Jentetur czyli Lądek Zdrój tam i z powrotem

Mianem jentetur określa się wycieczkę, w której udział biorą same dziewczyny/kobiety. Analogicznie organizowane są guttetur dla samych facetów. Najczęściej jentetur wiążą się z zakupami albo leżeniem na plaży, natomiast myślą przewodnią guttetur zazwyczaj jest picie alkoholu w dużych ilościach. To tyle tytułem wprowadzenia.

Ostatni weekend spędziłyśmy z moją przyjaciółką w Londynie zostawiając naszych mężczyzn w domach. Żartobliwie nazywam tę wycieczkę jentetur, chociaż nie było w niej ani specjalnie dużo kupowania, ani żadnej plaży. Ale po kolei.

Na pociąg na lotnisko poszłam prosto z pracy, bo akurat tego dnia w Lillehammer odbywał się kolarski Norway Cup 2017 i całe miasto + droga do mojej wioski były zamknięte. Bałam się, że jak pojadę do domu, to potem nie zdążę na pociąg. Jak pech, to pech.

To właśnie z ich powodu miasto zostało sparaliżowane

Leciałyśmy w piątek wieczorem z lotniska Oslo (dawniej Oslo Gardermoen – główne lotnisko norweskie) liniami Ryanair. Tymi liniami leciałam po raz pierwszy i muszę przyznać, że chociaż zarówno Ryanair, jak i Norwegian (którym zazwyczaj latam) należą do segmentu tanich linii lotniczych, to zdecydowanie Ryanair nie dorasta do pięt Norwegianowi. Uczciwie jednak przyznaję, że jest nieco lepsze od Wizzair. Co od razu uderzyło mnie w samolocie, to brak jakiejkolwiek kieszeni na podręczne przedmioty przy fotelu.Wkładając bagaż do schowka, wodę, czytnik książek i batonik musiałam trzymać na kolanach. Później okazało się, że załoga ma w nosie podstawowe procedury bezpieczeństwa – nie oczekiwali, żeby przy starcie czy lądowaniu elektronika była wyłączona, słuchawki zdjęte z uszu, stoliki złożone, a butelka wody jednego z pasażerów leżała podczas całego lotu na środku korytarza i była doskonale ignorowana przez personel pokładowy. Oczywiście podczas lądowania butelka poturlała się z impetem do przodu. Gdyby podczas lotu zaistniały jakiekolwiek turbulencje, ktoś mógłby nią dostać w głowę. To tyle na temat profesjonalizmu załogi Ryanair. Jednak dolecieliśmy szczęśliwie tam i z powrotem, więc nie będę narzekać. Lądowaliśmy na lotnisku London Stansted, a stamtąd pociągiem dotarłyśmy na stację Liverpool Station. Komunikacja w Londynie jest droga, ale bilety na pociąg kupiłyśmy wcześniej przez Internet, więc wyniosło nas to trochę taniej. Gorzej było z metrem, ale i tak jego cena nie przekraczała tego, co muszę płacić w Oslo, gdy najdzie mnie ochota pojeździć komunikacją miejską. Wiecie, mieszkanie w jednym z najdroższych krajów świata ma pewną zaletę – niemal wszędzie, gdzie trafisz, jest taniej ;-)

Charakterystyczne dla Londynu autobusy piętrowe (w nowszym wydaniu) widziałam na każdym kroku, chociaż nie dane mi było z nich skorzystać

Zarezerwowałyśmy pokoje w hotelu sieci Travelodge na ulicy City Road i byłyśmy z nich zadowolone. Pokoje czyste, wygodne, obsługa miła, jedynym zgrzytem były śniadania, które dla wegetarian nie pozostawiały zbyt wiele pola do manewru. Dodatkową zaletą było położenie hotelu – w odległości 7-10 minut od stacji trzech linii metra, a do Trafalgar Square miałyśmy 40 minut na nogach. Czyli nocleg był trafiony.

Pierwszego dnia, zgodnie z planem, wybrałyśmy się do The British Museum. Przed wyjazdem koleżanka ostrzegała mnie, że do tak zwanego Muzeum Dóbr Skradzionych (The Museum of Stolen Goods) są koszmarne kolejki, toteż pognałyśmy z przyjaciółką wcześnie rano (około godziny otwarcia 10.00) i bez żadnej kolejki weszłyśmy do budynku muzeum. Wiedziałam, że muzeum jest ogromne, więc przeznaczyłyśmy na nie kilka godzin. Przeładowane wrażeniami z wystaw wyszłyśmy z niego około 15.30 i wtedy okazało się, że kolejka do wejścia ciągnie się aż na ulicę i ma z kilkadziesiąt metrów. Opłaciło się rano wstać ;-) Zbiory muzeum są niezwykle bogate – ja zachwycałam się starożytną sztuką grecką, celtycką i nowszą wikińską. Zrobiłam całe mnóstwo zdjęć zachwycających eksponatów i udało mi się wyciągnąć kilka ciekawych wniosków, patrząc na rozwój sztuki jubilerskiej na przestrzeni setek lat (chodzi tu o pewne specyficzne elementy zdobnicze wędrujące od Bliskiego Wschodu po Anglię i Skandynawię). Okazało się też, że jednym z najpopularniejszych kamieni szlachetnych w wiekach wczesnych był granat. Strój historyczny i jego elementy to taki mój konik, a wizyta w Muzeum Brytyjskim pogłębiła moją wiedzę na ten temat. To nie zmienia faktu, że najchętniej wróciłabym tam jeszcze co najmniej kilka razy i na każdy okres historii przeznaczyłabym po całym dniu :) Poniżej prezentuję wam kilka smaczków z muzeum:

Wejście do the British Museum

Zdjęcie nie oddaje niezwykłej urody tej greckiej rzeźby (gość mi się skojarzył z Elvisem Presleyem ;-) )

Egipskie malowidła naścienne zrobiły na mnie wielkie wrażenie dbałością o detale i kolorami

Pierwszą bejsbolówkę na świecie zrobili Celtowie ;-)

Wielkie ilości złotych bransolet i naszyjników pochodzących z odnalezionych celtyckich skarbów

Mam teorię, że niektóre zapinki podkowiaste używane były jako tajna broń ;-)

Złoty łańcuch na ciało z Bizancjum

Rekonstrukcja celtyckiego hełmu – miodzio

Po godzinach spędzonych w muzeum zdecydowałyśmy się zaszaleć i zjeść obiad w restauracji wegetariańskiej polecanej przez portal Tripadvisor. Wild Food Cafe trochę trudno było znaleźć, ale w końcu nam się udało. Restauracja leżała na piętrze w budynku w pewnym niezwykle urokliwym zakątku. Była malutka i pełna po brzegi. Jedzenie było dosyć wymyślne i miało swoją cenę, ale przynajmniej było smaczne.

To jedno z takich magicznych miejsc :)

Potem wybrałyśmy się na Oxford Street, ale zaczęło trochę padać, więc na czas deszczu schroniłyśmy się u Marksa&Spencera. Później w poszukiwaniu miłego miejsca do odpoczynku trafiłyśmy do herbaciarni Tea Life i uraczyłyśmy się po imbryczku herbaty z ciasteczkiem mochi z nadzieniem z zielonej herbaty.

W tym sklepie/herbaciarni była przecudna ceramika. Dobrze, że miałam tylko bagaż podręczny, bo chyba skusiłabym się na coś więcej niż dwie figurki ręcznie malowanych kotków ;-)

Po tak intensywnym dniu padłyśmy w hotelu. Ale niedziela zapowiadała się podobnie bogata we wrażenia, tylko pogoda miała być lepsza. I była. Całą niedzielę było cudne słońce, które grzało tak mocno, że biegałam po Londynie w podkoszulce z Totoro ;-)

Naszym pierwszym celem tego dnia było Camden Town i jego słynny targ. Zamknięcie pobliskiej stacji metra trochę nam namieszało i zmusiło do przejścia się do następnej stacji. Jednak nam ten nieoczekiwany spacer o poranku bardzo się spodobał. Wreszcie trafiłyśmy na Camden Street i nas zatkało. Czy to ma być ten słynny targ? Ta ulica pełna kiczu dla turystów produkowanego w Chinach? Zdegustowane i rozczarowane poszłyśmy wzdłuż ulicy i leżących przy niej budynków o śmiesznych fasadach. I nagle skręciłyśmy w coś, co wyglądało jak mały plac targowy, a tam zaskoczenie. To właśnie dopiero tam zaczynał się prawdziwy targ w Camden pełen ślicznego i wysokiej jakości rękodzieła. Zachwycone przepychałyśmy się od stoiska do stoiska, podziwiając pracę artystów. Potem trafiłyśmy na placyk przy kanale wodnym z budkami oferującymi jedzenie. Zmęczone i głodne wchłonęłyśmy indyjskie żarcie zawinięte w placek naan. Było pyszne.

Śmieszne i trochę kiczowate fasady budynków na Camden Street

Tutaj dawali jeść i to dobrze :)

Gdybym tylko miała możliwość przewiezienia, kupiłabym coś takiego na ścianę do salonu :)

Potem postanowiłyśmy, wzorem rasowych turystek, zaliczyć Big Bena i Trafalgar Square. Niestety, najbliższa stacja metra była zamknięta, więc podreptałyśmy do następnej. Wysiadłyśmy na stacji Embankment i postanowiłyśmy zrobić sobie krótka przerwę w parku Whitehall Gardens. Siedziałyśmy sobie na ławeczce w miłym półcieniu, z widokiem na London Eye.

Krótki chilloucik :)

Nic co dobre, nie może trwać wiecznie. Wreszcie zebrałyśmy się i poszłyśmy pod Big Bena, mijając po drodze New Scotland Yard. Okazało się, ze na przeciwko Westministeru jest posąg Boudicci na rydwanie i w towarzystwie córek. Dla nie wtajemniczonych – Boudicca to celtycka królowa, która wklepała Rzymianom. Tłumy turystów w tym miejscu były nieprzebrane, więc szybko stamtąd uciekłyśmy.

Romantyczne wyobrażenie celtyckiej twardej baby

Big Ben z niecodziennej perspektywy ;-)

Trafalgar Square okazał się miejscem mało imponującym, więc w poszukiwaniu ciekawszych widoków udałyśmy się nieco w lewo, pod Buckingham Palace. Tenże też nie zrobił na nas jakiegoś specjalnego wrażenia, więc skręciłyśmy do Parku Królewskiego, który był strzałem w dziesiątkę (pomimo przytłaczającej ilości turystów).

Miejsce pełne zieleni, wody i ptactwa

Na ulicach Londynu można usłyszeć chyba wszystkie języki świata, ale my musiałyśmy usiąść obok nastolatki, która rozmawiała po polsku z koleżanką. Jak pech, to pech, bo nastolatka okazała się nie być najinteligentniejszą osobą. Gdy koleżanka do niej dołączyła i zaczęły rozmawiać o ostatniej imprezie, nie dałam rady i poszłyśmy sobie stamtąd. Postanowiłyśmy pójść do prawdziwego angielskiego pubu i tak tez się stało. Przy Trafalgar Square znajdował się obiecujący pub Lord Moon of the Mall – ciemne, drewniane ściany, lustra i dosyć fajna atmosfera. Tam spożyłam India Pale Ale, o którym kiedyś słyszałam i byłam ciekawa jego smaku, ale piwo okazało się dosyć cieniutkie. Potem doszłyśmy do wniosku, że jest piękna pogoda i szkoda nam jej na jeżdżenie metrem, więc trasę z Trafalgar Sq. w okolice Liverpool Station pokonałyśmy na piechotę, zahaczając przy okazji o katedrę St. Paul. Wróciłyśmy zmęczone, ale zadowolone. Następnego dnia rano pojechałyśmy na lotnisko, by wrócić do naszej Norwegii.

Z perspektywy kilku dni, gdy moje przeżycia już się uporządkowały, uważam, że Londyn to miasto, które da się lubić i ja je polubiłam, pomimo, że spędziłam tam faktycznie tylko dwa dni. Jest w nim mnóstwo mniejszych i większych drobiazgów, które sprawiają, że tak wielkie miasto jest przyjazne obcym. Zapewne znaczącym czynnikiem było też odpowiednie towarzystwo – z moją przyjaciółką znamy się od ponad 11 lat i na migracji przeżyłyśmy wspólnie dobre i złe chwile, i zawsze mogłyśmy na siebie liczyć. Teraz razem wybrałyśmy się na wycieczkę i spędziłyśmy bardzo intensywnie, ale też i bardzo miło wspólny weekend. Zapewne też inaczej odebrałybyśmy Londyn, gdyby padało, ale na szczęście deszczu spadła zaledwie odrobina :)

To tyle mojej relacji z wycieczki do Lądka Zdroju ;-) Pozdrawiam i do przeczytania!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Stare fotki z Lillehammer i okolic

Bardzo lubię stare zdjęcia, a im starsze, tym bardziej mi się podobają. Na szczęście z racji pracy w instytucjach muzealnych i archiwalnych miałam odstęp do prawdziwych perełek. Ale o tym innym razem. Muzeum Miejskie w Oslo uruchomiło ogólnokrajową platformę cyfrową, na której umieszczane są zdjęcia z różnych okresów. Ta platforma to DigitalMuseum i każdy, niezależnie od kraju, może obejrzeć zamieszczone tam zdjęcia. Ja wybrałam dla was kilka zdjęć z mojej okolicy z początku poprzedniego wieku. Oto one. Miłego oglądania :)

Dwie dziewczynki na nartach w miejscu o nazwie Byhrhagen. Rok 1908. Fotograf H.H.Lie

Dzieci na lodowisku w Lillehammer. 1920-1930. Fot. M.A.Berge

Zimowe zabawy dzieci. Lillehammer. 1920-1930

Wyścig kłusaków na jeziorze Mjøsa. Fot. nieznany

Król Haakon podczas wizyty w miejscowości Vinstra. 1909 rok. Fot. H.H.Lie.

Kulig w Sør-Fron. Fot. H.H.Lie

Samolot pasażerski miał swoje lądowisko na zamarzniętym jeziorze Mjøsa. 1940-1950. Fot. nieznany

To była zima! Odkopywanie torów dla pociągu w miejscowości Ringebu. Rok 1916. Fot. H.H.Lie

Ta sama sytuacja z pociągiem w szerszym ujęciu. Ringebu 1916. Fot. H.H.Lie

Koziołek zaprzęgnięty do dziecięcych sanek. 1910-1920. Fot. H.H.Lie

Wycieczka na narty. 1920-1930. Fot. J.N.Elstad

Te wspaniałe maszyny! Wyścig samochodowy na jeziorze Mjøsa. 1933. Fot. M.A.Berge

Bieg narciarski Starszych Panów. 1929. M.A.Berge

Most, który został zniszczony podczas II wojny światowej służył jako zjeżdżalnia dla dzieci z okolicy. 1940-1950. Fot. nieznany

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Majówka

Dzisiaj ostatni dzień długiego weekendu i wreszcie pogoda dopisała. Co jednak z tego? Okoliczni rolnicy hurtowo zaczynają wylewać gnojówkę na swoje pola i nasza wiocha śmierdzi jak zwykle o tej porze roku. Niemniej słońce mocno już świeci, dni są bardzo długie, a krokusy kwitną na całego. Te pierwsze wiosenne dni to także okres dugnadów, czyli tutejszych czynów społecznych, o których już kiedyś pisałam. W piątek miałam dugnad w pracy – zamiast normalnego dnia pracy było sprzątanie magazynów. Nie narzekam, bo w reszcie ściany w moim bunkrze mają właściwy biały kolor i brakuje na nich upiększeń w formie odcisków palców monterów, którzy go budowali. Teoretycznie firma stawiająca bunkier powinna umyć go przed oddaniem, ale olała sprawę. Natomiast w sobotę pojechaliśmy do wioski wikińskiej w Gudvangen malować stawiane tam od jesieni wikińskie chaty. Miejsce, które znaliśmy tak dobrze zupełnie się zmieniło. Teraz to wioska jak się patrzy z hallą główną i wieloma małymi domkami na całym terenie. A z tego, co mi wiadomo, to dopiero początek :) Tutaj kilka fotek z Gudvangen.

Tak wyglądała droga do przez góry 29 kwietnia :)

Jeden z domków wikińskich w Gudvangen

Widok urzekający jak zwykle

Wejście do halli

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Szaro, buro i ponuro

Szaro, buro i ponuro – takie w tym roku mamy święta wielkanocne. Śnieg pada i zaraz się topi, i zaraz znowu pada, i zaraz znowu się topi. I tak w kółko. Chmury suną nisko nad górami, a światło jest przytłumione i zamiast napawać optymizmem, dobija. Porażka. Nawet ciasto mi nie wyszło (a powinno). Koty śpią, Połówek gra i tylko ja pracuję. Jawna niesprawiedliwość. Niesprawiedliwość niesprawiedliwością, ale termin ze scenariuszem do komiksu mnie goni. Książka też się sama nie napisze, a artykuł nie poprawi. Mam poważną ochotę zastrajkować. Tylko przeciwko komu? Chyba tylko sobie samej. Ech, wszystkiego się odechciewa…

W moim miasteczku w zeszłym roku wyremontowali kino. I chwała bogom, bo było mało przyjazne użytkownikom. Teraz otwarte są nowe sale z wygodnymi, rozkładanymi fotelami i rzędem dwuosobowych kanap na końcu. I jak tu się oprzeć pokusie? Nawet nie zamierzałam :) Dosyć regularnie odwiedzam ten przybytek, bo bardzo lubię chodzić do kina i nie przeszkadza mi, że filmy są norwesku czy angielsku. Samo zanurzenie się w mrok sali kinowej wywołuje na mojej twarzy uśmiech od ucha do ucha. Ostatnio byliśmy na Ghost in the Shell – adaptacji filmowej jednego z najbardziej kultowych anime. Film aktorski nie dorasta do pięt pierwowzorowi, ale jeżeli rozpatruje się go nie w kategoriach adaptacji, ale jako film tylko i wyłącznie inspirowany anime, to da się go przetrawić w sposób nawet znośny. Z filmów ze Scarlett Johansson najbardziej lubię Lucy Luca Bessona, chociaż zachwyciła mnie jej niewielka rólka w Ave, Cesar! braci Cohen. Jednym ze smaczków Ghost in the Shell jest rola mojego ukochanego japońskiego aktora, Takeshiego Beat Kitano jako Aramakiego. Miodzio.

Kadr z filmu Ghost in the Shell. Scarlett Johansson jako Major.

To chyba tyle na dzisiaj. Wy nadal cieszcie się Wielkanocą, a idę zarżnąć nieudanego placka i napisać kilka stron scenariusza. Pa! No i wesołych świąt, oczywiście ;-)

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Rewia

W Norwegii dosyć popularną rozrywką jest wystawianie amatorskich rewii. Rewia to tutaj zbiór skeczy i piosenek wykonywanych przez amatorów. Co roku swoją rewię wystawiają na przykład maturzyści. Zastanawiacie się, czy maturzyści mają na to czas? Okres przed norweskimi maturami nieco różni się od tego, co znamy z Polski – w Polsce był to czas wytężonej nauki, natomiast w Norwegii to czas balowania i generalnego olewania szkoły. Ale nie o rewii maturzystów chcę pisać. Rewie wystawiane są też przez lokalne amatorskie grupy, które czasami tworzą się wyłącznie w tym celu. W mojej wiosce taka rewia odbywa się co drugi rok, a udział w niej biorą ludzie różnych zawodów, którzy mają talent sceniczny. Nasza rewia ma jeszcze jeden haczyk – teksty pisane są w lokalnym dialekcie i czasami trudno jest nieobeznanym zrozumieć, o co chodzi. Chociaż Połówek od lat pomaga przy tworzeniu tego wydarzenia, dopiero w tym roku zdecydowałam się, żeby pójść na przedstawienie. Dopiero po 11 latach uznałam, że rozumiem gausdøl (nazwa dialektu) ta tyle, żeby cokolwiek zrozumieć z prezentowanych skeczy. Na przedstawienia przychodzą zazwyczaj starsi ludzie, ale zdarzają się też przedstawiciele młodszego pokolenia. Na większość z 6 przedstawień naszej lokalnej rewii bilety były wyprzedane na kilka dni wcześniej. Ten fenomen nie przestaje mnie zadziwiać. Popularność tego rodzaju przedsięwzięć upatruję w dużym nacisku jaki kładzie się w Norwegii na kulturę amatorską.

A tu kilka fotek:

I to by było na tyle. Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Obywatelstwo

W ostatnich tygodniach dużo mówiło się w Norwegii o poparciu, jakiego udzieliła partia rządząca projektowi zezwolenia na posiadanie podwójnego obywatelstwa. Norwegia jest jednym z niewielu krajów na świecie, w którym posiadanie dodatkowego obywatelstwa (oprócz norweskiego) jest niedozwolone. Nie zawsze jednak tak było. Z tego, co się orientuję takie prawo weszło w 2005 roku. Są pewne warunki, które dopuszczają ubieganie się o norweskie obywatelstwo przy jednoczesnym zachowaniu obywatelstwa kraju pochodzenia, jednak są one raczej trudne do spełnienia.

Norweski paszport. Foto Robin Lund

Nowy projekt powstał głównie ze względu na Norwegów mieszkających zagranicą, którzy z różnych powodów musieli przyjąć obywatelstwo jakiegoś kraju, a przy tym zmuszeni byli do zrzeczenia się obywatelstwa norweskiego. Ta sytuacja jest także korzystna dla migrantów, którzy mogąc zachować obywatelstwo kraju pochodzenia, uzyskają obywatelstwo norweskie. Oczywiście, myślę tu przede wszystkim o Polakach, którzy nie chcą się zrzec obywatelstwa polskiego z powodów praktycznych lub tak zwanych „sentymentalnych”. Dla tych osób, które wiążą przy tym swoją przyszłość z Norwegią (kupili w Norwegii domy, mają dobrą i stałą pracę, posłali dzieci do norweskich szkół) możliwość posiadania dwóch obywatelstw byłaby idealnym rozwiązaniem.

Na razie to oczywiście tylko projekt i zobaczymy, co w rzeczywistości z tego wyjdzie. Ja w każdym razie trzymam kciuki, żeby się udało :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Mój pierwszy dzień w Norwegii

Ten wpis powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie.

W Norwegii byłam dwa razy przed moim przyjazdem na stałe. Zanim zdecydowałam się na zamknięcie moich wszystkich spraw i emigrację, musiałam być pewna, że rzeczywiście tego chcę i że to jest kraj, w którym mogę zamieszkać. 22 stycznia 2006 roku dotarłam na tę moją norweską wieś, na której mieszkam do dzisiaj. Tym samym otworzyłam w moim życiu zupełnie nowy rozdział – raz było w nim lepiej, a raz gorzej, ale patrząc z dzisiejszej perspektywy uważam, że emigracja to był dobry wybór.

Mojego pierwszego dnia w Norwegii zupełnie nie pamiętam, ale wnioskując z tego, że na miejsce dotarliśmy o godzinie 2 w nocy, to podejrzewam, że większość tego dnia upłynęła mi na odsypianiu i rozpakowywaniu przywiezionego dobytku. Tym jednak, co utkwiło mi w pamięci chyba do końca życia, to była sama podróż. Gdy obydwoje z Połówkiem przypominamy sobie ją sobie, to po plecach przechodzi nam zimny dreszcz i zgodnie uznajemy, że to było szaleństwo. Ale po kolei.

Z Krakowa wyruszyliśmy przed świtem, żeby dotrzeć na czas do Gdyby na prom. W bagażniku samochodu mieliśmy nasz niewielki majątek, a w drodze towarzyszył nam spanikowany kot. Ani ja, ani Połówek, ani kot nigdy nie jeździliśmy wcześniej na tak długie trasy, a tu czekało nas niemal 2 tys. kilometrów w drodze. Rano było ciemno, paskudne warunki drogowe i spory ruch, ale w ciągu dnia jakoś się to uspokoiło – wyszło słońce, a my przyzwyczailiśmy się do wariatów i samobójców/morderców na drogach północnej części Polski. Wtedy jeszcze nie było takich pięknych, szerokich dróg, na których jedzie się wygodnie i szybko, jakie są w Polsce teraz, co oznaczało, że wciąż gdzieś utykaliśmy w korkach. Do Gdyni jednak dotarliśmy szczęśliwie bez większych przygód, a i Bałtyk pokonaliśmy bez niespodzianek. Schody zaczęły się u wybrzeży Szwecji. Ze względu na bardzo silny wiatr nie mogliśmy przybić do wybrzeża i zamiast zjechać z promu o godzinie 8 czy 9 rano, to mogliśmy go opuścić po dosyć dramatycznej akcji cumowania do nabrzeża, dopiero po godzinie 13. Byliśmy zestresowani, zmęczeni i głodni, a przed nami kawał Szwecji i Norwegii do przejechania. Na początku nie było nawet tak źle, ale dosyć szybko zapadł zmrok i zaczęła się potężna śnieżyca. Śniegu było tyle, że pługi nie nadążały z usuwaniem go, a widoczność była znikoma. Mijaliśmy wiele samochodów leżących w rowach i do tej pory uważamy, że nasz bezwypadkowy przejazd tej nocy przez Skandynawię, to był zwyczajny cud. Gdy dotarliśmy na miejsce, do gospodarstwa, gdzie wynajmowaliśmy mieszkanie, utknęliśmy samochodem na podjeździe z powodu śniegu. Byliśmy jednak tak wykończeni, że zostawiliśmy unieruchomiony samochód na wjeździe do gospodarstwa, ze wszystkimi naszymi rzeczami w bagażniku, wzięliśmy kota pod pachę i poszliśmy spać. Połówek odkopał samochód dopiero następnego dnia i dopiero wtedy się rozpakowaliśmy.

Dla mnie ten przejazd z Polski do Norwegii, to wspomnienie mrocznego i śnieżnego koszmaru. Nawet teraz, po 11 latach mieszkania w norweskich górach, gdzie jazda po lodzie i śniegu to dla mnie chleb powszedni, nie porwałabym się jeszcze raz na podróż w takich warunkach.

A takie widoki przywitały mnie pierwszego dnia w mojej norweskiej dolinie:

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam do czytania wspomnień innych emigrantek na stronie blogu Klubu Polki na Obczyźnie!

Opublikowano Wszystko | 12 komentarzy

Przygotowania do ataku zombie :)

Idzie wiosna i nie ma już co do tego żadnych wątpliwości. Jest już jasno, gdy wyjeżdżam do pracy i gdy z niej wracam. Po tych miesiącach mroku, to cudowne uczucie, gdy jedziesz do domu, a tu słońce jeszcze jest całkiem wysoko na niebie. Można zacząć żyć jakoś normalniej. Dzisiaj było tak słonecznie i ciepło, że pojechałam w Góry za Oknem na narty biegówki, żeby dotlenić się, naładować słoneczną witaminą D i pooglądać przepiękne zimowe widoki. Wyglądało to mniej więcej tak:

Skrzyżowanie tras biegowych

Natomiast wczoraj Połówek zabrał mnie na zakupy i już nie pamiętam, kiedy kupowanie przedmiotów sprawiło mi tyle radości. Nie, to nie były ubrania (je kupuję, bo muszę i zawsze z poczuciem winy). To była wyprzedaż sprzętu militarnego organizowana raz albo dwa razy w roku przez jednostkę wojskową w naszej okolicy. Nie myślcie, że to coś używanego. Wszystko jest fabrycznie nowe i bardzo dobrej jakości. Nakupowałam różnych przydatnych dynksów, jak chociażby te:

W razie ataku zombie będę przygotowana :)

Nic na to nie poradzę – zawsze chciałam mieć czarną maczetę :D Wyprzedaż jest jeszcze tydzień i kusi mnie, żeby pojechać tam jeszcze raz. Jednak moje finanse stanowczo mówią: Ty weź się zastanów!

Na dzisiaj to tyle. Pozdrawiam i pędzę oglądać mecz rugby :)

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Sztuka konwersacji i niewłaściwy czas w życiu

Ostatnio spojrzałam prawdzie w twarz – zrobiłam się nudna. I to koszmarnie. W ogóle nie ma o czym ze mną rozmawiać. Zresztą, jakiekolwiek rozmowy ograniczane są do absolutnego minimum zazwyczaj przez niesprzyjające okoliczności, a te niesprzyjające okoliczności to najczęściej osoby, które uwielbiają mówić i słuchać samych siebie tak bardzo, że trudno jest włączyć się w ich monolog. Los obdarzył mnie dwiema takimi koleżankami w pracy i chociaż je bardzo lubię, to jestem już zmęczona i znudzona ich wywodami. W takich chwilach moje młodsze koleżanki (równie znudzone jak ja), bez skrępowania sprawdzają różne rzeczy w Internecie w swoich telefonach. Ja jestem już za stara i uważam to za niegrzeczne, ale potem mityguję się, że moje gadatliwe koleżanki nie przejmują się czy ich słowotok jest męczący dla przypadkowych słuchaczy, czy nie. Zacznę ze sobą chyba zabierać książkę do pracy, żeby czytać podczas przerwy na lunch.

Poza pracą mam tyle zajęć, że jestem zbyt zmęczona na spotkania z kimś dla przyjemności i chyba dlatego wyszłam z wprawy w prowadzeniu rozmowy. Zresztą, teraz nie jest też łatwo ze mną rozmawiać. Kiedyś wystarczyło zapytać o pracę, a mogłam z prawdziwą pasją opowiadać o różnych ciekawostkach, z którymi spotkałam się podczas badań. Często spotykałam się ze stwierdzeniem: Ty na prawdę kochasz swoją pracę. I tak faktycznie było. A teraz? Teraz jeżeli ktoś zapyta mnie o pracę, mogę tylko odpowiedzieć: Jest. I to byłoby na tyle. Jestem trudną partnerką w rozmowie, bo nieco czasu mi zajmuje zanim wyłuskam się z tego pancerzyka, w którym zamykam się na co dzień. Brakuje mi nieśpiesznych rozmów o życiu, o otaczającej nas rzeczywistości, o własnych i czyichś przemyśleniach… I to rozmów, a nie jednostronnych monologów. Ostatnio takim plasterkiem na smutek duszy był wieczór z K. – w ręcznie dzierganych kapcioszkach, z lampką wina, nad pieczonym jabłkiem i snując rozmowy o przemijaniu czasu (dzięki, K.).

Faza kapcioszkowo-chilloutowa :)

Przepraszam, że temu wpisowi brakuje dobrej energii, ale czasami są takie chwile w życiu migrantki, że zastanawia się: Co ja robię tu? Co ja tutaj robię? – cytując starą piosenkę Elektrycznych Gitar. I to nie chodzi o kraj, bo po tylu latach migracji ja już nigdy i nigdzie nie będę w pełni u siebie (tak to jest z migracjami), ale o czas, przestrzeń i chwilę w życiu. Czasami wszystko jest proste i oczywiste, ale czasami tak nie jest. Czasami zwyczajnie czujesz, że jesteś w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie, a najgorsze jest uczucie, że tak może być już zawsze. Gdy ja czuję coś takiego, robię gwałtowny zwrot o 180 stopni, wprowadzając chwilowy zamęt i chaos w moim życiu, ale później wszystko układa się we właściwym kierunku. Teraz nie mam takiej możliwości i mam wrażenie, że ta sytuacja wciąga mnie jak lotne piaski na pustyni. Wiem, że przyjdzie taka chwila, gdy okoliczności będą sprzyjające, by postawić wszystko na głowie, ale zaczyna mi już brakować cierpliwości…

Pozdrawiam (nieco pesymistycznie) i do następnego razu

Opublikowano Wszystko | 10 komentarzy

Czytelnia

Czas pędzi jak zwariowany, a ja wciąż nie mam zbyt wiele czasu na zwykłe poleniuchowanie i poczytanie książki. W styczniu udało mi się urwać kilka chwil tę formę przyjemności w trakcie nawału codziennych czynności. Czytanie lub słuchanie książek odpręża mnie, jak nic innego. W Internecie częste jest dzielenie się przeczytanymi w danym miesiącu tytułami, toteż pomyślałam, że ja podzielę się z wami tym, co przeczytałam w styczniu.

„Zwierciadła” – Maja Lidia Kossakowska (wyrosłam chyba z takiej lektury), „Koncert nieskończoności” – Greg Bear (czytałam w młodości, ale tak dawno, że odkrywałam ją z przyjemnością na nowo, jak zupełnie nieznaną książkę), „Ganbare! Warsztaty umierania” – Katarzyna Boni (świetnie napisany reportaż o trzęsieniu ziemi, tsunami i katastrofie w Fukushimie w 2011 roku – jedna z najlepszych i najmocniejszych książek, jakie czytałam) i „Tehanu” – Ursula K. Le Guin (kolejna część z Archipelagu, dla mnie osobiście, jako kobiety, bardzo ważna). Oprócz tego przeczytałam też sporo komiksów i opowieści graficznych, a także oglądnęłam całe mnóstwo filmów i seriali. Czyli nie było najgorzej :)

W tym roku zima w Norwegii jest najcieplejszą i najmniej śnieżną od baaardzo dawna (najstarsi górale nie pamiętają). Pomyślcie, że dosyć często to w Polsce było zimniej niż w u mnie, w norweskich górach. W takich miejscach o dosyć ekstremalnej pogodzie najbardziej widać zmiany klimatyczne, jakie zachodzą na świecie. Dla mnie jest to przerażające.

Poza tym od początku roku praca twórcza wre na całego i między innymi dlatego nie mam czasu na wiele innych rzeczy, które chciałabym robić :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 6 komentarzy