Powracam z wpisami odnośnie naszej wyprawy do Japonii, bo niedługo mogę zapomnieć szczegółów i zostaną tylko zdjęcia.
I tak oto dotarliśmy do Kioto – miasta, które było głównym punktem w planie tej japońskiej podróży. Tu też spędziliśmy stosunkowo najwięcej czasu (aż 4 dni). Najbardziej też ze wszystkich podobał mi się hotel, w którym nocowaliśmy. Jak na standardy japońskie pokój był duży, z balkonem, łazienką i własną kuchnią, co ceniliśmy najbardziej, bo mogliśmy się na własną rękę objadać tubylczymi kiszonkami z dodatkiem różnych innych lokalnych przysmaków. Hotel mieścił się w małej uliczce i wyglądał jak otaczające go domy mieszkalne. Zaraz obok przepływała rzeka, a po jej drugiej stronie była świetna ekologiczno-wegańska knajpka Veg Out, w której się żywiliśmy. Zdecydowanie Kioto była dużo bardziej przyjazne weganom i wegetarianom niż Tokio.


Myśląc o tych dwóch miastach, Tokio i Kioto, nasunęło mi się porównanie do Warszawy i Krakowa – podobnie nowa i stara stolica, podobnie Tokio prężne i nowoczesne, a Kioto skierowane w stronę historii i kultury. Doszłam do wniosku, że proporcjonalnie w Kioto jest tyle świątyń, ile w Krakowie kościołów 🙂 I niewielką część tych świątyń udało nam się zobaczyć.
Jedna z najbardziej znanych na świecie (między innymi z lasu bambusowego Arashiyama), to Tenryu-ji, leżąca na obrzeżach miasta. To kompleks świątynny szkoły zen rinzai, z pięknym ogrodem, lasem bambusowym i stadami turystów. Ostatnio można było ją zobaczyć w serialu Netflixa „Samurai battle”.




W świątyni znajduje się też restauracja prowadzona przez mnichów, w której można zjeść lunch. Ilość posiłków jest ściśle ograniczona i wyprzedaje się błyskawicznie. Nie ma karty dań i wszyscy dostają to samo. Na szczęście to kuchnia buddyjska, więc jest wegańska. Posiłek jest różnorodny i obfity, więc każdy może znaleźć dla siebie coś smacznego. Obsługiwały nas panie, ale chyba nie były mniszkami, chociaż kto je tam wie 🙂



Zdecydowanie moją ulubioną świątynią w Kioto jest Fushimi Inari-Taisha poświęcona bogini Inari. Charakterystyczne dla tej świątyni są czerwono-pomarańczowe bramy torii, a raczej ich olbrzymia ilość, tworząca tunele wspinające się po zboczu góry, a także figury lisów, które są posłańcami bogini. Uwielbiam lisy, więc siłą rzeczy to moje ulubione miejsce kultu w tym mieście. Sama świątynia została założona w 711 roku, więc ma już swoje lata.





Lisy czyli kitsune, przedstawiane są wraz z trzymanymi w pyszczkach symbolami bogini Inari – kłosem ryżu (urodzaj), klucz do spichlerza, okrągły klejnot hoju/tama symbolizujący boską energię, duszę lub mądrość, a także zwój jako symbol wiedzy i mądrości. Najczęściej przedstawia się je w parach, lisica i lis, po obu stronach wejścia.
Idąc sobie drogą bram, zboczyliśmy na boczną ścieżkę i trafiliśmy do zacienionego miejsca (może cmentarza, może małego miejsca lisiego kultu), gdzie były dziesiątki starszych i nowszych figurek lisów. Ja, oczywiście, wpadłam w szał fotografowania i szybko stamtąd nie wróciliśmy 🙂




Po drodze minęliśmy małą górską kaplicę, w której motywem przewodnim były smoki.




Jeszcze jedną świątynią, która odwiedziliśmy w Kioto, była bardzo znana Kiyomizu-dera. Jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga widok na Kioto. Kiyomizu-dera to kompleks, na który składa się wiele mniejszych lub większych świątyń, kaplic i pagód. Kiyomizu-dera na przestrzeni 1000 lat była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a obecnie znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Jak można się było spodziewać, w świątyni były tłumy turystów, chociaż dotarliśmy tam na krótko przed zamknięciem. Tłumy były też na drodze ze świątyni do dzielnicy Gion.





I chyba na tym zakończę pierwszą część relacji z Kioto. Ten wpis musiałam podzielić na dwie części, bo podczas pobytu tam dużo się działo, a ja zrobiłam całą masę zdjęć 🙂 Czekajcie na drugi odcinek 🙂
