Przygotowania do ataku zombie :)

Idzie wiosna i nie ma już co do tego żadnych wątpliwości. Jest już jasno, gdy wyjeżdżam do pracy i gdy z niej wracam. Po tych miesiącach mroku, to cudowne uczucie, gdy jedziesz do domu, a tu słońce jeszcze jest całkiem wysoko na niebie. Można zacząć żyć jakoś normalniej. Dzisiaj było tak słonecznie i ciepło, że pojechałam w Góry za Oknem na narty biegówki, żeby dotlenić się, naładować słoneczną witaminą D i pooglądać przepiękne zimowe widoki. Wyglądało to mniej więcej tak:

Skrzyżowanie tras biegowych

Natomiast wczoraj Połówek zabrał mnie na zakupy i już nie pamiętam, kiedy kupowanie przedmiotów sprawiło mi tyle radości. Nie, to nie były ubrania (je kupuję, bo muszę i zawsze z poczuciem winy). To była wyprzedaż sprzętu militarnego organizowana raz albo dwa razy w roku przez jednostkę wojskową w naszej okolicy. Nie myślcie, że to coś używanego. Wszystko jest fabrycznie nowe i bardzo dobrej jakości. Nakupowałam różnych przydatnych dynksów, jak chociażby te:

W razie ataku zombie będę przygotowana :)

Nic na to nie poradzę – zawsze chciałam mieć czarną maczetę :D Wyprzedaż jest jeszcze tydzień i kusi mnie, żeby pojechać tam jeszcze raz. Jednak moje finanse stanowczo mówią: Ty weź się zastanów!

Na dzisiaj to tyle. Pozdrawiam i pędzę oglądać mecz rugby :)

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Sztuka konwersacji i niewłaściwy czas w życiu

Ostatnio spojrzałam prawdzie w twarz – zrobiłam się nudna. I to koszmarnie. W ogóle nie ma o czym ze mną rozmawiać. Zresztą, jakiekolwiek rozmowy ograniczane są do absolutnego minimum zazwyczaj przez niesprzyjające okoliczności, a te niesprzyjające okoliczności to najczęściej osoby, które uwielbiają mówić i słuchać samych siebie tak bardzo, że trudno jest włączyć się w ich monolog. Los obdarzył mnie dwiema takimi koleżankami w pracy i chociaż je bardzo lubię, to jestem już zmęczona i znudzona ich wywodami. W takich chwilach moje młodsze koleżanki (równie znudzone jak ja), bez skrępowania sprawdzają różne rzeczy w Internecie w swoich telefonach. Ja jestem już za stara i uważam to za niegrzeczne, ale potem mityguję się, że moje gadatliwe koleżanki nie przejmują się czy ich słowotok jest męczący dla przypadkowych słuchaczy, czy nie. Zacznę ze sobą chyba zabierać książkę do pracy, żeby czytać podczas przerwy na lunch.

Poza pracą mam tyle zajęć, że jestem zbyt zmęczona na spotkania z kimś dla przyjemności i chyba dlatego wyszłam z wprawy w prowadzeniu rozmowy. Zresztą, teraz nie jest też łatwo ze mną rozmawiać. Kiedyś wystarczyło zapytać o pracę, a mogłam z prawdziwą pasją opowiadać o różnych ciekawostkach, z którymi spotkałam się podczas badań. Często spotykałam się ze stwierdzeniem: Ty na prawdę kochasz swoją pracę. I tak faktycznie było. A teraz? Teraz jeżeli ktoś zapyta mnie o pracę, mogę tylko odpowiedzieć: Jest. I to byłoby na tyle. Jestem trudną partnerką w rozmowie, bo nieco czasu mi zajmuje zanim wyłuskam się z tego pancerzyka, w którym zamykam się na co dzień. Brakuje mi nieśpiesznych rozmów o życiu, o otaczającej nas rzeczywistości, o własnych i czyichś przemyśleniach… I to rozmów, a nie jednostronnych monologów. Ostatnio takim plasterkiem na smutek duszy był wieczór z K. – w ręcznie dzierganych kapcioszkach, z lampką wina, nad pieczonym jabłkiem i snując rozmowy o przemijaniu czasu (dzięki, K.).

Faza kapcioszkowo-chilloutowa :)

Przepraszam, że temu wpisowi brakuje dobrej energii, ale czasami są takie chwile w życiu migrantki, że zastanawia się: Co ja robię tu? Co ja tutaj robię? – cytując starą piosenkę Elektrycznych Gitar. I to nie chodzi o kraj, bo po tylu latach migracji ja już nigdy i nigdzie nie będę w pełni u siebie (tak to jest z migracjami), ale o czas, przestrzeń i chwilę w życiu. Czasami wszystko jest proste i oczywiste, ale czasami tak nie jest. Czasami zwyczajnie czujesz, że jesteś w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwym czasie, a najgorsze jest uczucie, że tak może być już zawsze. Gdy ja czuję coś takiego, robię gwałtowny zwrot o 180 stopni, wprowadzając chwilowy zamęt i chaos w moim życiu, ale później wszystko układa się we właściwym kierunku. Teraz nie mam takiej możliwości i mam wrażenie, że ta sytuacja wciąga mnie jak lotne piaski na pustyni. Wiem, że przyjdzie taka chwila, gdy okoliczności będą sprzyjające, by postawić wszystko na głowie, ale zaczyna mi już brakować cierpliwości…

Pozdrawiam (nieco pesymistycznie) i do następnego razu

Opublikowano Wszystko | 7 komentarzy

Czytelnia

Czas pędzi jak zwariowany, a ja wciąż nie mam zbyt wiele czasu na zwykłe poleniuchowanie i poczytanie książki. W styczniu udało mi się urwać kilka chwil tę formę przyjemności w trakcie nawału codziennych czynności. Czytanie lub słuchanie książek odpręża mnie, jak nic innego. W Internecie częste jest dzielenie się przeczytanymi w danym miesiącu tytułami, toteż pomyślałam, że ja podzielę się z wami tym, co przeczytałam w styczniu.

„Zwierciadła” – Maja Lidia Kossakowska (wyrosłam chyba z takiej lektury), „Koncert nieskończoności” – Greg Bear (czytałam w młodości, ale tak dawno, że odkrywałam ją z przyjemnością na nowo, jak zupełnie nieznaną książkę), „Ganbare! Warsztaty umierania” – Katarzyna Boni (świetnie napisany reportaż o trzęsieniu ziemi, tsunami i katastrofie w Fukushimie w 2011 roku – jedna z najlepszych i najmocniejszych książek, jakie czytałam) i „Tehanu” – Ursula K. Le Guin (kolejna część z Archipelagu, dla mnie osobiście, jako kobiety, bardzo ważna). Oprócz tego przeczytałam też sporo komiksów i opowieści graficznych, a także oglądnęłam całe mnóstwo filmów i seriali. Czyli nie było najgorzej :)

W tym roku zima w Norwegii jest najcieplejszą i najmniej śnieżną od baaardzo dawna (najstarsi górale nie pamiętają). Pomyślcie, że dosyć często to w Polsce było zimniej niż w u mnie, w norweskich górach. W takich miejscach o dosyć ekstremalnej pogodzie najbardziej widać zmiany klimatyczne, jakie zachodzą na świecie. Dla mnie jest to przerażające.

Poza tym od początku roku praca twórcza wre na całego i między innymi dlatego nie mam czasu na wiele innych rzeczy, które chciałabym robić :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 6 komentarzy

Dugnad i z czym to się je

Jedną z charakterystycznych cech norweskiego społeczeństwa jest jego gotowość do brania udziału we wszelkiej maści dugnadach. Co to jest dugnad? Osobom, które pamiętają jeszcze system panujący w Polsce przed 1989 rokiem, mogę to wyjaśnić jednym słowem: czyn społeczny. Oznacza to wykonanie jakiegoś rodzaju pracy w różnego rodzaju przedsięwzięciach na rzecz jakiejś społeczności lub grupy za darmo. Może to być pilnowanie porządku na jakiejś imprezie sportowej czy kulturalnej, sprzątanie ulicy, malowanie płotów, pieczenie ciast przeznaczonych na sprzedaż, a dochód z dugnadu przeznaczany jest na konkretny cel. W Polsce takim przykładem dugnadu może być Sprzątanie Ziemi. Teoretycznie dugnad jest dobrowolny, ale z czasem w niektórych sytuacjach przybrał formę przymusu. Dotyczy to głównie rodziców, których dzieci należą do różnego rodzaju klubów sportowych, a niemal każde dziecko w naszej okolicy do jakiegoś należy. Rodzice tych dzieci muszą wykonywać na rzecz danego klubu prace, za które wynagrodzenie ma pomóc sfinansować na przykład wycieczki lub obozy treningowe dzieciaków (w Norwegii rodzice nie mogą bezpośrednio płacić za tego rodzaju atrakcje – to wbrew prawu). Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że często rodzice muszą brać urlopy w pracy, żeby sprostać nałożonym na nich w ramach dugnadu obowiązkom. Najgorzej mają samotni rodzice (głównie matki) wychowujący dwoje czy troje dzieci. Każde z dzieci jest w jakimś klubie, a rodzic nie jest fizycznie w stanie w każdym z tych klubów wyrobić kilkanaście czy kilkadziesiąt godzin darmowej pracy. Z chęcią wykupiliby się z tego obowiązku, płacąc bezpośrednio pieniądze, które klub otrzyma za ich pracę podczas dugnadu (na przykład za sprzątanie terenu po koncercie lub obsługę imprezy sportowej), ale nie mogą, bo to wbrew prawu. Zamiast tego biorą w pracy urlop, załatwiają opiekę dla dzieci i na przykład od 6 rano na mrozie obsługują tory zjazdowe podczas pucharu świata w narciarstwie zjazdowym. Moja koleżanka po takich dugnadach wyglądała jak zombie – była wykończona. Norwegowie traktują dugnad, jako jedną z cech składowych ich tożsamości narodowej, z której są bardzo dumni. Powoli jednak dociera do nich, że dugnad nie jest altruistyczna cechą, która charakteryzuje wyłącznie norweskie społeczeństwo, a różne jego formy są rozpowszechnione na całym świecie.

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | Skomentuj

Niewłaściwy czas na podróże – impresje

Właśnie wróciłam z pobytu w Polsce. Poleciałam, bo musiałam załatwić pewną sprawę, ale nie była to ani właściwa pora roku na taka podróż, ani ja nie miałam ku temu odpowiedniego nastroju. Są takie dni, kiedy wyjazd do innego kraju to świetna zabawa i sprawia wiele radości, a są takie dni, kiedy tylko czeka się na powrót do domu.

Jestem już zmęczona mrokiem norweskiej zimy i jej dziwnym przebiegiem (dodatnie temperatury w norweskich górach o tej porze roku, to jakaś gruba pomyłka). W Polsce nie było lepiej – szaro, buro i smog. Codziennie musiałam brać tabletki antyalergiczne, bo inaczej był płacz, smarkanie i problemy z oddychaniem. Dodatkowo laryngolog przepisał mi jeszcze leki w sprayu do nosa, po których jak na razie nie widzę specjalnych rezultatów. I oczywiście, jak zwykle, było bieganie i załatwianie całego mnóstwa spraw. Światełkiem w smogu byli ludzie, z którymi się spotkałam i którzy swoją pozytywną energią sprawili, że udało mi się szczęśliwie dotrwać do powrotu do domu.

W Polsce zaopatrzyłam się w książki, komiksy i lekarstwa, które pozwolą mi jakoś przezimować w tym moim kokonie zwanym „kulą przetrwania” (wzięte od Yesmenów) aż do wiosny.

Impresje z pobytu:

  1. Pijany mężczyzna idący nocą po nieoświetlonej ulicy moim pasem. Gdyby nie kierowca z naprzeciwka, który zatrzymał się i dawał mi sygnał długimi światłami, to niewykluczone, że mogłabym przejechać delikwenta. Delikwent obrażał i wyzywał kierowcę, który być może uratował mu zdrowie.
  2. Ciężko chory kot, którego chorobę wszyscy lekceważyli, a który rozpaczliwie pragnął czułości.
  3. Bogaty dwupiętrowy dom, z którego komina dymiło się tak, że gryząca mgła zasnuła pół okolicy, utrudniając oddychanie.
  4. Gustowne maseczki w stylu postapokaliptycznym na ulicach Krakowa.
  5. Miły wieczór w gronie starych (fantastycznych) znajomych w krakowskim pubie. Jakby czas zatrzymał się kilka lat temu.
  6. Nie-samotne lunche na mieście.
  7. Chilloutowy wieczór w dzierganych kapciach, z lampką wina i pieczonym jabłkiem w towarzystwie przyjaciółki.
  8. Przyjemność z obserwowania pozytywnych zmian u przyjaciół (zmiana wyglądu, opanowanie chaosu życia, nowe dzieci).
  9. Smutek tylnych świateł oddalającego się w ciemność pierwszego własnego samochodu.
  10. Administracja osiedla, która zostawia ludzi z wadliwymi piecykami grzewczymi samym sobie. Kogo obchodzi ich potencjalna śmierć?
  11. Tęsknota za domem – mężem, kotami i tym, by wreszcie zająć się własnymi problemami.

Tak, jak pisałam, to nie był dla mnie dobry czas na wizytę w Polsce.

Pozdrawiam!

 

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Inaczej o świętach

Im bardziej zbliżają się święta Bożego Narodzenia, tym bardziej ludzi ogarnia pewien rodzaj zbiorowego szaleństwa i przymus, by w tym okresie na siłę być szczęśliwym, dostać super prezenty i najeść się tak, że mało żołądek nie pęknie. Czasami jednak trudno być szczęśliwym, gdy nie ma się zupełnie ku temu powodów, a siadanie przy stole z ludźmi, których się nie znosi i konieczność obłudnego uśmiechania się i składania fałszywych życzeń, przyprawia o odruch wymiotny. Podobnie ma się z kupowaniem prezentów – człowiek czuje się niemal zaszczuty wszechobecnymi reklamami nakazującymi robienie zakupów, bo przecież gwarantem udanych świąt są prezenty. I to nie byle jakie – liczy się ilość i jakość. A czasami zwyczajnie nie ma się od kogo dostać prezentu albo nie ma pieniędzy na to, by kupić najbliższym ich wymarzonych podarków. Czasami dokonuje się cudów, by w ogóle przygotować wigilijną kolację tak, by chociaż przez chwilę mieć złudzenie, że w domu na co dzień nie brakuje pieniędzy na podstawowe produkty. Do tego jeszcze dochodzi przymus zasiadania przy stole z ludźmi, z którymi nie chce się mieć żadnego kontaktu, a widząc ich na ulicy najchętniej przeszłoby się na drugą stronę, by nie musieć patrzeć na ich gęby. W Wigilię jednak musisz spędzać czas w ich towarzystwie, słuchając głupot takich, że krew ci się gotuje w żyłach, a z tłumionej wściekłości nic nie możesz przełknąć. I z całego serca nienawidzisz świąt Bożego Narodzenia.

Tak, kochani, wbrew temu, co pokazuje się w telewizji, tak wyglądają święta części z nas. Ja nie wspominam dobrze żadnej Wigilii mojego dzieciństwa – to był przykry obowiązek, a nie przyjemność. Dopiero, gdy życie moje i mojej rodziny stanęło na głowie, święta zaczęły być okresem, z którego czerpaliśmy radość – cieszyło nas wspólne przygotowywanie jedzenia, wieczór spędzony w gronie bliskich sobie osób, drobne upominki, które były prezentami od serca i dlatego były niezwykle cenne. Jednak i tak najlepiej jest teraz, gdy wraz z Połówkiem zupełnie odrzuciliśmy święta, jako święta i związane z nimi zakazy i nakazy. Doszliśmy do wniosku, że to nie tradycja określa nas, ale my określamy tradycję. To oznacza, że bierzemy tylko to, co nam odpowiada, a odrzucamy całą resztę. Lubimy lampki w oknach, bo rozpraszają mrok i robią fantastyczny nastrój i takie właśnie mamy, dzisiaj wstawiłam gałązki świerku do wazonu, bo dzięki nim będzie w domu ładnie pachnieć, jemy jak zwykle wegetariańsko i to co lubimy – dzisiaj będzie bigos wegetariański (mniam) i może tofurnik (jak będzie mi się chciało robić), a poza tym to nie wiem – zazwyczaj robimy coś na ostatnią chwilę, w zależności od tego czy nam się chce wysilać, czy nie. Tak, zgadza się, wciąż robimy mniej lub bardziej uroczystą kolację, ale powodem jest przesilenie zimowe (Szczodre Gody) i radość z dni wolnych od pracy, poza tym każdy powód jest dobry do tego, by zjeść razem dobrą kolację i wspólnie miło spędzić czas. Tak wyglądają moje święta – to czas faktycznego odpoczynku i przyjemności czerpanej z przebywania razem.

Oczywiście, szanuję to, że ludzie lubią i obchodzą święta bardziej tradycyjnie i dlatego z całego serca życzę wam, drodzy czytelnicy, prawdziwie wesołych i dobrze spędzonych świąt Bożego Narodzenia :) Nie dajcie się wtłoczyć w trybiki wielkiej machiny konsumpcjonizmu :)

Dla tych, którzy ciekawi byli, co to jest tofurnik – oto on, w całej swojej krasie :) Przepis na niego znajdziecie na blogu Jadłonomia i stamtąd też pochodzi ta fotografia.

Do następnego razu! :)

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Ogarnianie rzeczywistości i „pożeranie słońca”

Ostatnio niewiele piszę na blogu. Głównymi powodami były/są problemy zdrowotne (ból kręgosłupa, który uniemożliwiał mi siedzenie przy komputerze poza godzinami pracy), najkrótsze dni w roku (gdy niebo jest zachmurzone, to przez cały krótki dzień nie wiadomo jaka jest pora dnia – późny, mroczny świt czy już wczesny popołudniowy zmierzch) i problemy z ogarnięciem rzeczywistości (jest tyle rzeczy, które muszę zrobić już!, a czasu nie wystarcza nawet na połowę z nich). To tyle gwoli wyjaśnienia mojego opuszczenia się w regularnym raportowaniu otaczającej mnie rzeczywistości.

Za tydzień już święta. Ja (jak zwykle ostatnio) będę świętować przede wszystkim najkrótszy dzień roku, którego uroczyste obchodzenie wywodzi się na długo przed wprowadzeniem chrześcijaństwa. Moja norweska koleżanka i jej przyjaciółki mają zwyczaj zjadania w najkrótszym dniu roku ananasa, który symbolizuje słońce. Podkradłam im ten zwyczaj i co roku mam z niego wiele radości :) Trzeba jakoś uatrakcyjniać sobie dni pozbawione słońca, bo inaczej można popaść w depresję zimową. Dzisiaj teoretycznie wschód słońca był w mojej miejscowości o 9.31, a zachód ma być o 15.00, tyle że chmury są nisko i wszystko spowite jest szarym, nieprzyjemnym światłem. Powtarzam sobie „byle do świąt”, bo potem dzień będzie już dłuższy, chociaż w tym roku dnia zacznie przybywać wcześniej, bo przesilenie zimowe wypada 21 grudnia o 11.44. Chyba kupię tego dnia ananasa do pracy, żebyśmy mogły „pożreć słońce” grupowo ;-)

A propos przesilenia, kilka zdań za Wikipedią: Przesilenie zimowe w większości kultur półkuli północnej było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”. W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry (bóstwa Słońca), wśród ludów germańskich – Jul, u Słowian – Święto Godowe. Na początku naszej ery przesilenie wypadało 25 grudnia według kalendarza juliańskiego. Stąd też data święta Bożego Narodzenia, które wyparło tradycyjne wierzenia.

W Norwegii wciąż i nadal Boże Narodzenie określane jest mianem Jul, a Wigilia to Juleaften.

Jul u Wikingów. Fot. historienet.no

Co do Wikingów, to uruchomiliśmy z Połówkiem na FB naszą wikińską stronę House of Dragons. Chętnych zapraszam :)

Pozdrawiam!

 

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Dziwne/ciekawe zwyczaje kulinarne w Norwegii.

Wpis jest powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie – Dziwne/ciekawe zwyczaje kulinarne w naszych krajach.

Jak sami Norwegowie uważają, ich kuchnia jest prosta i w dużej mierze pozbawiona konkretniejszych smaków. W dawnej chłopskiej Norwegii ważne było, by przede wszystkim napchać żołądek, żeby mieć siłę do pracy, a smak nie był już taki istotny. Oczywiście, tradycyjne potrawy różnią się w zależności od regionu – na wybrzeżu ludzie mieli dostęp do świeżych ryb przez większą część roku, a jeżeli chcieli je jakoś przechowywać, to wybierali suszenie na plażach. Z tego powstawał znany na całym świecie sztokfisz czyli po norwesku tørrfisk – suszony na plażach dorsz. Tørrfisk eksportowany był do wielu krajów, a w Portugalii stał się podstawą jednego z tamtejszych dań narodowych – bacalao (bardzo popularne także w Norwegii).

Rzędy suszących się na zimnym wietrze dorszy. Fot. Lofotposten

Rzędy dorszy suszących się na zimnym wietrze. Fot. Lofotposten

Śmierdzący baldachim z suszonych ryb. Fot. Wikimedia commons

Śmierdzący baldachim z suszonych ryb. Fot. Wikimedia commons

W głębi lądu trudniej było o świeże ryby i o wietrzne plaże, toteż tamtejsi mieszkańcy wzięli się na inny sposób. Doprowadzali do kontrolowanego procesu gnicia (tak ja to nazywam) ryb. Najbardziej znanym produktem tego przyprawiającego o ciarki na plecach procesu, są rakefisk i lutefisk. Norwegom z regionu Østland obydwa słowa kojarzą się bezpośrednio z potrawami wigilijnymi, ponieważ tylko o tej porze roku jedzono te hmmm… marynaty. Do rakefisk wykorzystuje się różne gatunki ryb, między innymi pstrągi. Ryby na jesieni kroi się w dzwonko, soli i zamyka. Przed świętami Bożego Narodzenia ryba jest idealnie sfermentowana i nadaje się do spożycia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, smakuje całkiem nieźle. Jest tylko jedna zasada – nie wolno wąchać rakefisk przed zjedzeniem (coś jak z serem roquefort) :)

Typowe dodatki do rakefisk - ziemniaki gotowane gatunku mandel, nalesniki ziemniaczane lompy, cebula i śmietana. Czasami też dodaje się musztardę.

Typowe dodatki do rakefisk – ziemniaki gotowane gatunku mandel, nalesniki ziemniaczane lompy, cebula i śmietana. Czasami też dodaje się musztardę. Fot. druefin.no

Co do lutefisk sprawa ma się gorzej – to suszony dorsz moczony w ługu. Tak, tak, w ługu. W wyniku tego procesu traci swój rybny smak i nabiera galaretowatej konsystencji. W sklepowej lodówce przypomina z grubsza kremowo-burą breję w foliowym worku i zdecydowanie nie zachęca do bliższego zapoznania się z jego zawartością. Na świątecznej kolacji zostałam uraczona tradycyjnie przyrządzonym lutefiskiem i muszę przyznać, że jak dla mnie, danie to nie miało wcale smaku.

Lutefisk podaje się ze skwarkami, purre z groszku i ziemniakami. Czasami zamiast groszku są marynowane w occie buraki. Fot. aperitif.no

Lutefisk podaje się ze skwarkami, puree z groszku i ziemniakami. Czasami zamiast groszku są marynowane w occie buraki. Fot. aperitif.no

Teraz odejdźmy na chwilę od klimatów świątecznych i wróćmy do miesięcy letnich. Jednym z popularnych tradycyjnych potraw tego okresu jest rømmegrøt. Rømmegrøt to proste danie przyrządzone z gotowanej śmietany zagęszczonej mąką pszenną. Podaje się go z cynamonem, cukrem i łyżką masła lub z peklowaną szynką. Do tego obowiązkowo szklanka soku/kompotu truskawkowego. Uwierzcie mi, wygląda niewinnie, ale po jednym talerzu tego specjału można pęknąć ;-)

Niezwykle pożywne danie, które mnie nieodmiennie kojarzy się z norweskim latem. Fot. romlingsensbeste.blogspot.no

Niezwykle pożywne danie, które mnie nieodmiennie kojarzy się z norweskim latem. Fot. romlingsensbeste.blogspot.no

Co do deseru, to w Norwegii najczęściej spotykam się z bondepike – musem jabłkowym z kremem waniliowym. Oczywiście jest wiele wariantów tego deseru, ale wszystkie bazują na jabłkach i kremie waniliowym. Bondepike tłumacze sobie (swobodnie) jako dziewoję (dosłownie znaczy młoda dziewczyna ze wsi). W zależności od położonego akcentu może mieć też drugie, bardziej zbereźne znaczenie ;-)

Tradycyjny norweski deser. Fot. arcticgrub.wordpress.com

Tradycyjny norweski deser. Fot. arcticgrub.wordpress.com

To tyle na dzisiaj. Miłego pichcenia w kuchni! I nie zapomnijcie włożyć dorsza do ługu – będzie jak znalazł na świeta ;-)

 

 

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Pomiędzy miastem a prowincją

W każdym kraju istnieje różnica pomiędzy życiem na prowincji i w dużych miastach. W Norwegii odczuwam to jakoś szczególnie mocno – jest kilka dużych miast, w których mieszka większość populacji Norwegii i stosunkowo słabo zaludniona prowincja. Oczywiście sztandarowym miastem Norwegii jest jej stolica, Oslo. To tam, podobnie jak do Warszawy, jedzie się zrobić karierę i zasmakować wielkomiejskiego życia. Jak na standardy międzynarodowe Oslo wcale nie jest duże, bo ma niecałe 660 tys. mieszkańców, podczas gdy w samym Londynie mieszka półtora raza tyle ludzi, co w całej Norwegii. Niemniej Oslo jest największym miastem Norwegii i jak to w stolicy, tam skupia się norweskie życie polityczne. Jeżeli jednak ktoś oznajmia, że był w Norwegii, a był tylko w Oslo, to oznacza, że w rzeczywistości tej prawdziwej Norwegii nie widział. Często mówi się, że jest Oslo i jest Norwegia. Inne miasta mają już zupełnie odmienny klimat, mniej kosmopolityczny. Takie Bergen osobiście przyrównałabym do Gdańska (obydwa miasta z historią, hanzeatyckie i oczywiście, portowe), moje ulubione Trondheim do Krakowa (pewnie dlatego tak mi przypadło do gustu), a naftowe Stavanger do Katowic (tyle że nadmorskich). Oczywiście, to moje czysto subiektywne porównania. Jednak, jak sami Norwegowie uważają, prawdziwe serce Norwegii, to prowincja. To tam życie toczy się nieśpiesznie, własnym torem, blisko surowej natury. W każde dłuższe ferie tabuny ludzi wyjeżdżają do swoich lub wynajętych chat w górach, gdzie często bez prądu czy bieżącej wody, spędzają wolne dni. Spędzanie czasu na łonie natury, to oprócz nart, jeden ze sportów narodowych Norwegii. Norweskie wsie potrafią się ciągnąć kilometrami, a domy wcale nie leżą przy drodze, ale porozrzucane są po całej okolicy. Znajomi Norwegowie dziwili się fenomenowi polskich wsi – wszystkie domy stoją zaraz przy samej drodze, za to Polacy nie kryją zaskoczenia, gdy dowiadują się, że w Norwegii najbliższy sąsiad może być oddalony o kilka kilometrów. Od jakiegoś czasu gminy norweskie przekonują swoich mieszkańców do osiedlania się w większych skupiskach, bo wtedy łatwiej jest podciągnąć całą infrastrukturę. Norwegowie mają też specyficzny sposób nadawania numerów domom – jeżeli to domy leżące w centrum wioski, to nadaje się normalnie w zależności od kolejności na ulicy, ale gdy są oddalone od centrum, to ich numery uzależnione są od odległości od ostatniego skrzyżowania. I tak możemy natknąć się na dom o numerze 1154, chociaż przysięglibyśmy, że po drodze mijaliśmy zaledwie z dziesięć budynków. To oznacza, że dom jest oddalony od ostatniego skrzyżowania o ponad 11 kilometrów. Podobnie ma się z miarą odległości. Czy wiedzieliście, że w Norwegii pewne odległości mierzy się w milach? Ale nie są to zwykłe mile. Na przykład mila angielska odpowiada około 1,6 km, mila morska około 1,85 km, natomiast mila norweska to teoretycznie około 11 kilometrów, ale obecnie zaokrągla się ją do 10 km i takiej właśnie odległości odpowiada. Toteż, gdy podczas rozmowy Norweg wam powie, że ma do sklepu 4 mile, to nie będzie to oznaczało marnych 6,5 km, ale około 40.

Typowa norweska prowincja zimą - miejscowość Lom (nawet w Oslo wiedzą, że tam pieką najlepszy chleb ;-) ).

Typowa norweska prowincja zimą – miejscowość Lom (nawet w Oslo wiedzą, że tam pieką najlepszy chleb ;-) ).

To tyle ciekawostek na dzisiaj. Miłego weekendu! God helg!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Gdzie te mimozy?

Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła…

…jak pisał Julian Tuwim, a później wyśpiewał Czesław Niemen. Co prawda, mimoz to u nas nie uświadczysz, ale i owszem, w tym roku jesień była piękna, ciepła i słoneczna (piękniejsza od lata), niemniej od kilku dni leży już w szczytowych partiach zboczy naszej doliny najprawdziwszy śnieg. Przez ostatnie tygodnie byłam tak zmęczona, że nie miałam nawet siły, żeby wybrać się na spacer w góry. Poza tym przez ostatnie tygodnie padał deszcz i śnieg z deszczem, co skutecznie mnie zniechęcało do pieszych wypraw na łono natury (miętka jestem).

Niedawno odbył się w Lillehammer festiwal jazzowy i pomimo że koleżanki mnie zaprosiły na koncert, to ja depresyjnie zakopałam się po nos w koc, żłopałam herbatę i oglądałam filmy. Jakoś źle znoszę tę jesień. Doszło do tego, że zaczęłam wyglądać śniegu, bo przynajmniej (być może) ruszyłabym się na narty. Dzięki niewychodzeniu z domu w weekendy przeczytałam Grobowce Atuanu Ursuli K. Le Guin i na Południe od granicy, na zachód od słońca Murakamiego. Oprócz tego czytam kilka innych książek i piszę opowiadania, a przede wszystkim trenuję judo i pilates (do tego muszę się już ruszyć z domu). Niestety, moje ciało to nie jest ciało dwudziestolatki i jego możliwości regeneracyjne są w opłakanym stanie. Toteż cierpię…

Z tym trenowaniem to zresztą zabawna sprawa. Pamiętam, jak na początku miałam opory, by iść na jakikolwiek trening, bo obawiałam się, że nie zrozumiem prowadzącego i będzie mi wstyd. Potem jednak postanowiłam wziąć się z tym problemem za bary i od tamtej pory byłam na wielu zajęciach sportowych prowadzonych przez Norwegów po norwesku. Niemal zawsze chodziłam na nie sama, więc raczej nie miałam w nikim oparcia, ale i tak się udało oswoić takie trudne sytuacje. Dzięki treningom poznałam norweski z nieco innej perspektywy, zwłaszcza dzięki jodze, na której instruktor cały czas opisywał wykonywane ćwiczenia i stan w jakim powinno znajdować się ciało. To był świetny trening językowy :) Zaraz też zrywam się na pilates, więc to tyle na dzisiaj :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | Skomentuj