2019

Dzisiaj jest ostatni dzień tego roku i wiele osób robi podsumowanie tego, co im się przytrafiło w 2019. Do tej pory raczej rzadko brałam udział w takich spisach złych i dobrych wydarzeń, ale z racji tego, że na wiele miesięcy zamilkłam, tym razem pokuszę się o podsumowanie mijającego roku.

2019 był dla mnie rokiem zmian w życiu zawodowym. Zdając sobie sprawę z nie najlepszego stanu psychicznego, a co za tym idzie i fizycznego (u mnie to zawsze idzie w parze), postanowiłam nie walczyć z symptomami, ale ze źródłem problemu. Przez całą wiosnę robiłam kursy weekendowe w Akademii Fotografii w Krakowie, które pomogły mi uporządkować już posiadaną wiedzę i umiejętności w dziedzinie fotografii, a także pozwoliły nauczyć się czegoś nowego. W lipcu założyłam własną firmę fotograficzną, w październiku zredukowałam stały etat do 60% (czyli pracuję w archiwum 3 dni w tygodniu), a w listopadzie otworzyłam własne studio w centrum Lillehammer. Wielokrotnie słyszałam od przyjaciół i znajomych posiadających swoje firmy, że to praca 7 dni w tygodniu po 24 godziny na dobę i tego się spodziewałam. Nie zawiodłam się – KoshMara Photography to rzecz, która ciągle siedzi mi w głowie i nawet, gdy nie zdaję sobie sprawy, że o niej myślę, to myślę, planuję i rozwiązuję problemy 🙂 Z perspektywy tych minionych miesięcy uważam, że redukcja etatu i praca profesjonalna z fotografią, to była chyba jedna z najlepszych decyzji tego roku. I nie jest ważne, że na razie ponoszę niemal wyłącznie koszty (wynajem lokalu, zakup sprzętu, rozwijanie własnych umiejętności, itd.), bo odzyskałam energię do życia i działania. Moi przyjaciele zauważyli, że wrócił mi błysk w oku i uśmiech na twarz, a klienci twierdzą, że wizyta w moim studio, to prawdziwa przyjemność 🙂 Czyli zawodowo jestem na plusie.

Selfa zawsze wychodzi cudnie, chociaż nie jest profesjonalną modelką.

Zdrowotnie też się nieco polepszyło, ale to zasługa zmiany stylu pracy (ja się nie nadaję do pracy za biurkiem). Dzięki systematycznym ćwiczeniom, fizjoterapii i ograniczeniu statycznej pracy w archiwum, trzymam kręgosłup w szachu i czasami nawet zapominam, że coś z nim nie tak. Problemy z silnymi bólami głowy nadal występują z okresowym nasileniem, ale neurolożka przepisała mi leki, które mam nadzieję pomogą. W tym roku zyskałam nową bliznę po zabiegu chirurgicznym, tym razem na ramieniu. Zabawna jest, ale mi nie przeszkadza – w zasadzie lubię moje blizny, bo każda opowiada jakąś historię.

Jednak w 2019 nie wszystko szło dobrze. Pod koniec roku moja starsza kotka (prawie 16 lat) znowu chorowała, a ja ze zmartwienia schudłam 4 kilogramy. Na szczęście, chyba jest już lepiej (2 dni temu skończyła drugą dawkę antybiotyku). Oby do wiosny.

Kolejny raz moje pisanie okazało się zbyt mało komercyjne i chociaż w styczniu opublikowałam opowiadanie Iselilja w zbiorku „Dzieje się. Fantastyka społecznie zaangażowana”, to książka SF z silnymi wątkami kultury japońskiej, nie doczekała się uznania w oczach wydawców. Trochę mi to (po raz kolejny) podcięło skrzydła i dałam sobie spokój z pisaniem (miedzy innymi dlatego też nie pisałam bloga). Na szczęście już mi przechodzi i coś tam sobie znowu po cichutku skrobię w notatniku 🙂

W tym roku zakończył się także duży międzynarodowy projekt naukowy, w którym brałam udział, a ja postanowiłam zakończyć moją przygodę z życiem badaczki. Od kilku lat walczyłam o zatrudnienie na stanowisku badawczym w Norwegii, ale z powodu wielu przyczyn (głównie niezależnych ode mnie), moje projekty, pomimo pozytywnej ewaluacji, były odrzucane. Konkurencja w tym sektorze w Norwegii jest bardzo ostra i najczęściej wygrywają tak zwani „swoi” (tak, ta sytuacja nie różni się zbytnio od sytuacji w Polsce), a mnie się już nie chce brać w tym udziału. Tylko patrząc na półki zastawione literaturą fachową i segregatorami pełnymi notatek, trochę mi szkoda tych lat, które poświęciłam badaniom. Ale nie można mieć wszystkiego 🙂

W tym roku nie byłam także na żadnej wyprawie. No, prawie. Byłam kilka dni w Bieszczadach, gdzie pojeździłam konno (wielki pozytyw) i trochę poszlajałam się po górach. Jednak z uwagi na brak możliwości znalezienia opiekunów do kotów na czas nieobecności, inne nieznane kraje i miejsca pozostały nieosiągalne.

Bieszczady – Strzebowiska, widok o poranku

Z tego podsumowania wynika, że mijający 2019 nie była ani specjalnie zły, ani wybitnie dobry. Było i źle, i dobrze. Dla mnie jednak (niepoprawnej optymistki), ten rok był dobrym rokiem i nie mam na co narzekać 🙂 Pozdrawiam was serdecznie i życzę, żeby dla was 2020 był wyjątkowo dobry 🙂

Aha, na allegro.pl jest wystawiona przeze mnie aukcja na rzecz WOŚP – sesja fotograficzna w Lillehammer albo w Krakowie. Zapraszam do licytowania, bo cel jest szczytny.

Jak to jest być puzzlem czyli rozważania antropologiczne o niedopasowaniu

Od jakiegoś czasu jestem na zwolnieniu lekarskim. I to z jakiego powodu? Takiego, którego najmniej się spodziewałam – nadciśnienie. Byłam tak zaskoczona odczytami ciśnieniomierza, że nawet nie wiedziałam, jak to skomentować. W dodatku na chorobowym przyplątała mi się infekcja bakteryjna ze zwykłego otarcia i od kilku dni jestem na antybiotykach. Biorę antybiotyki pierwszy raz od wielu lat i mój organizm nie reaguje na nie najlepiej, ale jakoś trzeba to przetrwać. Katastrof ciąg dalszy – mój aparat oddany do naprawy w Krakowie, nie został mi oddany na czas. Ktoś też próbował mnie oszukać, udając, że wszystko zostało naprawione. Sprawdziłam, nie było. I teraz, gdy jest piękna pogoda, a ja mam trochę wolnego czasu i wreszcie namierzyłam moją potencjalną stałą modelkę, nie mam czym robić zdjęć. Jestem chora i bez aparatu fotograficznego, i tylko moje wewnętrzne zen nie pozwala mi rozwalić czegoś w drobny mak (ja tylko wyglądam na tak opanowaną, a w duszy szaleje chaos i zniszczenie 🙂 ).

Z drugiej strony, problem z aparatem był taką chwilą, która przeważyła szalę. Od dłuższego czasu nosiłam się z oficjalnym zarejestrowaniem mojej firmy w Norwegii, ale na samą myśl o tym ogarniała mnie lekka panika. Gdy zostałam bez aparatu na nie wiadomo na jak długi czas, zostałam zmuszona do zakupu nowego. I tak chciałam go kupić, ale zależało mi na tym, żeby wrzucić go w koszty działalności firmy, bo uwierzcie mi – profesjonalny sprzęt fotograficzny, to są potężne koszty. Będąc w tak niewesołej sytuacji, ekspresowo zarejestrowałam firmę (w Norwegii robi się to przez Internet, a potwierdzenie rejestracji i nadanie numeru trwa raptem kilka dni) i zakupiłam aparat fotograficzny plus obiektywy. Teraz niecierpliwie czekam, aż dostarczą mi paczkę 🙂

Tak, kochani, oficjalnie ogłaszam, że KoshMara Photography jest firmą zarejestrowaną zgodnie z prawem norweskim (hurra!) 😀

Jakiś czas temu wpadłam na kilka dni do Polski, głównie jak zwykle na kurs fotograficzny (tym razem profesjonalna studyjna fotografia portretowa). Przy okazji jednak wyruszyłam na chwilę w trasę czyli dłuższą podróż samochodem. Kiedy prowadzę, mam czas pomyśleć – to jest taka chwila tylko dla mnie i dla mojego mózgu, kiedy razem rozwiązujemy problemy i często dochodzimy do istotnych wniosków. Tym razem było podobnie.

Jak wiecie (a przynajmniej część z was), specjalizowałam się w migracjach, w różnych jej aspektach. Często sama dla siebie byłam polem badawczym, co pozwalało mi na długoterminowe rozkładanie różnych zagadnień na czynniki pierwsze i szczegółową ich analizę. I chociaż już wycofałam się ostatecznie z prowadzenia badań naukowych, to zwyczaj analizowania problemów mi pozostał. Ostatnio takim problemem jest fakt mojego narastającego poczucia bycia nie na miejscu. Pomimo mieszkania w Norwegii ponad 13 lat, rośnie we mnie zmęczenie i nie wiedziałam, czym ono dokładnie jest i czym jest ono powodowane. Podczas mojej wyprawy samochodowej udało mi się to wreszcie właściwie sformułować (antropologicznie, rzecz jasna). Dotarło do mnie, że pomimo tak długiej nieobecności w Polsce, moich antypatii politycznych i generalnego wkurwu na wielu ludzi, w Polsce JESTEM, podczas gdy w Norwegii STARAM SIĘ BYĆ. Podzieliłam się tymi przemyśleniami z moją przyjaciółką, do której jechałam, a która reemigrowała z Norwegii do Polski i ona zrozumiała od razu znaczenie tego zdania. W dodatku w pełni się z nim zgodziła. Ale za to ktoś inny (umysł ścisły), nie bardzo wiedział, o co mi chodzi. Pytał: „Jesteś”, ale czym? Kim? Oczekiwanie na proste odpowiedzi, podczas gdy odpowiedź na to pytanie bynajmniej prosta nie jest. Na BYCIE składa się wiele rzeczy, które definiują jednostkę, ale także przestrzeń wokół, z którą jednostka wchodzi w interakcję. No dobra, bardziej zrozumiale 🙂 Kiedy mówimy „jestem”, zazwyczaj to precyzujemy – jestem córką mojej matki, jestem antropolożką, jestem fotografką, jestem żoną fantastycznego faceta, jestem Polką, jestem kobietą i tak dalej. Każde to określenie umieszcza nas w określonej przestrzeni, sprawia, że przynależymy do pewnej grupy (żon fantastycznych facetów, kobiet, fotografów, itd.), co pozwala na łatwiejsze zrozumienie pozycji, jaką zajmujemy w określonym społeczeństwie (np. społeczeństwie naszego miasteczka, wioski, instytutu, itp.). Na niektóre rzeczy nas definiujące mamy wpływ, a na inne nie (przykład: zmieniam zawód na fotografkę i to kolejna rzecz, która będzie mnie definiowała, ale urodziłam się i wychowałam Polką, na co nie mam wpływu). Duży wpływ na to ma kultura, której jest się częścią i której kody rozumie się automatycznie, bez wysiłku. No i oczywiście, język, który od razu klasyfikuje cię czy jesteś „swój” czy „obcy”. Dobra, to naprawdę temat na bardzo długie i zawiłe rozważania antropologiczne, których chcę wam oszczędzić 🙂 Wyobraźcie sobie układankę puzzli, gdzie jesteście jednym z elementów pasującym do pozostałych – wchodzicie we właściwe miejsce łatwo, miło i przyjemnie. To jesteście wy w kulturze, w której wyrastaliście. Potem ten sam kawałek puzzla usiłujecie przypasować do innej układanki i tam już tak łatwo nie wchodzicie. Jesteście dopasowywani do różnych jej miejsc, formowani na nowo w nieco inny kształt, żeby zostać dopasowanym. Zmieniacie się sami z własnej woli lub pod wpływem otoczenia. I zazwyczaj są to daleko idące zmiany, przeciwko którym czasami sami się buntujecie. Jednak chcąc BYĆ w nowej układance, mniej lub bardziej musicie się dopasować. I tak to wygląda ze mną – jestem takim puzzelkiem, który automatycznie wskakuje na swoje miejsce w Polsce, podczas gdy w Norwegii po tylu latach wciąż muszę się dopasowywać, by znaleźć swoje miejsce w układance. Często słyszę, że może w takim razie powinnam wrócić do Polski. To nie takie proste. Po pierwsze, kocham Norwegię i tutaj mam swój dom. Co prawda, Polskę też kocham i tam też mam (prawie) swój dom, ale Norwegia to kraj, który wybrałam świadomie, a nie w którym się urodziłam. W Polsce jestem pasującym puzzelkiem, gdy przyjeżdżam na krótko, a znając siebie, w dłuższej perspektywie bardzo szybko zaczęłaby mnie uwierać polska rzeczywistość i byłabym puzzelkiem wiercącym się niespokojnie, marudzącym i narzekającym. To też nie jest dobra opcja. W moim przypadku nie ma łatwego rozwiązania, ale już samo zdefiniowanie problemu ułatwia mi zrozumienie tego, co się ze mną dzieje. Wygląda też, że jeszcze długo czeka mnie rozdźwięk pomiędzy puzzelkowym JESTEM i STARAM SIĘ BYĆ 🙂

Zdjęcie ze strony http://www.photo-noel.com/puzzle/

Moja mała walka o środowisko i festiwal w Hamar

Przyszło lato. No, wreszcie, chciałoby się powiedzieć. Tym razem jednak to lato jest bardziej norweskie niż rok temu, gdy zdarzało się, że w Oslo było goręcej niż w Madrycie. To zatrważająca oznaka zmieniającego się klimatu, niestety. Od lat można zaobserwować wzrost temperatury w Norwegii. To właśnie w takich krajach o ekstremalnym klimacie te zmiany widać najbardziej. W zimie zamiast -35 stopni, mam -15, a w lecie zamiast 18, jest 25 lub 28. To oczywiście przyjemniejsze temperatury, ale mnie niepokoją, bo mam świadomość, że wraz z ocieplaniem się klimatu w naturze dochodzi do gwałtownych, wręcz dramatycznych zmian. Zdecydowanie wolałabym te -35 i pewność, że migracje ryb zachowują swój stały rytm, a żywiące się nimi ptaki, foki czy niedźwiedzie polarne nie umierają z głodu. Od lat prowadzimy segregację odpadków, a od kilku jeszcze bardziej restrykcyjną niż jest to w norweskim standardzie. Od dłuższego czasu używam na zakupy toreb wielokrotnego użytku, a w zeszłym roku udało mi się dopaść przeźroczyste siateczki na warzywa i owoce, więc zużycie plastiku ograniczyłam jeszcze bardziej. Dzięki takiemu rozwiązaniu nagle zniknęły z mojego domu hałdy jednorazowych reklamówek, z którymi już nie wiadomo było, co robić. Jupi! O tyle mniej plastiku trafi do natury. To takie moje małe zwycięstwo 🙂 Niestety, wciąż niemożliwe jest w mojej okolicy kupowanie wielu produktów bez niepotrzebnych plastikowych opakowań 🙁 Mam nadzieję, że niedługo i to ulegnie zmianie.

W związku z nadejściem lata przyszła też pora na rozpoczęcie sezonu wikińskiego. Tradycyjnie rozpoczęliśmy go od festiwalu średniowiecznego w pobliskim Hamar. W sobotę była przepiękna pogoda – słońce i wysoka temperatura, a mnie rozpierał optymizm i chęć do działania. Niestety, niedziela była pochmurna i deszczowa, a mój kręgosłup rechotał szyderczo, domagając się wciąż nowych dawek środków przeciwbólowych. Czyli, było jak zwykle :/ Wraz z koleżanką, która jest poważnie chora i dla niej także takie wyjazdy pod wikiński namiot niosą ze sobą bolesne doznania, zastanawiałyśmy się, dlaczego my to w ogóle robimy. Po co nam to? Obydwie też byłyśmy zgodne, że na następny festiwal i tak pojedziemy 🙂

Poniżej wrzucam kilka fotek z Hamar. Jeżeli chcielibyście zobaczyć więcej takich zdjęć, to zapraszam na Facebooka na stronę House of Dragons.

Nasza łódka, Mjøsen Lange.
Obozowisko o poranku (większość jeszcze śpi).
Tańce, hulanki, swawola w obozie wikińskim 🙂
Pogaduchy przy kupowaniu łuku
Łódka nocą
Cudowne konie ze swoimi jeźdźcami w części późnośredniowiecznej. Wszyscy jeźdźcy w konkurencjach myśliwskich (zręcznościowych), to kobiety. Między innymi rzucały włócznią czy cięły mieczem i były w tym świetne.
Połowa z ciężko opancerzonych rycerzy, to też były kobiety (niech się męski szowinizm schowa do mysiej nory 🙂 ).

Pozdrawiam was serdecznie i do następnego razu!

Logo i trudny temat

Ostatnie kilka miesięcy było dla mnie dosyć wyczerpujące – wyloty na kurs przeplatane z sesjami fotograficznymi, a do tego ciągła walka z powracającą depresją. Tak, przyznaję, od kilku lat mam problem z depresją i chociaż zazwyczaj udaje mi się zaobserwować symptomy nadchodzącego spadku formy, to cały czas muszę się mieć na baczności. To tak, jak z pływaniem – musisz ciągle machać rękami, żeby nie pójść na dno. Na szczęście, najgorszy okres już chyba za mną 🙂

Kochani, zakładam własną jednoosobową firmę i mam tak zwanego „pietra”. Co prawda, założenie takiej firmy w Norwegii, to ponoć banalnie proste, ale ja odkładam tę chwilę najdłużej, jak tylko się da. Niemniej w przyszłym tygodniu chyba się zdecyduję dokonać formalności. Trzymajcie kciuki.

Moja firma nazywa się KoshMara Photography (mało oryginalnie, co? 🙂 ). W ramach wsparcia moralnego mój przyjaciel (z którym znamy się niemal 20 lat) zaprojektował specjalnie dla mnie logo. Oto ono:

Wersja zielona – wąż/smok Uroboros wkomponowujący się w migawkę
I wersja czarna

Dziękuję za logo, R. 🙂 Wygląda na to, że przyszła pora iść na swoje 🙂

A teraz o czymś zupełnie innym. Niedawno czytałam raport, że w Norwegii, która plasuje się niemal zawsze w ścisłej czołówce krajów, w których żyje się najlepiej, paradoksalnie więcej jest osób umierających śmiercią samobójczą, niż tych, które giną w wypadkach drogowych. Dane statystyczne nie są kompletne, ponieważ sytuacje, w których nie da się udowodnić samobójstwa, traktowane są jak wypadki (np. przedawkowanie leków), a także część śmiertelnych wypadków samochodowych ma prawdopodobnie podłoże samobójcze. Powodów, dlaczego tak się dzieje, jest wiele, ale o tym mogę pisać tylko w oparciu o własne wieloletnie obserwacje (badań nigdy w tym kierunku nie prowadziłam, więc można to potraktować tylko jako moją opinię). Myślę, że trzeba dobrze poznać Norwegię i Norwegów, żeby zrozumieć z jakimi problemami się borykają. Od dziecka najczęściej wymaga się tylko tego, by miały tak zwane dobre dzieciństwo – nie uczy się ich odpowiedzialności, obowiązków ani radzenia sobie z przeciwnościami. (To też jest bardzo skomplikowany temat, o którym trzeba byłoby napisać osobno, ale tym razem tylko o tym wspomnę.) Nagle, gdy kończy się szkoła, na młodych ludzi spada prawdziwe życie, z którym wielu sobie nie radzi. Problemem są specyficzne normy społeczne, które nieraz wręcz restrykcyjnie wymagają dostosowania się do nich, a ci, którzy tego nie robią, są po cichu, w białych rękawiczkach, wykluczani z normalnego społeczeństwa. Duże problemy mają z tym między innymi migranci spoza krajów skandynawskich, którzy często nie dostrzegają, że ich spontaniczność nie jest w Norwegii dobrze widziana. Dla większości Norwegów rozmowa z migrantem, który nie zna reguł, jak bezpiecznie rozmawiać czy jak kształtować relacje międzyludzkie w tym kraju, to wyjście ze strefy komfortu. A oni nie chcą z niej wychodzić i nic ich do tego nie zmusi. Bywa też, że sami Norwegowie, którzy są zbyt otwarci czy energiczni, mają z tego powodu problemy – jako dzieci posyłani są do psychologów, bo „nie są, jak inne dzieci”, a jako osoby dorosłe bywają postrzegani, jako lekko (lub poważniej) zaburzeni emocjonalnie. Kiedyś (to było jakieś 10 lat temu) mój znajomy profesor prowadził badania na temat tego, że norwescy nastolatkowie dużo łatwiej wyrażają swoje emocje w sieci niż w życiu codziennym, w którym okazywanie jakichkolwiek emocji (poza radością) jest źle widziane. Indywidualiści nie mają w Norwegii łatwego życia. Te wszystkie tłamszone emocje czasami muszą znaleźć ujście, a wtedy dzieją się rzeczy złe – między innymi przemoc wśród najbliższych, turystyka seksualna lub próby samobójcze. No i oczywiście nie bez znaczenia jest niedobór witaminy D, którego efekt sama kiedyś odczułam. Nikomu nie życzę. Na tak dramatyczne decyzje oczywiście składa się o wiele więcej przyczyn, ja wymieniłam tylko kilka z nich. Generalnie depresja i samobójstwa są traktowane w Norwegii bardzo poważnie, jako jedne z największych problemów społecznych. Z drugiej strony drogi w Norwegii są tak bezpieczne, a kierowcy jeżdżą tak ostrożnie, że niewiele osób traci życie w wypadkach samochodowych.

Jej, trochę dramatycznie wyszedł mi ten wpis. Wcale nie o tym miało być, ale jakoś tak samo wyszło. Ale ja mam tak często – jak zaczynam pisać, to nie mam bladego pojęcia jak skończy się moje opowiadanie czy powieść. Daję się ponieść myśli, którą automatycznie przelewam na papier czy monitor komputera, a potem właśnie wychodzą mi takie wpisy 🙂

Trzymajcie się, kochani i magazynujcie dużo witaminy D na następną zimę 🙂

Przedwiośnie

Ciemnia – nad zlewami wiszą efekty ćwiczeń z aparatami wielkoformatowymi (fotka z telefonu).

Właśnie w mojej okolicy trwa najgorszy okres w roku – przedwiośnie. Śnieg jeszcze leży i jest go całkiem sporo, co oznacza, że miną co najmniej 2 tygodnie zanim zobaczę trawę w moim ogródku :/ Drzewa są łyse i bure, chociaż gdzieniegdzie można zobaczyć już bazie. Depresyjnie, bo już chciałoby się poczuć wiosnę i ciepłe dni dają na nią nadzieję, podczas gdy temperatura w nocy nadal spada do -8. No i szlag człowieka trafia. Pewnie przechodziłabym to przedwiośnie równie ciężko jak co roku, gdyby nie moje szalone weekendy. Na przemian albo jestem w Krakowie na kursie, albo robię jakąś sesję fotograficzną. Uczestnictwo w kursie jest świetne, bo oprócz tego, że porządkuję nabyte przez całe życie umiejętności i poznaję nowe rzeczy, to jeszcze robię to w gronie ludzi, którym też sprawia to przyjemność. Jednym słowem, jest zabawa 🙂 Oprócz tego jest mój Kraków z tłumami ludzi na ulicach, magicznymi miejscami, kwitnącymi krzewami forsycji na Plantach, z przyjaciółmi i znajomymi, którzy dzielą się ze mną swoją dobrą energią. Co prawda łączy się to z bólem kręgosłupa, spowodowanym długim siedzeniem (pociąg, samolot, kurs – wszędzie siedzenie, które mnie zabija), ale z tym nauczyłam się żyć.

Sesje portretowe są dla mnie dużym wyzwaniem. Rzadko się za nie zabierałam, głównie ze względu na moją trudność w nawiązywaniu dobrego kontaktu interpersonalnego – byłam (i wciąż trochę jestem) chorobliwie nieśmiała. Teraz koncentruję się głównie na nich i chyba nieźle mi to wychodzi (sesje, nie koncentracja). Doszło do tego, że do połowy maja mam weekendy wypełnione sesjami, a co więcej, sprawiają mi one wielką radość. Zaczynam sobie przypominać, jak to jest, gdy lubi się to, co się robi.

Zdjęcia z sesji Nadii i Michała.

A tak na marginesie, wreszcie obejrzałam Zimną wojnę. Wiem, mam refleks ślimaka, ale lepiej późno niż wcale 🙂 I o ile zdjęcia mnie zachwyciły i uważam je za najwyższą operatorską szkołę jazdy, to sama historia mnie nie ujęła. Opowieść o toksycznej miłości prowadzącej do zniszczenia nie przemówiła do mnie. Dużo bardziej podobała mi się opowieść Romy i cieszę się, że to ona zdobyła Oskara.

Z niecierpliwością czekam na krótkie, ale za to intensywne norweskie lato, bo obiecałam sobie, że w tym roku odwiedzę w Norwegii trochę nowych miejsc.

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu! Mara

Dojrzeć do zmian

Czasami jest tak, że do pewnych zmian trzeba dopiero dojrzeć. To tak, jak z jabłkiem – trzeba poczekać aż zielone jabłko się zarumieni, żeby zjeść je ze smakiem. Gdy zjesz je za wcześnie, będzie niedojrzałe i rozczaruje swoją cierpkością. W moim życiu wiele było takich punktów, w których dokonywałam znaczących zmian, nigdy jednak nie były one impulsywne i niepoprzedzone podświadomymi przygotowaniami. Wygląda to z grubsza tak: zupełnie nie myślę o temacie, który moja podświadomość po cichu rozpracowuje, aż przychodzi nagle moment, jak pstryknięcie palcami, gdy wiem, że muszę zrobić właśnie to, a nie coś innego i sprawa nie podlega dyskusji. Jak do tej pory, nigdy jeszcze nie zawiodłam się na zdrowym rozsądku mojej podświadomości. A dlaczego o tym piszę? Bo chyba przyszedł czas na pewne zmiany w moim życiu – nie nagłe i gwałtowne, ale stopniowe choć nieubłagane. I dobrze mi z tym. Nie znoszę stagnacji w życiu. Czasu, gdy nic się nie dzieje, gdy jeden dzień podobny jest do drugiego, a w środę marzę, żeby już był piątek. Po niedzieli przychodzi poniedziałek, taki sam, jak tydzień wcześniej. I znowu byle do piątku. Ja wiem, że dla większości ludzi to całkowicie normalne życie, ale nie dla mnie. Nie potrafię tak na dłuższą metę. I nie chcę.

Prawie, jak w Matrixie – które jabłko wybrać? 🙂

Piszę ogólnikami, co? 🙂 A to dlatego, że wciąż trochę mnie przerażają własne plany i chęć postawienia całego mojego życia na głowie. Mam stałą, dobrze płatną pracę, której nie lubię, ale która daje mi stabilność finansową, pozycję społeczną i widoki na całkiem niezłą emeryturę, a ja chcę to wszystko rzucić w diabły i wpłynąć na niespokojne wody wolnego zawodu. Chyba rozum mi odjęło. A może właśnie wraca mi rozsądek?

Obiecuję, że jak wszystko dogram, to podam wam więcej szczegółów 🙂 A na razie do Norwegii wróciła zima czyli mróz do -15 i śnieg po pas. I nagle ten powrót zimy, po najcieplejszym w historii pomiarów lutym, zaczął mi sprawiać wielką radość. Może uda mi się wyskoczyć w niedzielę rano na narty w Góry za Oknem i skorzystać z ostatnich uroków zimy. Ostatni weekend spędziłam w Krakowie, a pogoda okazała się tak chaotyczna, jak na polski marzec przystało – ciepło, zimno, wichury, burze z piorunami i deszcz ze śniegiem, a wszystko to w 3 dni. Z ulgą wróciłam do mojej zaśnieżonej, stabilnej pogodowo Norwegii 🙂

Pozdrawiam was serdecznie i do następnego razu! Mara

Kaktus w gardle i Oskary 2019

A zimy/wiosny miało być tak pięknie, jak zwykle – zero przeziębienia, kaszlu czy kataru. Niestety, nie tym razem. Ale od początku.

Z założenia nie choruję – cała okolica może ulec epidemii grypy, (parafrazując jeden z moich ulubionych filmów) mieć gila po pas i smażyć sobie jajka na rozpalonych czołach, a ja nic. No, zupełnie nic. Gorączki dostaję niemal wyłącznie przy anginie, ale wtedy od razu skacze mi do 40 stopni. Na szczęście anginę miałam może kilka razy w życiu (w tym raz w Norwegii). Mam czasami jednodniowe infekcje, które pojawiają się i znikają, bez większych szkód, dając mi pretekst do krótkiego poleniuchowania w domu. Tym razem jednak infekcja zaskoczyła mnie jak partyzant nocą w gęstym lesie. Zaczęło się od niewinnego drapania w gardle, potem prawie straciłam głos, ale za to zyskałam kaktusa w przełyku. Wzięłam sobie trzy dni zwolnienia na żądanie, zwanego tutaj egenmelding, i myślałam, że do weekendu będzie ok. Tyle, że w weekend było jeszcze gorzej. Wreszcie wylądowałam u lekarza, który wysłał mnie na jeszcze jeden tydzień zwolnienia. Tydzień powoli zbliża się ku końcowi, a ja jakoś nie zdrowieję. Kicha, mówię wam, kicha straszliwa. Nie znoszę być chora :/

Nie mogę jednak tak całkowicie narzekać, bo po raz pierwszy od lat obejrzałam filmy nominowane do Oskarów jeszcze przed wręczeniem nagród. I co ciekawe, do tej pory nie widziałam Zimnej wojny. Sama się sobie dziwię. A dlaczego to dla mnie takie ważne, że aż o tym piszę? Dlatego, że zarówno książki, jak i filmy stanowią dla mnie bardzo, ale to bardzo ważną część mojego życia. Jeszcze za czasów studiów magisterskich chciałam wziąć sobie filmoznawstwo jako drugi kierunek, ale z powodów finansowych musiałam sobie odpuścić. Wracając jednak do filmów, to ostatnie trzy tygodnie uważam za całkiem udane pod względem filmowym.

Najpierw Roma – obejrzałam ją dopiero za trzecim podejściem, bo przyznaję, że przydługa czołówka mnie zniechęcała. Teraz uważam, że to po prostu nie były właściwe dni na obejrzenie tego filmu, gdy trafiłam na właściwy dzień i nastrój, obejrzałam go w całości bardzo skupiona i na historii, i na zdjęciach. Początkowo czułam się trochę znudzona, ale powoli film zaczynał mnie wciągać aż doszedł do sceny na plaży, będącej jakby ukoronowaniem całości, po której uznałam, że film jest faktycznie świetny. Co ciekawe, to film bardzo feministyczny – pokazuje subtelnie wsparcie jakie okazały sobie dwie kobiety w bardzo trudnych dla siebie sytuacjach życiowych. Zdjęcia mnie jednak nie zachwyciły. Oczywiście, były bardzo dobre, ale nie przemówiły do mnie aż tak bardzo, jak mogłabym się tego spodziewać po filmie czarno-białym. Zdecydowanie Romę należy obejrzeć i zdecydowanie należy jej się Oskar, bo to film niezwykły, snujący opowieść w bardzo wyważony sposób, bez łatwego grania na emocjach widzów

Potem była Faworyta. Film jakże odmienny od Romy – pełen emocji, uczuć, intryg i przegranych. Świetna Olivia Colman i partnerująca jej cudowna Rachel Weisz. Olivii Colman daleko do filmowych piękności, ale może właśnie to czyni ją bardziej prawdziwą. Pierwszy raz Olivia zwróciła moja uwagę w serialu kryminalnym Broadchurch, gdzie grała policyjną detektyw. Wiecie, to jest takie fajne uczucie, kiedy patrzę jak ktoś dzięki swojemu talentowi i ciężkiej pracy przechodzi od roli w serialu telewizyjnym do Oskara za najlepszą rolę pierwszoplanową. Faworytę warto obejrzeć przede wszystkim ze względu na świetny duet jaki tworzą Olivia i Rachel. Trzecią ważną rolę gra Emma Stone, która też jest bardzo dobrą aktorką, ale przy Olivii i Rachel schodzi na dalszy plan.

Bohemian Rhapsody to film niezwykły, głównie ze względu na cudowna muzykę, ale też na historię początków The Queen. Jednak rozczarował mnie trochę, bo odniosłam wrażenie, że w dużej mierze był taką pożegnalną laurką dla Freddiego. Po wielu sprawach tylko się prześlizgnął, by jak najszybciej od nich uciec w bezpieczniejsze rejony. I oczywiście Rami Malek, aktor o niezwykłym talencie, który dla mnie chyba na zawsze pozostanie Mr. Robotem (serial o hakerze). Bardzo dobrze zagrał Freddiego, ale zaraz po filmie obejrzałam koncert The Queen z Live Aid i czar prysł – Malek w filmie był tylko bladym odbiciem prawdziwego Freddiego. Co nie znaczy wcale, że ktokolwiek inny mógłby lepiej zagrać Mercurego. Freddie był jedyny w swoim ekscentrycznym rodzaju. Myślę, że pomimo wszystko Malek podołał roli i należał mu się Oskar.

Green Book to opowieść o niezwykłej przyjaźni i o amerykańskim rasizmie – o tym, że na dobrą sprawę w tamtych czasach (a może i wciąż) USA podzielone było na rasistowską południową część, relikt z czasów plantatorów i bardziej liberalną część północną. Dla mnie jednak to była przede wszystkim opowieść o zmarnowaniu niezwykłego talentu, który nie mógł się rozwijać tylko ze względu na kolor skóry. To mnie zawsze najbardziej wkurza, gdy marnotrawiony jest geniusz i to z jakiego powodu? Z powodu „niewłaściwego” koloru skóry, pochodzenia czy „niewłaściwej” płci. Kto wie czy gdyby nie durne uprzedzenia, to może dzisiaj już sadzilibyśmy buraki na Marsie, a wszelkie choroby i zanieczyszczenia środowiska to byłby tylko koszmar przeszłości lub nigdy by nie zaistniał? Może gdyby kobiety mogły poświęcić się nauce na równych prawach z mężczyznami od czasów starożytnych, to bylibyśmy w zupełnie innym punkcie naszej historii? Może gdyby utalentowane dzieci mogły chodzić do szkoły czy na studia zamiast pracować na plantacjach bawełny czy w kopalniach, to już od dawna używalibyśmy czystej energii? Kto wie, może jeden z zagazowanych w Auschwitz żydowskich uczonych był o włos od wynalezienia szczepionki na raka? Często nachodzą mnie tego rodzaju myśli i dlatego Green Book przemówił do mnie w szczególny sposób. Nie jestem jednak pewna czy kreacja stworzona przez Mahershala Alego zasługiwała na Oskara, zwłaszcza, że oglądam go obecnie także jako głównego bohatera w trzecim sezonie True Detective i uważam, że postać, jaką tam stworzył jest bez porównania bardziej wymagająca niż Don Shirley w Green Book. Niemniej, nie mnie oceniać.

I na końcu Czarna Pantera, która jest świetnym kinem akcji z Universum Marvela. Dobrze się to ogląda i słucha (Oskary za muzykę, scenografię i kostiumy). Dużo ciekawych wątków o zdradzie, lojalności, honorze, ale dla mnie najlepsze było to, że państwo afrykańskie okazało się najbardziej zaawansowane technologicznie na świecie. Całuj się w nos zarozumiała „biała” półkulo północna 🙂 Czarna Pantera to fantastyczny film akcji, który bardzo przyjemne się ogląda w sobotnie wieczory.

To ode mnie tyle na dzisiaj. Mam nadzieję, że zachęciłam was do obejrzenia chociażby niektórych wspomnianych przeze mnie powyżej filmów 🙂 Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu! Mara

Robić to, co się lubi – łatwo powiedzieć

Od wielu lat uważałam, że skoro już przyszło mi przeżywać tę migrację, podczas której wyrwało mnie z korzeniami z mojego świata i rzuciło w całkiem nową, obcą rzeczywistość, to powinnam chyba coś z tego mieć. Koszty, jakie ponosi każda osoba wyjeżdżająca z kraju na migrację długoterminową (czyli taką, z której nie wraca się po dwóch czy trzech miesiącach do domu, ale ma się w planie zostać rok, dwa czy 10 lat) są ogromne. Wiele osób sobie ich nie uświadamia albo nie chce uświadamiać, bo często życie w kłamstwie jest łatwiejsze. Wcale tego nie potępiam, bo wiem, jak niewiele trzeba, żeby życie na obczyźnie przygniotło jak wagon z węglem, a wśród obcych trudno o kogoś, kto pomógłby się spod tego wagonu wygrzebać. Między innymi dlatego wśród migrantów jest taki problem z używkami, zwłaszcza z alkoholem – pije się między innymi po to, żeby zapomnieć o tęsknocie i poczuciu wyobcowania. Zwłaszcza, gdy praca, którą się wykonuje nie daje satysfakcji. Ja miałam szczęście i stosunkowo szybko znalazłam pracę, którą pokochałam, a w dodatku wśród fantastycznych ludzi. Co z tego, że musiałam do niej dojeżdżać 25 km? Na norweskie warunki to tyle, co nic. W drodze do pracy planowałam sobie na spokojnie cały dzień i chociaż czasami była ostra jazda, to i tak lubiłam tę robotę. Wtedy powtarzałam z przekonaniem, że skoro już musiało mnie wywiać na te peryferie Europy, z dala od cywilizacji, to chociaż powinnam robić to, co sprawia mi satysfakcję. No, bo po co innego narażam się na te olbrzymie koszty psychiczne, jakie niesie ze sobą migracja? Tia, łatwo było mi mówić, gdy miałam fajną pracę. Gdy praca się skończyła, okazało się, że nie tak łatwo znaleźć coś, co by mnie interesowało. A raczej znaleźć było łatwo, ale trudno było taką pracę dostać. Bo widzicie, w Norwegii jednym z nielicznych tematów tabu jest rasizm – o nim się nie mówi, jego się nie widzi, ale to nie znaczy, że go nie ma. To znaczy, oficjalnie go nie ma, ale rzeczywistość wygląda inaczej. Znajomi Norwegowie sami po cichu przyznają, że rasizm jest w ich kraju i ma się całkiem dobrze. Zwłaszcza, gdy chodzi o pracę. Norwegowie o dużo niższych kompetencjach wygrywają w procesie rekrutacyjnym z osobami o lepszych kwalifikacjach, ale o obco brzmiącym nazwisku. Dotyczy to przede wszystkim zawodów z tak zwanej „górnej półki”, gdzie rywalizacja jest zażarta. W Norwegii w instytucjach państwowych jest takie prawo, że osoba ubiegająca się o dane stanowisko może zażądać listy wszystkich kandydatów, którzy się o nie starają. Na listę tę składają się ich nazwiska, wykształcenie, wiek i doświadczenie zawodowe. Ja zawsze proszę o taką listę, gdy tylko mam okazję, bo oprócz tego, że sama szukam pracy, to przy okazji robię sobie małe badania „na boku” w kwestii, kto najczęściej dostaje pracę. W pewnym momencie nabrałam już takiej wprawy, że po przeczytaniu listy potrafię wskazać, kto tę pracę dostanie, co w zatrważającej liczbie się potwierdza. W 95% są to Norwegowie, chociaż niektórzy inni kandydaci (i wcale nie mam na myśli siebie) mają takie kwalifikacje, że szczęka opada z wrażenia. Oczywiście, pracodawca norweski ma prawo zatrudnić Norwega, bo tak czuje się dużo bezpieczniej (przynajmniej w teorii), ale w takim razie, po co ta obłuda, że wszyscy są równo traktowani? To właśnie ta obłuda wkurza mnie najbardziej.

No dobra, ale wróćmy do robienia tego, co się lubi. Ja w tym momencie tego nie robię. Pracuję w miejscu, które mnie nie rozwija, a raczej w nim głupieję do szczętu. To praca stała, więc mam teoretycznie zapewniony byt do emerytury, zarabiam o wiele więcej niż w tej mojej fajnej pracy, ale co z tego? Każdego dnia mam ochotę rzucić ją w diabły. Nie umiem pracować za biurkiem przy monotonnej, powtarzalnej pracy, która robi ze mnie zombie. Szukam innej roboty, ale kiepsko mi idzie. Oczywiście, jest pewien typ pracy, w którym dostałabym prawdopodobnie pracę od ręki, bo w tym kierunku mam i świetne kompetencje, i duże doświadczenie, ale ja tego nie chcę robić. Nie chcę i już. Pewnego razu w akcie desperacji wysłałam podanie do pracy związanej z moim hobby i od razu wezwano mnie na rozmowę. W kolejnej instytucji podobnie. Nagle okazało się, że przez czysty przypadek znalazłam dla siebie nową drogę zawodową, która być może pozwoli mi nie zgorzknieć do końca. Niestety, z powodu pewnych zawirowań życiowych w tamtym momencie musiałam odrzucić oferty pracy, ale i tak dało mi to nadzieję. Teraz sukcesywnie poszerzam moje kompetencje w tej dziedzinie i odnoszę coraz większe wrażenie, że to może się udać. Bo ja wcale nie zrezygnowałam z tego, żeby robić to, co lubię. Ja to tylko przesunęłam w czasie. Trzymajcie kciuki za moje plany. Pozdrawiam i do następnego razu. Mara

I’m back – czyli wracam do pisania bloga

„I’ll be back” jak powiedział jeden z bohaterów mojego dzieciństwa, a późniejszy senator stanu Kalifornia, i wracał. Jak bumerang. Pokiereszowany, ale niezniszczalny. A nie, to już był inny film, ale też z Arnoldem (chociaż rola była stosunkowo niewielka). Dobra, koniec z tymi filmowymi dygresjami.

Wróciłam po prawie rocznej przerwie w pisaniu bloga. Wróciłam, bo bez możliwości pisania czułam się, jakby ktoś mnie zakneblował. Jak się przez ten rok okazało, blog to jedyne miejsce, gdzie mogę się dzielić z innymi swoimi przemyśleniami, bez obawy, że ktoś mnie zagada. Niestety, w życiu nie jest już tak różowo. Na co dzień mówię niewiele, ale nie dlatego, że nie mam nic do powiedzenia. Wręcz przeciwnie, czasami ogarnia mnie nieodparta potrzeba porozmawiania z kimś, wymiany myśli i poglądów, przedyskutowanie różnych opcji, tyle że większość moich znajomych (a także część rodziny) nie ma ochoty nikogo słuchać, chcą MÓWIĆ, a potok słów wylewa się z ich ust nieprzerwanie. Kiedyś podczas spotkania towarzyskiego liczyłam czas nieprzerwanej wypowiedzi bliskiej mi osobie – osoba ta mówiła non stop przez 15 minut, głucha na jakiekolwiek próby wciągnięcia do rozmowy innych osób. W tym czasie zastanawiałam się: „Co ja tu robię? Przecież zamiast słuchać tych pierdół mogłabym czytać książkę”. Oj, ta perspektywa była niezwykle kusząca. Co ciekawe lgną do mnie właśnie takie gaduły, uważając mnie za świetną słuchaczkę. Nic dziwnego, przerywanie komuś uważam za niegrzeczne, więc czekam aż ktoś skończy swoją wypowiedź. I czasami tak czekam, i czekam… No dobra, chciałam napisać, dlaczego znów zaczynam prowadzić bloga, a wyszło mi typowe narzekanie frustratki. Tyle, że ja jestem frustratką. Ostatnio coraz większą.

Dla osób, które są tu po raz pierwszy, garść przydatnych informacji. Pod tym adresem www.koszmara.pl i wcześniejszym na blogspocie, były dwa moje wcześniejsze blogi, a raczej jeden blog w dwóch częściach pisany od ponad 12 lat – Dom na krańcu Wszechświata i Dom na krańcu Wszechświata 2.0 (przeniosłam go, gdy dorobiłam się własnej domeny). Obydwa blogi traktowały o moim życiu w Norwegii, jednak po 12 latach uznałam, że pisanie o tym kraju przestało sprawiać mi przyjemność, a niektóre tematy cyklicznie zaczynają się niebezpiecznie powtarzać. Toteż powzięłam kobiecą decyzję i skończyłam z blogowaniem. Przyznaję, że brakowało mi tego przez ten ostatni rok, bo jak się okazało ten blog pełnił dla mnie rolę takiego wentylu bezpieczeństwa psychicznego.

Kim jestem? Otóż jestem wspomnianą w tytule antropolożką od 13 lat na gigancie – za miejsce mojej ucieczki wybrałam Norwegię (a raczej Norwegia wybrała mnie). Mieszkam sobie w norweskich górach i obserwuję otaczającą mnie rzeczywistość, a z racji antropologicznego wykształcenia, to zawodowo skrzywiona obserwacja. Oprócz tego, że jestem antropolożką kultury, a w porywach nawet etnolożką, jestem także pisarką, fotografką, rekonstruktorką historyczną, miłośniczką sportów wszelakich (zwłaszcza ekstremalnych), wielką fanką literatury (zwłaszcza fantastycznej), komiksów, filmów (absolutnie różnych), zwierząt (wszystkich – od wielorybów po mrówki), jestem też wegetarianką powoli ewoluującą w stronę weganizmu. Mogłabym długo wymieniać, kim jestem, a jeszcze dłużej, kim nie jestem, ale to sobie chyba podarujemy. Myślę, że jak na pierwszy wpis, to tych informacji już wystarczy. Nie ma co przedobrzać, żeby was nie wystraszyć. Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu! Mara