Choroby są wkurzające

Kochani, przepraszam, że tyle nie pisałam, ale podejrzewam, że przez najbliższy czas na nic innego niż krótkie notki nie możecie liczyć :( Od miesiąca cierpię na zapalenie mięśnia grzbietu, który uciska mi nerw ramienia i powoduje stały ból. Większość czasu jestem na zwolnieniu, bo nie mogę siedzieć przy komputerze dłużej niż godzina, dwie. Potem gryzę, a nikt nie chce zaryzykować pogryzienia, bo nie byłam szczepiona pod tym kątem ;-) Trzymam kciuki, żeby przeszło mi to jak najszybciej, bo roboty mam mnóstwo, która wisi nade mną, jak topór katowski. Obiecuję, że wtedy umieszczę na blogu jakiś dłuższy wpis.

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | Skomentuj

Dziewczyny i samoobrona

Z tym wpisem nosiłam się już dosyć długo, ale na fali ostatniej akcji #metoo #jatez , widzę, że ważne jest mówić o takich rzeczach. Dla tych, którzy nie wiedzą, wspomniana akcja na Facebooku odnosi się do molestowania seksualnego kobiet i swoim zasięgiem pokazuje, jak olbrzymi jest to problem.

Pierwszy raz padłam ofiarą molestowania w przestrzeni publicznej w wieku 11 lat, a później niestety stała się ona dla mnie codziennością, z którą jakoś musiałam żyć. Niby to nie było nic groźnego, ale dla osoby tak nieśmiałej, jaką byłam w tamtych czasach, to był prawdziwy koszmar. Między innymi dlatego, by jakoś podbudować swoją pewność siebie, zaczęłam trenować sztuki walki. Moją pierwszą miłością było karate kyokushin – twardy i brutalny sport, ale jednocześnie do dzisiaj mój ulubiony. Mam wrażenie, że dzięki treningom i znajomościom, które wtedy zawarłam, udało mi się uniknąć wielu bardzo nieprzyjemnych sytuacji. To ważne, zwłaszcza, gdy ma się 175 cm wzrostu i waży się nędzne 47 kilogramów. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o to, żeby chodzić po ulicach i tłuc każdego, kto na ciebie krzywo popatrzy (jak z nudów robili moi koledzy), ale by w sytuacji prawdziwego zagrożenia zadziałały wyuczone odruchy. U mnie to zadziałało, ale na szczęście zmuszona byłam do tego tylko raz. Z drugiej strony, gdy trzech karków obmacało mnie na ulicy Krakowa w biały dzień (ubrana byłam w stary, gruby sweter i sztruksy, i według mnie samej wyglądałam najmniej atrakcyjnie, jak tylko mogłam), nie mogłam zrobić nic, jak ich tylko zbluzgać. Za ten bluzg prawie mnie pobili. Nie dość, że ktoś naruszył moją nietykalność cielesną, do której mam prawo, jak każdy inny, to jeszcze zostałam zwyzywana od najgorszych. Po tym wszystkim tydzień miałam doła i nie miałam ochoty wychodzić z akademika. Może innego dnia by mnie to nie ruszyło, ale tego akurat było inaczej. Dlaczego ktoś rości sobie prawo do dotykania mnie w intymne strefy? Dlaczego ja nawet nie mogę zaprotestować? To trudne pytania i jeszcze trudniejsze odpowiedzi.

Wracając do tematu uważam, że każda dziewczyna powinna co najmniej przejść kurs samoobrony, bo nie wiadomo, kiedy jej się to przyda. Kulturowo pokutuje przekonanie, że kobiety z założenia powinny być ofiarami. Gdy zostaną napadnięte, to mogą ewentualnie wołać o pomoc i czekać aż zjawi się książę na białym koniu i je uratuje. A co, jeżeli takiego księcia nie ma w pobliżu? Albo nie ma ochoty narażać się dla jakiejś obcej baby? Wtedy zostajemy same. My i napastnik. Bardzo podobała mi się postawa Fiony w Shreku IV, gdzie uwięziona w wieży księżniczka wzięła sprawy w swoje ręce, zamiast czekać na wybawcę.

Fiona, która nauczyła się dawać sobie radę sama.

Słyszałam też argumenty, że trenowanie sztuk walki czy sportów siłowych, to takie niekobiece. Wybaczcie, ale przy czymś takim ręce mi opadają. Jak ważna będzie twoja kobiecość, gdy ktoś będzie cię okładał pięściami po głowie aż złamie ci nos, szczękę, zedrze majtki i zgwałci? A potem zostawi w krzakach, żebyś wykrwawiła się albo zamarzła na mrozie. Pewnych sytuacji nie da się przewidzieć, ale można podjąć działania, żeby im przeciwdziałać albo zminimalizować możliwość ich wystąpienia.

Rozumiem, że można nie lubić przemocy i nie czuć się dobrze w „inwazyjnych” (jak je nazywam) sztukach walki, jak chociażby karate. Jednak są też inne, bazujące na technice i wykorzystujące siłę przeciwnika, jak tai chi czy aikido. To bardziej jak taniec, niż walka, ale uwierzcie mi, skuteczne :) Sama teraz z wielką przyjemnością trenuję aikido, a wcześniej liznęłam trochę judo i uważam to za świetną zabawę.

A to ja, „niekobieco” kopiąca yoko geri na wysokość jodan. Tak, wiem, stopa nie do końca dobrze ustawiona, ale to dopiero niebieski pas – początki :)

Teraz mieszkam w kraju, w którym molestowanie w przestrzeni publicznej niemal nie istnieje. Co się dzieje w domach, za zamkniętymi drzwiami, to zupełnie inna sprawa, jednak na ulicy nikt nie „puści” ci nieprzyjemnego komentarza, bo wydaje mu się, że ma do tego prawo. I jeszcze powinnaś mu być wdzięczna, bo wykazał zainteresowanie twoją osobą (nie, nie zmyślam, tak bywa na polskich ulicach). Kilka tygodni temu rozpoczęłam dyskusję w pracy w przerwie na lunch na temat reakcji w obliczu fizycznej agresji. Jestem badaczką, więc gdy zastanawiam się nad jakimś tematem, to staram się skonfrontować go z doświadczeniem innych osób. Z uwagi na to, że jestem blisko z moimi koleżankami, nie uznały tego za dziwny temat, ale za coś, co faktycznie trzeba przemyśleć. Okazało się, że żadna z nich nigdy nie była w takiej sytuacji (i bardzo dobrze), ale gdyby się znalazły, to zupełnie nie wiedziałyby, co zrobić. Sparaliżowałoby je. Dzięki dyskusji z nimi doszłam do wniosku, że sztuki walki pomagają także właśnie w tej sytuacji – pomagają oswoić agresję. W zależności od rodzaju treningu doświadczasz szarpania, pchania, uderzania, kopania, wykręcania, duszenia (to judo :) ), ale jest to robione w formie pewnego rodzaju zabawy, która cię z tym oswaja i nie czujesz się zagrożona. Gdy więc staniesz w obliczu prawdziwego fizycznego zagrożenia, nie sparaliżuje cię i będziesz mogła nawet zwiać (co zawsze zalecam, gdy jest taka możliwość).

Nie posądzajcie mnie o to, że uważam za zły cały rodzaj męski. Absolutnie nie. Mam fantastycznych przyjaciół-facetów, a mój Połówek to najlepszy facet na świecie (100 razy lepszy niż ja), jednak statystyki nie kłamią – to mężczyźni atakują kobiety. Odwrotnie (chociaż to się zdarza), to przypadki jednostkowe.

Uff… Wyrzuciłam to z siebie. Uwierzcie mi, to nie był wpis impulsywny. Długo nie wiedziałam czy w ogóle go pisać, ale uważam, że najwyższa pora zmienić nasze myślenie na temat własnej nietykalności cielesnej. Mamy do niej pełne prawo. I mamy prawo jej bronić.

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Zmęczenie materiału

Patrzę z niepokojem na coraz mniejszą częstotliwość umieszczana przeze mnie wpisów na blogu. Kiedyś, gdy pisałam doktorat i miałam gigantyczny nawał roboty, znajdowałam czas, by regularnie co tydzień umieszczać wpis. Teraz nie mam aż takich wyzwań, a wpisy pojawiają się czasami nawet rzadziej niż raz na dwa tygodnie. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, że gdy siadam do pisania na blog, mam pustkę w głowie. Wcześniej przewija mi się przez głowę mnóstwo tematów, ale gdy siadam – biała plama. I nie wiąże się to bynajmniej z wypaleniem pisarskim, bo jedno opowiadanie poszło na konkurs, kończę książkę (trochę utknęłam) i za chwilę zaczynam inne opowiadanie, więc to nie to. Może to moje zmęczenie Norwegią? Może w pewien sposób rozczarowanie? Pewne rzeczy, które kiedyś przychodziły mi z taką łatwością, nagle urosły do rozmiarów góry i trudno je ruszyć. A może zwyczajnie stałam się nudną pracownicą archiwum i nie mam o czym pisać? Wszystko jest możliwe, każda z tych opcji. Chyba potrzeba mi wakacji. Przez ostatnie kilku tygodni było tylko kilka dni słonecznych – w większości niskie chmury przetaczają się nad okolicznymi dolinami, od czasu do czasu zalewając nas deszczem. Lato nie było lepsze. A pomimo tego jesień jest niezwykle piękna w moich górach. Chciałam zrobić dla was kilka zdjęć, żeby to udowodnić, ale szare niby-światło, jakie mamy niemal codziennie, skutecznie zagłusza kolory. Jednak w piątek słońce wyszło dosłownie na pół godziny i to akurat, gdy wracałam z pracy do domu. Taki prezent od natury. Zatrzymałam się na chwilę i pstryknęłam kilka fotek. Nie są najlepsze, ale po całym dniu pracy, poprzedzonym porannym pilatesem, marzyłam, żeby jak najszybciej wrócić do domu, więc nie plątałam się po okolicy w poszukiwaniu urokliwych plenerów. Więc macie, co mi wyszło :)

Drzewo pięknie pocieniowane przez samą naturę.

W tle zbocze doliny przetykane ciemną zielenią świerków i złotem brzóz.

A tu same złote brzozy.

W czwartek (za kilka dni) premiera Blade Runner 2049. Już się nie mogę doczekać, zwłaszcza, że recenzje z pokazów przedpremierowych są entuzjastyczne. Seans zaczyna się o 20.30, więc muszę wcześniej urwać się z aikido. Będzie się działo :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Co w Norwegii jest naj?

Wpis powstał w ramach projektów Klubu Polki na Obczyźnie.

Norwegia to surowy kraj w większości pokryty górami, lasami i jeziorami, zamieszkany przez stosunkowo niewielką liczbę mieszkańców. Jednak jest to także kraj pod wieloma względami „naj”.

1. W Norwegii znajduje się najdłuższy drogowy tunel na świecie – Lærdalstunnelen, którego długość to 24,5 km. Przejazd tym tunelem to przeżycie samo w sobie, ponieważ żeby rozproszyć monotonię jazdy średnio co 6 km jest miejsce postojowe podświetlone na kolorowo. Można się tam na chwilę zatrzymać, złapać oddech i zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie. Tunel łączy miejscowości Lærdal i Aurland.

Przed każdym tunelem znajduje się tabliczka z jego nazwą, a często także z podaną długością.

2. Najdłuższy fiord w Europie nazywa się Sognefjorden i znajduje się w województwie Sogn og Fjordane. Sognefjorden ciągnie się 72 kilometry w głąb lądu i liczy sobie 1308 metrów głębokości, co sprawia, że jest też najgłębszym fiordem w Europie.

Jedna z odnóg Sognefjorden

3. Norwescy sportowcy zdobyli najwięcej medali w zimowych igrzyskach olimpijskich – 329. Nie ma się zatem co dziwić, że gdy nadchodzi zimowa olimpiada czy mistrzostwa świata, to w wielu miejscach pracy dozwolone jest oglądanie relacji z zawodów na żywo. Na przykład u mnie :)

4. Norwegia posiada najdłuższą linię brzegową w Europie – w sumie (wraz z terytoriami administracyjnymi) wynosi ona 58 133 km.

5. Największym jeziorem w Norwegii jest (moja lokalna) Mjøsa. Mjøsa ma 365 km kwadratowych powierzchni, 117 km długości i leży na wysokości 123 m.n.p.m.

Zachód słońca nad Mjøsą

6. W Norwegii przypada najwięcej samochodów elektrycznych na mieszkańca – na 1 tys. mieszkańców przypada ich 19. Już ponad 100 tys. elektrycznych autek jeździ po norweskich drogach. Należy zaznaczyć, że w Norwegii jeżdżenie elektrycznym samochodem to promowanie pewnego stylu życia. To najczęściej najlepiej sytuowani przesiadają się właśnie do tego typu pojazdów. Po ulicach mojego miasteczka jeździ tyle Tesli, że przestało to zwracać już czyjąkolwiek uwagę.

Taką Teslę kupił sobie ostatnio mój znajomy lekarz. Wymienił na nowszy model. Fot. Wikipedia

7. W gminie Nordkapp na wyspie Magerøya znajduje się najdalej wysunięty na północ punkt Europy. To obowiązkowe miejsce pielgrzymek wszystkich wycieczek, które obrały sobie za cel Północną Norwegię.

Północy kraniec kontynentu europejskiego. Fot. Wikipedia

8. Opublikowany w marcu 2017 roku World Happiness Report ogłosił Norwegię najszczęśliwszym państwem świata. „Szczęśliwe kraje to te, w których panuje zdrowa równowaga między dobrobytem (…) i kapitałem społecznym, co oznacza wysoki poziom zaufania w społeczeństwie, niski poziom nierówności oraz zaufanie do rządu” – oświadczył dyrektor SDSN i specjalny doradca sekretarza generalnego ONZ, Jeffrey Sachs.

9. Według analityków Deutsche Banku najdrożej na świecie zapłacimy za piwo w pubach w Oslo. I tutaj, kochani, nie ma się z czego cieszyć.

Norweskie piwo. Fot. Jonas Lindgren

10. W 2017 roku Norwegia już drugi raz z rzędu zajęła pierwsze miejsce w rankingu najlepszego kraju dla emerytów. Na wysoką pozycję Norwegii największy wpływ miał dobrobyt i samodzielność finansowa starszych Norwegów, ich zdrowie i jakość życia, a także dbałość Norwegów o czyste środowisko.

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Gdzie zniknął sierpień?

Kto mi ukradł sierpień? No, kto? Przyznać się. Dopiero się zaczynał, a tu, proszę, jutro już wrzesień. Pierwsze czerwieniejące liście zauważyłam już około połowy sierpnia, a potem to już poszło. Jakoś jesień wcześnie zawitała do naszej doliny. Ale przynajmniej jak na razie jest ciepła i słoneczna. Szczerze mówiąc, jest ładniejsza niż lato tego roku. Dla mnie skończyło się już wakacyjne nieróbstwo i znów wróciłam do lekcji angielskiego dwa razy w tygodniu, do treningów aikido też dwa razy w tygodniu, ale na razie odpuściłam sobie inne aktywności, bo chcę mieć chociaż jeden dzień wieczorem wolny. Książka leży odłogiem, bo piszę ją tylko w tak zwanym „dopadzie”, wielkie plany, żeby przystosować mój doktorat do wydania, wzięły i poszły na piwo. Nie wiadomo, kiedy wrócą ;-) Za to zaczęliśmy rozbudowywać nasz Zielony Domek, ale idzie nam to, jak krew z nosa – powoli i boleśnie. Jakoś nie mamy do tego serca, ale skończyć trzeba, to co zaczęliśmy.

Mam tylko nadzieję, że wrzesień mi nie umknie i zdążę się nim nacieszyć.

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu!

A tak wyglądam w pracy :)

Opublikowano Wszystko | Skomentuj

Frustracja końca lata

Chciałabym wpaść w pętlę czasową – tak, żeby zegar wracał do początku czerwca zawsze, gdy zbliża się połowa sierpnia.

Wspomnienie z czerwca

W Polsce są teraz niemal 40 stopniowe upały, podczas gdy u nas powoli zbliża się jesień. Niezauważenie, krok za krokiem. Dzisiaj stwierdziłam, że pora wyzbyć się złudzeń i spakowałam moje letnie ubrania do pudła. Letnie sukienki, narzutki, spódnice – zapomniane, ani razu nie założone w tym roku. W sumie to jednak nie mogę narzekać – tego lata był tydzień pięknej pogody i tenże tydzień przypadł dokładnie na czas mojego jedynego tygodnia urlopu. Na wczoraj, na piątek, zapowiadano ciepły dzień i aż 21 stopni popołudniu, więc zasugerowałam się tym i wzięłam dzień urlopu. I dobrze zrobiłam, bo nie wykluczone, że był to ostatni piękny dzień tego lata.

Za 1,5 tygodnia zaczyna się w norweskich szkołach rok szkolny – począwszy od przedszkoli po uczelnie. To już będzie prawdziwa oznaka wczesnej jesieni. A ja chyba się starzeję, bo coraz bardziej brak mi słońca i ciepła. Zwłaszcza, że w pracy mam zimno. To ze względu na klimatyzację, która jest jednakowa dla całego budynku – ci na górze mają gorąco, więc im cieplejszy dzień, tym klimatyzacja mocniej działa, a u nas chłód. Zwłaszcza, że niemal wszystkie firmy w budynku mają swoją przestrzeń podzieloną na niewielkie biura, ale oczywiście nie tam, gdzie ja pracuję – tam mamy otwartą wielką halę z wysokim sufitem. Niezależnie od pory roku chodzimy do pracy w swetrach i zabudowanych butach. Ale ta część naszej firmy, która znajduje się w nieco innej części budynku i ma przestrzeń podzieloną na zamknięte biura, ma ciepło i nie widzi problemu. Wiem, narzekam, ale to już drugie lato w tej pracy i tym samym drugie lato frustracji.

To zdjęcie zrobiono w lipcu. Podobnie ubieram się w listopadzie czy w marcu

Zresztą, niedługo zaczną się prawdziwe powody do narzekania, bo przecież winter is coming. Zacznie się wyjeżdżanie do pracy o zmroku i powrót o zmroku, a światło dzienne zobaczę w oddali, w oknie na klatce schodowej. Moja koleżanka, która siedzi tyłem do wejścia, nie zobaczy nawet tego. A czy nie mogłoby być dłużej cieplej? Zastanawiałam się czy może na wybrzeżu byłoby lepiej, ale koleżanka z Trondheim uświadomiła mi, że i tak jestem szczęściarą, bo miałam chociaż ten tydzień lata, a u nich cały czas leje. Norwegowie uważają, że mają dwie pory roku: białą zimę i zieloną zimę. Zaczynam ich rozumieć.

Dobra, koniec marudzenia. Obiecuję, że kolejny wpis będzie bardziej optymistyczny :)

Tak wyglądał mój ogródek w lipcu

Przynajmniej zdjęcia mi pozostaną na długie zimowe wieczory

Pa!

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Gudvangen 2017

Ta galeria zawiera 36 zdjęć.

W tym roku z pewnych powodów byliśmy w Gudvangen ekspresowo krótko i to bez naszej wikińskiej wyprawki – zabraliśmy ze sobą tylko ciuszki, a spaliśmy w zwykłym namiocie turystycznym. Tak czasami wychodzi. W tym roku jednak pogoda się udała piękna … Czytaj dalej

Więcej galerii | 2 komentarze

Urlop

Słuchajcie, słuchajcie! Mam urlop! Co prawda tylko tydzień, ale jednak jest to urlop i to w dodatku w lecie (nie pamiętam, kiedy miałam urlop w lecie, chyba w jakiejś zamierzchłej przeszłości). Teraz też, jak ta oślica, zarezerwowałam sobie tylko tydzień, bo miałam plany/nadzieję na tę mityczną podróż do Japonii na jesieni (mityczny nie jest sam kraj, ale moje starania by się tam udać – zawsze wypada coś ważniejszego). Niemniej urlop mam i nawet nie pada, chociaż zimno jest jak to w lecie przy północnym wietrze.

Cóż mogę powiedzieć o moim urlopie? Zazwyczaj wolne dni wyglądają tak – pisanie, szycie, pomoc przy budowie i żarcie. I tak w kółko. Wieczorami jeszcze lampka wina. Prawdziwa rozpusta. Raz udało mi się nawet 20 minut poleżeć na słońcu, zanim zimny wiatr nie zagonił mnie do domu. Wczoraj jednak wyłamałam się od reguły – pojechaliśmy w dalekie rejony Gór za Oknem i ruszyliśmy na podbój jednego z wyższych pasm górskich w mojej okolicy, Synnfjell. Przyznaję, to ja wybrałam punkt docelowy i trasę, i chociaż Połówek poddawał w wątpliwość czy wiedziałam, co robię, to wszystko było dokładnie przemyślane. Celowo postawiłam przed nami tak wymagającą trasę i doskonale wiedziałam, jak wysoko będziemy się wspinać (1414 m.n.p.m) i jak długa to trasa. Czymże jest życie bez wyzwań? ;-)

Często tęskniłam za moimi ukochanymi Bieszczadami i wędrówkami po Połoninach, gdzie oczy poniosą. Nigdy jednak nie miałam czasu, żeby podczas wizyty w Polsce, wyskoczyć nawet na te dwa, trzy dni w góry. Wczoraj odkryłam, że Połoniny, chociaż surowsze i bardziej wietrzne, mam w odległości 30 km od domu (mieszkam tu ponad 11 lat). Jak to się mówi, lepiej późno niż wcale ;-) Duchy Gór były bardzo przyjazne, bo gdy zażyczyliśmy sobie zobaczyć leminga, po chwili znaleźliśmy takiego na ścieżce. Co prawda był martwy, ale umarł chyba dopiero co, bo wciąż wyglądał jak duży chomik o ślicznym futerku. Uściśliliśmy więc nasz prośbę do Duchów Gór, że chcieliśmy zobaczyć leminga, ale myśleliśmy o żywym. Nie minęło wiele czasu, a Połówek przez przypadek przepłoszył spomiędzy kamieni leminga w pełni sił witalnych :) Poprosiłam, żeby nie padało, pomimo ciężkich chmur wędrujących nad Synnfjell i nie spadła ani jednak kropla. W ramach gratisu zobaczyliśmy mamę cietrzewia ze stadkiem jej pociech, tuptających kilka metrów od nas. I jak tu nie lubić takich Duchów? Full service :D

A oto kilka fotek z naszej wyprawy:

Początkowo szliśmy przez taki sympatyczny lasek

Wyprawa w góry jest jak życie – jest ciężko pod górę, ale gdy dotrze się na szczyt, duma rozpiera. Ważne, by nie rezygnować, gdy widzi się trudności.

Tak, to są właśnie trudności ;-)

Czasami można trafić na coś, co wygląda jak wyjęte żywcem z innej bajki

W surowym otoczeniu ten strumień wyglądał, jak oaza

Krótka przerwa w drodze na szczyt

Na szczycie stało wiele świątyń postawionych Duchom Gór ;-)

Surowy krajobraz

Spåtind – nasz punkt docelowy

Potem było już z górki ;-)

Do następnego razu!

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Norweskie lato

No i nadeszło tak wyczekiwane norweskie lato. Baaardzo długie dni, które sprawiają, że przez całą dobę jest stosunkowo jasno, niezbyt wysokie temperatury – 20 stopni to już szał i wszyscy wylegają na zewnątrz, by trochę się opalić, deszcz – właśnie leje, i zimne poranki – przedwczoraj to było 6 stopni o poranku, a wczoraj aż całe 8. Dobra, przyznaję, piszę tu o moim górskim regionie, który znany jest z surowych warunków, jednak podobnie jest obecnie w całej Norwegii, a dwa dni temu około 100 km na południe od Alty padał śnieg (znajoma umieściła zdjęcie na FB jako dowód). Lubię Norwegię, nawet bardzo lubię, ale lato w tym kraju to wyzwanie dla odważnych. Gdy jeżdżę na festiwale wikińskie, zupełnie naturalne jest dla mnie spanie w śpiworze do 0 stopni, przykrytym ze 3 kocami i wcale nie jest za gorąco. Dobrze jest, gdy nie budzi mnie w nocy chłód. Oczywiście namiot, w którym śpię, to namiot wikiński, a nie współczesny, w którym prawdopodobnie byłoby mi cieplej. Prawdopodobnie, ale wcale nie jestem przekonana, bo ostatnio moja koleżanka (Norweżka) spała pod namiotem w śpiworze do -20 stopni i uznała, że było akurat. Nie przegrzała się, bynajmniej. Takie bywa norweskie lato :)

Tydzień temu spędziliśmy weekend na urodzinach znajomych w ich górskim gospodarstwie (górskie gospodarstwo czyli sætra – tam wywozi się na lato zwierzęta na luźny letni wypas). Urodziny były w stylu wikińskim. Bardzo nie chciało mi się na nie jechać, bo byłam potwornie zmęczona, ale obiecałam, więc nie było odwrotu. Impreza okazała się bardzo fajna – było przedstawienie odegrane przez jubilatów, rodzinę i przyjaciół (scenka z mitologii nordyckiej), tradycyjne tańce i piosenki, konkursy dla dzieci i dorosłych i duużo dobrego jedzenia (także dla wegetarian) :) Po dniu pełnym wrażeń, który skończył się dla mnie około północy (była szarówka, jak przy wczesnym zmierzchu), uznałam, że podczas tych urodzin wypoczęłam bardziej niż gdybym spędziła ten dzień w domu. Zaskoczyła mnie ilość jedzenia, bo Norwegowie pod tym względem są raczej oszczędni, ale biorąc pod uwagę, że jubilatka jest Włoszką (co prawda niemieckojęzyczną, ale zawsze Włoszką), powinnam się tego spodziewać.

A tu kilka fotek :)

Brezentowa wikińska hala na „w razie deszczu” :)

Maja i Engebret (jubilaci) raz z dziećmi po odegraniu przedstawienia :)

Eksploracja strumyka w wikińskiej kiecce :)

Stojąc na dwóch brzegach „rzeki” jednocześnie :)

Koleżanki kozy o poranku :)

Mam nadzieję, że wasze lato jest cieplejsze :)

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Norwegia z perspektywy czasu

Ten post jest częścią jednego z projektów Klubu Polki na Obczyźnie.

Ostatnio łapię się na tym, jak bardzo zmieniło się moje postrzeganie Norwegii w ciągu ostatnich 11 lat. Gdy przyjechałam do tego kraju, po początkowej fazie zauroczenia, wpadłam w depresję, spowodowaną między innymi odmiennością jaką spotykałam na co dzień. Inny był język, inna natura, inne otoczenie i inna mentalność ludzi. Ta cała inność, która spadła na mnie nieoczekiwanie i z siłą młota pneumatycznego spowodowała, że zaczęłam negować i kraj, i ludzi. Kraj był zimny, nieprzyjazny, surowy, a ludzie fałszywi, głupi i naiwni. Jednak pomimo tych wszystkich negatywnych odczuć, wiedziałam, że to typowy mechanizm obronny umysłu, który próbował sobie poradzić z kategoryzacją obcości i poczuciem wykluczenia, jakie odczuwałam każdego dnia. Odczuwałam, chociaż żaden Norweg nigdy nie okazał mi otwarcie niechęci czy nieuprzejmości. Ta uprzejmość i bycie miłym i pomocnym też stanowiło dla mnie coś tak nowego, że początkowo zamykałam się przed tym. Mój zdrowy rozsądek podpowiadał mi jednak, że to nie Norwegia i Norwegowie są problemem, tylko ja. Ja sama i moje lęki i uprzedzenia. Bardzo szybko wprowadziłam w życie własną strategię adaptacji do nowych warunków, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Jak najszybciej zaczęłam się uczyć języka, zawierać znajomości z Norwegami, poznawać bliższe i dalsze otoczenie, a także kulturę i historię kraju, w którym jakby nie było, przyszło mi mieszkać.To nie było łatwe, a czasami wydawało mi się ponad moje siły, ale opłacało się.

Z biegiem lat okazało się, że wrosłam w ten kraj, nieco udało mi się go poznać, a także zaznajomić z norweską mentalnością i kodami kulturowymi. I tak oto okazało się, że Norwegia pomimo trudnego klimatu jest dla mnie jednym z najpiękniejszych miejsc na świecie i jestem wdzięczna, że dzięki zbiegowi okoliczności mogłam tu zamieszkać. Muszę jednak przyznać, że to kraj dla twardzieli (między innymi właśnie ze względu na trudny klimat, a także ekstremalnie krótkie dni w zimie) i nie każdy dobrze sobie tutaj radzi. Ja się przyzwyczaiłam do niskich temperatur i cały rok śpię przy uchylonym oknie, ale długa zima i deszczowe, zimne lato nadal potrafią mi dopiec. Uprzejmość ludzi w życiu codziennym, ich wbrew pozorom bardzo zdroworozsądkowe podejście do rozwiązywania problemów bez niepotrzebnych spontanicznych zrywów, które robią wiele zamieszania i nic poza tym, pozwala żyć w mniej stresujący i bardziej komfortowy sposób. Szanuję Norwegów, chociaż w wielu sprawach się z nimi nie zgadzam. Nie mylę też (co jest częstym grzechem naszych rodaków) norweskiej pobłażliwości i wyrozumiałości, z przypisywaną im naiwnością. Wiele razy spotkałam się z bezinteresowną pomocą ludzi o wielkich sercach, ale też z ukrytą niechęcią małostkowych, egoistycznych norweskich osłów. Wiem też, że ludzie w Norwegii są różni – i dobrzy, i źli, mądrzy i głupi, tak samo jak wszędzie, tak samo jak w Polsce.

Przyznaję, kocham Norwegię – za wolność, niezależność i możliwości, jakie mi dała i jakie wciąż mi daje. Ale też za to, że jadąc do pracy, mogę zobaczyć zapierające dech w piersiach wschody słońca, pasące się sarny czy stada dostojnych żurawi. Uroda norweskiego krajobrazu nieodmiennie potrafi wprawić mnie w zachwyt i to jest rzecz, która nie zmieniła się od 11 lat, i chyba nigdy nie zmieni.

A oto próbka – jeżdżę tędy co roku, a ten widok nigdy mi się nie znudzi, bo za każdym razem jest inny.

Miłego dnia! :)

Opublikowano Wszystko | 3 komentarze