej rzeczywistości, zaczyna się robić ciężko. Dociera do nas świadomość, że nagle jesteśmy sami – nie znamy nikogo, nikt nas nie zna, nie jesteśmy dla nikogo ważni. Może mamy kolegów czy koleżanki, z którymi wyjechaliśmy, ale na miejscu może się okazać, że nie wszystko, co nam mówili o wyjeździe, pracy czy mieszkaniu okazało się prawdą. Może się okazać, że nagle trafiamy do pracy za grosze, które ledwie wystarczają nam na przeżycie, mieszkamy w norze z podejrzanymi typami, a kolega w ogóle nie wie, co nam się nie podoba. A w domu rodzina czeka na pieniądze… I nagle jesteśmy zdani tylko na siebie i nie mamy co liczyć na czyjąś pomoc. Tęsknimy za domem, za rodziną, za ludźmi mówiącymi w znanym języku, za dziećmi, które dorastają, a my tego nie widzimy. Czasami jest tak, że praca się skończyła, nie radziliśmy sobie ze stresem, z samotnością, a jednym zagłuszaczem jest alkohol lub narkotyki. Pewnego dnia szef przychodzi do pracy z alkomatem i w trybie przyśpieszonym tracimy pracę, nie mamy z czego zapłacić za mieszkanie i lądujemy na ulicy. Moglibyśmy wrócić, bo rząd tego głupiego kraju, w którym wszystko jest nie tak, jak być powinno, opłaci nam bilet, tylko po co? Wstyd pokazać się w takim stanie. Mieliśmy wrócić jako człowiek sukcesu, zarobić pieniądze, rodzina miała być z nas dumna, a teraz co? Śpimy na ulicy i żyjemy z zasiłku, ale nikt nas tu nie zna i nie musimy się wstydzić.

Tak, to skrajny przypadek, ale uwierzcie mi, że prawdziwy i nie odosobniony. Większość z nas jednak daje sobie jakoś radę na obczyźnie – układamy sobie życie, ale decydując się na migrację długotrwałą stawiamy się w sytuacji, w której już nigdy nigdzie nie będziemy w pełni u siebie. Zawsze w pewien sposób będziemy obcy. W kraju tak zwanym „przyjmującym” obcymi czyni nas pochodzenie, nazwisko, język, czasami wygląd, ale to logiczne i tego się spodziewaliśmy. Niewielu z nas natomiast spodziewało się tego, że kraj naszego pochodzenia też stanie się nam w pewien sposób obcy – będziemy patrzeć na niego z innej perspektywy i dostrzegać to, czego kiedyś nie widzieliśmy. I może nas to uwierać. My się zmieniliśmy, ale i nasza ojczyzna też nie stała w miejscu – rozwijała się, tyle że bez nas. Co prawda gwałtowny rozwój technologii i tanich podróży sprawił, że nasza migracja nie jest tak dojmująca, jaka była jeszcze 20 lat temu – rozmawiamy z rodziną i znajomymi przez Skype, utrzymujemy kontakt na Facebooku, latamy regularnie w odwiedziny do Polski i wydaje nam się, że wszystko jest jak dawniej. Nie, nie jest. Z wolna zostajemy wykreślani z życia osób nam bliskich pozostawionych w kraju. Nie ma nas, więc nasi znajomi o nas zapominają. Owszem, cieszą się, gdy przyjedziemy w odwiedziny, spotkamy się, pogadamy, odpowiedzą na maila, SMS, wiadomość na Messengerze, ale to my musimy zainicjować taki kontakt, to my musimy napisać, zadzwonić, bo każdy żyje swoim życiem i nie jest świadomy tego, że spontaniczny mail czy SMS dla kogoś tam daleko dużo znaczy. Wielu z moich znajomych mieszkających zagranicą poddało się, mieli dosyć tego, że to oni musieli być tymi, którzy dbają o znajomości, o to, by ich nie zapomniano. Czuli się, jakby musieli żebrać o przyjaźń, a tego nikt nie lubi, więc odpuszczali. W takich przypadkach najdłużej trzyma się jeszcze rodzina, ale czas działa na niekorzyść i więzy powoli się rozluźniają. Zwłaszcza, gdy to na migranta przerzuca się ciężar podtrzymywania więzi. Oczywiście, nie zawsze tak to wygląda. Czasami jest tak, że rodzina nie pozwoli o sobie zapomnieć i często odwiedza migranta. Zwłaszcza, gdy w migrujacej rodzinie są małe dzieci – wbrew pozorom babcie i dziadkowie to twarde sztuki, gdy chodzi o wnuki :)

Kochani, jestem w takim punkcie mojego życia, w którym dokonuję przewartościowań i zamykam pewne rozdziały. Takim rozdziałem jest też ten blog. Po ponad 12 latach pisania o moim życiu w Norwegii, uznałam, że pora to zakończyć. Pisanie o Norwegii już od jakiegoś czasu przestało sprawiać mi przyjemność i miałam wrażenie, że o wszystkim już kiedyś pisałam, a bardzo nie lubię się powtarzać. Ten wpis był ostatni. Jeżeli będziecie chcieli utrzymywać ze mną kontakt, to zapraszam na bloga monikasokol.pl. Mam nadzieję, że czytanie moich wpisów i oglądanie zdjęć przyniosło wam chociaż odrobinę radości i że dzięki nim nieco poznaliście i polubiliście Norwegię.

Pora ruszyć w nową podróż…

Żegnajcie!

Informacje o Mara

"Dom..." to miejsce, gdzie mogę podzielić się swoimi spostrzeżeniami na temat życia w Norwegii obserwowanego z perspektywy antropolożki kultury. Jakby tego było mało - specjalistki od migracji. Zwłaszcza polskich. Bywa, że sama jestem obiektem własnych obserwacji ;-) Na co dzień mieszkam wraz z Połówkiem i Kotą we Wschodniej Norwegii i dobrze mi tu :-)
Ten wpis został opublikowany w kategorii Wszystko. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Obcy w obcym kraju

  1. Seji pisze:

    Stranger in a strange land
    Land of ice and snow

    –Iron Maiden „Stranger in a Strange Land”

  2. J.N. pisze:

    Trochę powiało smutkiem… Blog byl naprawdę wyjatkowy pod wieloma względami, ale nie można zmuszać się do pisania jeśli nie przynosi ono radości twórczej- rozumiem. Poczucie wyobcowania chyba wpisało się już na stałe w moją rzeczywistość i jest dokładnie tak jak zauważyłaś- wyobcowanie jest obecne wszędzie zarówno w nowej jak i starej rzeczywistości. Można nad tym ubolewac, albo nauczyć się z tym żyć. Też miałam nadzieję ze z czasem będzie łatwiej. Nie jest. To cena za wybór, którego dokonujemy emitując. Z drugiej strony można mnożyć zalety takiego dualizmu: szersze perspektywy postrzegania obu rzeczywistość, możliwość porównywania i dobierania tych wzorców z obu kultur, które są nam jako NAM bliższe, bogactwo poznanych ludzi, bardziej objektywna ocena pewnych procesów i zachowań itd, dużo tego…:) Dziękuję za ten blog. Był wyjątkowy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.