Inaczej o świętach

Im bardziej zbliżają się święta Bożego Narodzenia, tym bardziej ludzi ogarnia pewien rodzaj zbiorowego szaleństwa i przymus, by w tym okresie na siłę być szczęśliwym, dostać super prezenty i najeść się tak, że mało żołądek nie pęknie. Czasami jednak trudno być szczęśliwym, gdy nie ma się zupełnie ku temu powodów, a siadanie przy stole z ludźmi, których się nie znosi i konieczność obłudnego uśmiechania się i składania fałszywych życzeń, przyprawia o odruch wymiotny. Podobnie ma się z kupowaniem prezentów – człowiek czuje się niemal zaszczuty wszechobecnymi reklamami nakazującymi robienie zakupów, bo przecież gwarantem udanych świąt są prezenty. I to nie byle jakie – liczy się ilość i jakość. A czasami zwyczajnie nie ma się od kogo dostać prezentu albo nie ma pieniędzy na to, by kupić najbliższym ich wymarzonych podarków. Czasami dokonuje się cudów, by w ogóle przygotować wigilijną kolację tak, by chociaż przez chwilę mieć złudzenie, że w domu na co dzień nie brakuje pieniędzy na podstawowe produkty. Do tego jeszcze dochodzi przymus zasiadania przy stole z ludźmi, z którymi nie chce się mieć żadnego kontaktu, a widząc ich na ulicy najchętniej przeszłoby się na drugą stronę, by nie musieć patrzeć na ich gęby. W Wigilię jednak musisz spędzać czas w ich towarzystwie, słuchając głupot takich, że krew ci się gotuje w żyłach, a z tłumionej wściekłości nic nie możesz przełknąć. I z całego serca nienawidzisz świąt Bożego Narodzenia.

Tak, kochani, wbrew temu, co pokazuje się w telewizji, tak wyglądają święta części z nas. Ja nie wspominam dobrze żadnej Wigilii mojego dzieciństwa – to był przykry obowiązek, a nie przyjemność. Dopiero, gdy życie moje i mojej rodziny stanęło na głowie, święta zaczęły być okresem, z którego czerpaliśmy radość – cieszyło nas wspólne przygotowywanie jedzenia, wieczór spędzony w gronie bliskich sobie osób, drobne upominki, które były prezentami od serca i dlatego były niezwykle cenne. Jednak i tak najlepiej jest teraz, gdy wraz z Połówkiem zupełnie odrzuciliśmy święta, jako święta i związane z nimi zakazy i nakazy. Doszliśmy do wniosku, że to nie tradycja określa nas, ale my określamy tradycję. To oznacza, że bierzemy tylko to, co nam odpowiada, a odrzucamy całą resztę. Lubimy lampki w oknach, bo rozpraszają mrok i robią fantastyczny nastrój i takie właśnie mamy, dzisiaj wstawiłam gałązki świerku do wazonu, bo dzięki nim będzie w domu ładnie pachnieć, jemy jak zwykle wegetariańsko i to co lubimy – dzisiaj będzie bigos wegetariański (mniam) i może tofurnik (jak będzie mi się chciało robić), a poza tym to nie wiem – zazwyczaj robimy coś na ostatnią chwilę, w zależności od tego czy nam się chce wysilać, czy nie. Tak, zgadza się, wciąż robimy mniej lub bardziej uroczystą kolację, ale powodem jest przesilenie zimowe (Szczodre Gody) i radość z dni wolnych od pracy, poza tym każdy powód jest dobry do tego, by zjeść razem dobrą kolację i wspólnie miło spędzić czas. Tak wyglądają moje święta – to czas faktycznego odpoczynku i przyjemności czerpanej z przebywania razem.

Oczywiście, szanuję to, że ludzie lubią i obchodzą święta bardziej tradycyjnie i dlatego z całego serca życzę wam, drodzy czytelnicy, prawdziwie wesołych i dobrze spędzonych świąt Bożego Narodzenia :) Nie dajcie się wtłoczyć w trybiki wielkiej machiny konsumpcjonizmu :)

Dla tych, którzy ciekawi byli, co to jest tofurnik – oto on, w całej swojej krasie :) Przepis na niego znajdziecie na blogu Jadłonomia i stamtąd też pochodzi ta fotografia.

Do następnego razu! :)

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Ogarnianie rzeczywistości i „pożeranie słońca”

Ostatnio niewiele piszę na blogu. Głównymi powodami były/są problemy zdrowotne (ból kręgosłupa, który uniemożliwiał mi siedzenie przy komputerze poza godzinami pracy), najkrótsze dni w roku (gdy niebo jest zachmurzone, to przez cały krótki dzień nie wiadomo jaka jest pora dnia – późny, mroczny świt czy już wczesny popołudniowy zmierzch) i problemy z ogarnięciem rzeczywistości (jest tyle rzeczy, które muszę zrobić już!, a czasu nie wystarcza nawet na połowę z nich). To tyle gwoli wyjaśnienia mojego opuszczenia się w regularnym raportowaniu otaczającej mnie rzeczywistości.

Za tydzień już święta. Ja (jak zwykle ostatnio) będę świętować przede wszystkim najkrótszy dzień roku, którego uroczyste obchodzenie wywodzi się na długo przed wprowadzeniem chrześcijaństwa. Moja norweska koleżanka i jej przyjaciółki mają zwyczaj zjadania w najkrótszym dniu roku ananasa, który symbolizuje słońce. Podkradłam im ten zwyczaj i co roku mam z niego wiele radości :) Trzeba jakoś uatrakcyjniać sobie dni pozbawione słońca, bo inaczej można popaść w depresję zimową. Dzisiaj teoretycznie wschód słońca był w mojej miejscowości o 9.31, a zachód ma być o 15.00, tyle że chmury są nisko i wszystko spowite jest szarym, nieprzyjemnym światłem. Powtarzam sobie „byle do świąt”, bo potem dzień będzie już dłuższy, chociaż w tym roku dnia zacznie przybywać wcześniej, bo przesilenie zimowe wypada 21 grudnia o 11.44. Chyba kupię tego dnia ananasa do pracy, żebyśmy mogły „pożreć słońce” grupowo ;-)

A propos przesilenia, kilka zdań za Wikipedią: Przesilenie zimowe w większości kultur półkuli północnej było okazją do świętowania „odradzania się Słońca”. W starożytnym Rzymie obchodzono Saturnalia, w Persji – narodziny Mitry (bóstwa Słońca), wśród ludów germańskich – Jul, u Słowian – Święto Godowe. Na początku naszej ery przesilenie wypadało 25 grudnia według kalendarza juliańskiego. Stąd też data święta Bożego Narodzenia, które wyparło tradycyjne wierzenia.

W Norwegii wciąż i nadal Boże Narodzenie określane jest mianem Jul, a Wigilia to Juleaften.

Jul u Wikingów. Fot. historienet.no

Co do Wikingów, to uruchomiliśmy z Połówkiem na FB naszą wikińską stronę House of Dragons. Chętnych zapraszam :)

Pozdrawiam!

 

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Dziwne/ciekawe zwyczaje kulinarne w Norwegii.

Wpis jest powstał w ramach projektu Klubu Polki na Obczyźnie – Dziwne/ciekawe zwyczaje kulinarne w naszych krajach.

Jak sami Norwegowie uważają, ich kuchnia jest prosta i w dużej mierze pozbawiona konkretniejszych smaków. W dawnej chłopskiej Norwegii ważne było, by przede wszystkim napchać żołądek, żeby mieć siłę do pracy, a smak nie był już taki istotny. Oczywiście, tradycyjne potrawy różnią się w zależności od regionu – na wybrzeżu ludzie mieli dostęp do świeżych ryb przez większą część roku, a jeżeli chcieli je jakoś przechowywać, to wybierali suszenie na plażach. Z tego powstawał znany na całym świecie sztokfisz czyli po norwesku tørrfisk – suszony na plażach dorsz. Tørrfisk eksportowany był do wielu krajów, a w Portugalii stał się podstawą jednego z tamtejszych dań narodowych – bacalao (bardzo popularne także w Norwegii).

Rzędy suszących się na zimnym wietrze dorszy. Fot. Lofotposten

Rzędy dorszy suszących się na zimnym wietrze. Fot. Lofotposten

Śmierdzący baldachim z suszonych ryb. Fot. Wikimedia commons

Śmierdzący baldachim z suszonych ryb. Fot. Wikimedia commons

W głębi lądu trudniej było o świeże ryby i o wietrzne plaże, toteż tamtejsi mieszkańcy wzięli się na inny sposób. Doprowadzali do kontrolowanego procesu gnicia (tak ja to nazywam) ryb. Najbardziej znanym produktem tego przyprawiającego o ciarki na plecach procesu, są rakefisk i lutefisk. Norwegom z regionu Østland obydwa słowa kojarzą się bezpośrednio z potrawami wigilijnymi, ponieważ tylko o tej porze roku jedzono te hmmm… marynaty. Do rakefisk wykorzystuje się różne gatunki ryb, między innymi pstrągi. Ryby na jesieni kroi się w dzwonko, soli i zamyka. Przed świętami Bożego Narodzenia ryba jest idealnie sfermentowana i nadaje się do spożycia. Wbrew zdrowemu rozsądkowi, smakuje całkiem nieźle. Jest tylko jedna zasada – nie wolno wąchać rakefisk przed zjedzeniem (coś jak z serem roquefort) :)

Typowe dodatki do rakefisk - ziemniaki gotowane gatunku mandel, nalesniki ziemniaczane lompy, cebula i śmietana. Czasami też dodaje się musztardę.

Typowe dodatki do rakefisk – ziemniaki gotowane gatunku mandel, nalesniki ziemniaczane lompy, cebula i śmietana. Czasami też dodaje się musztardę. Fot. druefin.no

Co do lutefisk sprawa ma się gorzej – to suszony dorsz moczony w ługu. Tak, tak, w ługu. W wyniku tego procesu traci swój rybny smak i nabiera galaretowatej konsystencji. W sklepowej lodówce przypomina z grubsza kremowo-burą breję w foliowym worku i zdecydowanie nie zachęca do bliższego zapoznania się z jego zawartością. Na świątecznej kolacji zostałam uraczona tradycyjnie przyrządzonym lutefiskiem i muszę przyznać, że jak dla mnie, danie to nie miało wcale smaku.

Lutefisk podaje się ze skwarkami, purre z groszku i ziemniakami. Czasami zamiast groszku są marynowane w occie buraki. Fot. aperitif.no

Lutefisk podaje się ze skwarkami, puree z groszku i ziemniakami. Czasami zamiast groszku są marynowane w occie buraki. Fot. aperitif.no

Teraz odejdźmy na chwilę od klimatów świątecznych i wróćmy do miesięcy letnich. Jednym z popularnych tradycyjnych potraw tego okresu jest rømmegrøt. Rømmegrøt to proste danie przyrządzone z gotowanej śmietany zagęszczonej mąką pszenną. Podaje się go z cynamonem, cukrem i łyżką masła lub z peklowaną szynką. Do tego obowiązkowo szklanka soku/kompotu truskawkowego. Uwierzcie mi, wygląda niewinnie, ale po jednym talerzu tego specjału można pęknąć ;-)

Niezwykle pożywne danie, które mnie nieodmiennie kojarzy się z norweskim latem. Fot. romlingsensbeste.blogspot.no

Niezwykle pożywne danie, które mnie nieodmiennie kojarzy się z norweskim latem. Fot. romlingsensbeste.blogspot.no

Co do deseru, to w Norwegii najczęściej spotykam się z bondepike – musem jabłkowym z kremem waniliowym. Oczywiście jest wiele wariantów tego deseru, ale wszystkie bazują na jabłkach i kremie waniliowym. Bondepike tłumacze sobie (swobodnie) jako dziewoję (dosłownie znaczy młoda dziewczyna ze wsi). W zależności od położonego akcentu może mieć też drugie, bardziej zbereźne znaczenie ;-)

Tradycyjny norweski deser. Fot. arcticgrub.wordpress.com

Tradycyjny norweski deser. Fot. arcticgrub.wordpress.com

To tyle na dzisiaj. Miłego pichcenia w kuchni! I nie zapomnijcie włożyć dorsza do ługu – będzie jak znalazł na świeta ;-)

 

 

Opublikowano Wszystko | 3 komentarze

Pomiędzy miastem a prowincją

W każdym kraju istnieje różnica pomiędzy życiem na prowincji i w dużych miastach. W Norwegii odczuwam to jakoś szczególnie mocno – jest kilka dużych miast, w których mieszka większość populacji Norwegii i stosunkowo słabo zaludniona prowincja. Oczywiście sztandarowym miastem Norwegii jest jej stolica, Oslo. To tam, podobnie jak do Warszawy, jedzie się zrobić karierę i zasmakować wielkomiejskiego życia. Jak na standardy międzynarodowe Oslo wcale nie jest duże, bo ma niecałe 660 tys. mieszkańców, podczas gdy w samym Londynie mieszka półtora raza tyle ludzi, co w całej Norwegii. Niemniej Oslo jest największym miastem Norwegii i jak to w stolicy, tam skupia się norweskie życie polityczne. Jeżeli jednak ktoś oznajmia, że był w Norwegii, a był tylko w Oslo, to oznacza, że w rzeczywistości tej prawdziwej Norwegii nie widział. Często mówi się, że jest Oslo i jest Norwegia. Inne miasta mają już zupełnie odmienny klimat, mniej kosmopolityczny. Takie Bergen osobiście przyrównałabym do Gdańska (obydwa miasta z historią, hanzeatyckie i oczywiście, portowe), moje ulubione Trondheim do Krakowa (pewnie dlatego tak mi przypadło do gustu), a naftowe Stavanger do Katowic (tyle że nadmorskich). Oczywiście, to moje czysto subiektywne porównania. Jednak, jak sami Norwegowie uważają, prawdziwe serce Norwegii, to prowincja. To tam życie toczy się nieśpiesznie, własnym torem, blisko surowej natury. W każde dłuższe ferie tabuny ludzi wyjeżdżają do swoich lub wynajętych chat w górach, gdzie często bez prądu czy bieżącej wody, spędzają wolne dni. Spędzanie czasu na łonie natury, to oprócz nart, jeden ze sportów narodowych Norwegii. Norweskie wsie potrafią się ciągnąć kilometrami, a domy wcale nie leżą przy drodze, ale porozrzucane są po całej okolicy. Znajomi Norwegowie dziwili się fenomenowi polskich wsi – wszystkie domy stoją zaraz przy samej drodze, za to Polacy nie kryją zaskoczenia, gdy dowiadują się, że w Norwegii najbliższy sąsiad może być oddalony o kilka kilometrów. Od jakiegoś czasu gminy norweskie przekonują swoich mieszkańców do osiedlania się w większych skupiskach, bo wtedy łatwiej jest podciągnąć całą infrastrukturę. Norwegowie mają też specyficzny sposób nadawania numerów domom – jeżeli to domy leżące w centrum wioski, to nadaje się normalnie w zależności od kolejności na ulicy, ale gdy są oddalone od centrum, to ich numery uzależnione są od odległości od ostatniego skrzyżowania. I tak możemy natknąć się na dom o numerze 1154, chociaż przysięglibyśmy, że po drodze mijaliśmy zaledwie z dziesięć budynków. To oznacza, że dom jest oddalony od ostatniego skrzyżowania o ponad 11 kilometrów. Podobnie ma się z miarą odległości. Czy wiedzieliście, że w Norwegii pewne odległości mierzy się w milach? Ale nie są to zwykłe mile. Na przykład mila angielska odpowiada około 1,6 km, mila morska około 1,85 km, natomiast mila norweska to teoretycznie około 11 kilometrów, ale obecnie zaokrągla się ją do 10 km i takiej właśnie odległości odpowiada. Toteż, gdy podczas rozmowy Norweg wam powie, że ma do sklepu 4 mile, to nie będzie to oznaczało marnych 6,5 km, ale około 40.

Typowa norweska prowincja zimą - miejscowość Lom (nawet w Oslo wiedzą, że tam pieką najlepszy chleb ;-) ).

Typowa norweska prowincja zimą – miejscowość Lom (nawet w Oslo wiedzą, że tam pieką najlepszy chleb ;-) ).

To tyle ciekawostek na dzisiaj. Miłego weekendu! God helg!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Gdzie te mimozy?

Mimozami jesień się zaczyna,
złotawa, krucha i miła…

…jak pisał Julian Tuwim, a później wyśpiewał Czesław Niemen. Co prawda, mimoz to u nas nie uświadczysz, ale i owszem, w tym roku jesień była piękna, ciepła i słoneczna (piękniejsza od lata), niemniej od kilku dni leży już w szczytowych partiach zboczy naszej doliny najprawdziwszy śnieg. Przez ostatnie tygodnie byłam tak zmęczona, że nie miałam nawet siły, żeby wybrać się na spacer w góry. Poza tym przez ostatnie tygodnie padał deszcz i śnieg z deszczem, co skutecznie mnie zniechęcało do pieszych wypraw na łono natury (miętka jestem).

Niedawno odbył się w Lillehammer festiwal jazzowy i pomimo że koleżanki mnie zaprosiły na koncert, to ja depresyjnie zakopałam się po nos w koc, żłopałam herbatę i oglądałam filmy. Jakoś źle znoszę tę jesień. Doszło do tego, że zaczęłam wyglądać śniegu, bo przynajmniej (być może) ruszyłabym się na narty. Dzięki niewychodzeniu z domu w weekendy przeczytałam Grobowce Atuanu Ursuli K. Le Guin i na Południe od granicy, na zachód od słońca Murakamiego. Oprócz tego czytam kilka innych książek i piszę opowiadania, a przede wszystkim trenuję judo i pilates (do tego muszę się już ruszyć z domu). Niestety, moje ciało to nie jest ciało dwudziestolatki i jego możliwości regeneracyjne są w opłakanym stanie. Toteż cierpię…

Z tym trenowaniem to zresztą zabawna sprawa. Pamiętam, jak na początku miałam opory, by iść na jakikolwiek trening, bo obawiałam się, że nie zrozumiem prowadzącego i będzie mi wstyd. Potem jednak postanowiłam wziąć się z tym problemem za bary i od tamtej pory byłam na wielu zajęciach sportowych prowadzonych przez Norwegów po norwesku. Niemal zawsze chodziłam na nie sama, więc raczej nie miałam w nikim oparcia, ale i tak się udało oswoić takie trudne sytuacje. Dzięki treningom poznałam norweski z nieco innej perspektywy, zwłaszcza dzięki jodze, na której instruktor cały czas opisywał wykonywane ćwiczenia i stan w jakim powinno znajdować się ciało. To był świetny trening językowy :) Zaraz też zrywam się na pilates, więc to tyle na dzisiaj :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | Skomentuj

Migracja mężczyzn

Jak już napisałam wcześniej, migracja jest różnie przeżywana w zależności od płci (dla uściślenia dzieci też przechodzą migrację inaczej niż dorośli). Tym razem postaram się przybliżyć, jak wygląda migracja w odniesieniu do mężczyzn. W procesie migracji następuje bardzo często odtworzenie tradycyjnego, patriarchalnego modelu rodziny, w którym rolą kobiety jest przede wszystkim wychowywanie dzieci i dbanie o dom, natomiast mężczyzna ma za zadanie zapewnić utrzymanie rodzinie, ale w tej sytuacji daje mu to moc decyzyjną o sprawach związanych z rodziną. Ma to swoje dobre, jak i złe strony. Ale zacznijmy od początku.

Po 2004 roku wielu mężczyzn wyjechało do krajów skandynawskich w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy. Byli to w zdecydowanej mierze mężczyźni, ponieważ na ich pracę był największy popyt. Przez ich pracę rozumiem przede wszystkim budownictwo. Ludzie ci mieszkali często w bardzo złych warunkach, po kilkunastu w jednym pokoju, bez bieżącej wody, bez ogrzewania, pracowali po kilkanaście godzin an dobę, jedli to, co przywieźli z Polski, żeby zmniejszyć koszty utrzymania i pracowali za stawki godzinowe, które dla Skandynawów były śmiesznie niskie, ale dla Polaka i tak były trzy razy wyższe niż te, które mógł uzyskać w kraju. Po 3 miesiącach pracy non stop wypracowywali sobie tyle nadgodzin, że mogli pojechać do Polski na jakieś 3 tygodnie. W domu często byli witani, jak bohaterowie, bo dzięki ich wyrzeczeniom i ciężkiej pracy rodzina wychodziła na prostą – spłacano długi, standard życia wyraźnie się podnosił, a tym samym rósł prestiż społeczny w najbliższym otoczeniu. I tutaj dochodzimy do momentu, gdy taki migrant pomieszkał w (na przykład) Norwegii kilka miesięcy lub kilka lat i uznał, że w tym kraju są lepsze perspektywy dla całej rodziny niż w Polsce (oczywiście pod uwagę były brane przede wszystkim warunki finansowe). W tym momencie przychodziła bardzo ważna chwila dla całej rodziny, bo kobieta mogła zdecydować się na przyłączenie się (z dzieckiem lub bez) do męża/partnera w procesie migracji lub odrzucić tę możliwość i nie zmieniać nic w sposobie życia – ona w Polsce, on w Norwegii i widzą się raz na kilka miesięcy, ale konto zasilają regularne wpłaty, co pozwala na komfortowe życie dla całej mieszkającej w Polsce rodziny. W tej sytuacji często migrant traktowany jest jak maszynka do robienia pieniędzy, a nagrodą dla niego jest kilka tygodni w Polsce, gdzie jest rozpieszczany i otoczony szacunkiem, jako głowa rodziny, która właściwie i z poświęceniem wypełnia swoje tradycyjne obowiązki. To jednak tylko pozornie dobrze wygląda. Taki facet narażony jest na bardzo silną samotność w Norwegii, ponieważ nie buduje sobie w niej grupy wsparcia społecznego – wszystko jest tymczasowe, bo całe dnie spędza w pracy, a gdy ma chwilę wolną zapija swoją samotność alkoholem. Jego grupą wsparcia są najczęściej polscy współpracownicy, z którymi wieczorami pije, by zapomnieć o samotności i tęsknocie za rodziną. Taka osoba wciąż jest zawieszona w tymczasowości – Norwegia to dla niego miejsce pracy i zarabiania pieniędzy, ale w perspektywie jest powrót do Polski, natomiast w ojczyźnie jest tak na dobrą sprawę turystą, gościem, bo żona i dzieci żyją swoim własnym życiem, z którego na dłuższą metę jest wykluczany (dobrze, gdy przyjeżdża na krótko, bo gdy dłużej miesza w ich poukładanym życiu, jest irytujący). Nie jest ani tu, ani tam – jest pomiędzy, w zawieszeniu (to część takiego dosyć skomplikowanego procesu, który w antropologi nazywany jest procesem przejścia). Taki migrant przyzwyczaja się do tego i wszystko jest dobrze dopóki jest praca, lecz gdy nagle praca się kończy, zaczyna się problem. Wraz z brakiem możliwości zarabiania pieniędzy, jego rola jako zapewniającego utrzymanie rodziny, ulega zachwianiu – nie sprawdza się, jako mężczyzna. To może skutkować problemami psychicznymi, silną depresją, alkoholizmem, narkomanią, a zdarza się, że kończy się to bezdomnością. Jednak nie chce wrócić do ojczyzny, bo mu wstyd. To oczywiście skrajne przypadki (ale istnieją).

Gdy jednak kobieta decyduje się na przyjazd, jest to szansa na w miarę normalne funkcjonowanie rodziny, która daje wsparcie takiemu mężczyźnie (to uczucie, że ktoś na niego czeka w domu po pracy – bezcenne). Często jednak jest to tak gwałtowna i duża zmiana, że mężczyzna nie daje sobie z tym rady – nagle to, co zarabiał do tej pory i wystarczało na życie dla niego w Norwegii i dla rodziny w Polsce, przestaje wystarczać. I znów, jego pozycja ulega zachwianiu. Bywa niestety i tak, że oskarżana jest o to rodzina, która do niego dołączyła, co jest przyczyną awantur, agresji i przemocy ekonomicznej w stosunku do żony/partnerki i dzieci, całkowicie uzależnionych od niego w pierwszej fazie pobytu w nowym kraju. Może to ulec nasileniu jeszcze bardziej w momencie utraty pracy przez migranta. Tak może być, ale wcale nie musi. Może być też tak, że rodzina udziela wsparcia w trudnych chwilach i dzięki temu wsparciu migrant może swoje porażki i niepowodzenia przechodzić łagodniej. Tak, jak wspomniałam we wcześniejszym wpisie, wspierając żonę/partnerkę w drodze do zdobycia dobrej, stabilnej pracy, dzieli się z nią w efekcie swoją władzą nad rodziną, ale też oddaje jej część odpowiedzialności finansowej za rodzinę. W tym momencie rodzina zyskuje silną stabilność i według mnie taki partnerski układ jest najkorzystniejszy dla obydwu stron. Często zdarza się jednak, że mężczyźnie nie na rękę jest stabilna i dobrze płatna praca partnerki, bo odbiera mu władzę, jako głównego żywiciela rodziny i uniezależnia kobietę finansowo od niego (taka niezależna kobieta może od niego w każdej chwili odejść). Woli, gdy kobieta ma niestabilną i nisko płatną pracę, która daje rodzinie zastrzyk finansowy, ale nie odbiera mu przewagi ekonomicznej.

Bywa też tak, że migracja jest szansą na ułożenie sobie życia rodzinnego z dala od wpływów zewnętrznych (na przykład toksycznych teściów czy wysokich wymagań społecznych odnośnie prestiżowej pracy). W takiej Norwegii Polacy spotykają się z nowymi modelami rodziny i ról płciowych (czyli popularnego gender). W tym kraju ojcowie opiekują się dziećmi niemal na równi z matkami i nikogo to nie dziwi, to naturalne i społecznie pochwalane. Kobiety często zarabiają więcej niż ich partnerzy czy mężowie i nie stanowi to powodu do obniżenia wartości roli mężczyzny w rodzinie. Polscy migranci powoli adaptują do swojego życia rodzinnego zwyczaje i rozwiązania zaobserwowane w nowym kraju. Według mnie, to przynosi im tylko korzyść.

To tyle na dzisiaj. Do następnego razu!

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Migrantką być

Nawet nie zauważyłam, że minął miesiąc, a tu żadnego nowego wpisu na blogu. Pisałam dużo ostatnimi czasy, ale albo były to opowiadania, albo raporty naukowe. Umknęło mi jakoś, że żaden tekst nie pojawił się tutaj. Pora to nadrobić :)

Dzisiaj poruszę temat, z którym zmierzyłam się już w doktoracie, a który wciąż jest bardzo istotny, jak zauważyłam czytając posty migrantek na FB. Nie wiem czy zdajecie sobie sprawę, ale kobiety inaczej przechodzą proces migracji niż mężczyźni (to naukowo udowodnione i chociaż jestem feministką, to zgadzam się z tą teorią). Postaram się pominąć opisy naukowe tego zagadnienia, żeby was nie zanudzić. Niemniej dla większości kobiet migracja to większe wyzwanie niż dla mężczyzn. Ze względu na swoją płeć mogą stać się ofiarami przemocy fizycznej, seksualnej, ekonomicznej, a ich krzywda w bardzo wielu przypadkach jest lekceważona przez władze danego kraju, które często wychodzą z założenia, że sama jest sobie winna. W przypadku migracji zarobkowej Polaków do Skandynawii dominuje maskulinizacja tego procesu – czyli odnotowana została bardzo duża przewaga migrujących mężczyzn nad kobietami. Zwłaszcza w fazie początkowej. Po 2008 wzrosła migracja kobiet i dzieci (pracownicy ściągali do nowych krajów swoje rodziny). Jak wyglądał los takiej kobiety, która pozostawiła za sobą w Polsce całą tak zwaną sieć wsparcia społecznego – czyli między innymi rodzinę, koleżanki, przyjaciół i przeniosła się do kraju (często z dziećmi), którego na dobrą sprawę nie znała? Była co prawda kilka razy w odwiedzinach u męża/partnera i wszystko wydawało się super, a przyszłość w tym kraju wyglądała świetliście. Jednak jest różnica pomiędzy wizytą na tydzień lub miesiąc, a życiem na co dzień w otoczeniu obcej, niezrozumiałej rzeczywistości – wśród obcych ludzi mówiących niezrozumiałym językiem. Na taką kobietę rzadko czekała praca. Zazwyczaj przyjeżdżała z założeniem, że w pierwszej fazie migracji będzie siedziała w domu, opiekując się dziećmi i/lub ucząc się języka, a z czasem znajdzie się dla niej praca, podczas gdy mężczyzna będzie utrzymywał dom. Rzeczywistość jednak często wyglądała inaczej – to, co wcześniej wystarczało na utrzymanie rodziny w Polsce, w nowym kraju przestaje wystarczać. Kobieta idzie sprzątać, bo taką pracę najłatwiej znaleźć migrantce (zwłaszcza Polce). Jest to praca wyczerpująca, niestabilna (raz masz domy do sprzątania, a raz nie), często na czarno (brak świadczeń socjalnych) i jest stosunkowo słabo płatna. Z tych powodów jej praca traktowana bywa przez partnera jako praca niepełnowartościowa i mniej ważna niż jego. Bywa, że kobieta przyjeżdżająca do nowego kraju, szybko zachodzi w ciążę jedną, a potem drugą i całe jej życie ogranicza się do prac domowych i opieki nad dziećmi. Jest odizolowana od społeczeństwa, nie zna języka, jest w pełni zależna do partnera. Ta zależność może (ale nie musi) doprowadzić do przemocy ekonomicznej, fizycznej lub/i seksualnej ze strony partnera. Migrantka nie ma się nawet komu poskarżyć, bo a) nie będzie innym znajomym Polkom-migrantkom opowiadać o tym, co się złego w domu dzieje, b) nie zna języka i nie może prosić o pomoc stosownych instytucji w kraju przyjmującym, c) nie powie tego bliskim w kraju, bo przecież jej wyjazd miał być sukcesem i trochę wstyd. Nikt też nie wspominał o samotności, jaka towarzyszy migracji. Wszystko zostawia się za sobą – znajome miejsca, znajomych ludzi i znajome kody kulturowe. W nowym kraju wszystkiego trzeba uczyć się na nowo – nawet jakie są produkty w sklepie spożywczym i co z nich można przygotować. Niektóre ze znanych mi kobiet nie wytrzymały i wróciły do Polski, ale większość z nich przystosowała się i znalazła swoją drogę życia w nowym kraju. Części z nich nawet odpowiada taki model życia – złożenie całej odpowiedzialności finansowej za rodzinę na barki partnera i powielenie tradycyjnego (patriarchalnego) modelu rodziny, a niektórym nie. Te, którym to nie odpowiada, cały czas walczą i próbują brać życie w swoje ręce – czasami z sukcesem, a czasami z porażką. Więcej jest tych porażek na ich drodze niż sukcesów, ale one się nie poddają – podnoszą się po upadku, otrzepują kolanka, wzdychają i uparcie idą do przodu. Niekiedy partnerzy je w tym wspierają, nie bojąc się oddać swojego kawałka władzy (przewaga ekonomiczna) nad rodziną, bo jest to także oddanie kobiecie części odpowiedzialności za utrzymanie rodziny – jeżeli mężczyzna straci pracę, to nie ma tragedii, bo kobieta, która dzięki swojemu uporowi znalazła dobrze płatną pracę, jest w stanie utrzymać rodzinę. Bywa też tak, że rodzina się rozpada i kobiety, które przystały na tradycyjny model rodziny zostają z dziećmi, ale bez grosza przy duszy i dachu nad głową.

Sami widzicie, że sytuacja kobiety biorącej udział w procesie migracji jest wrażliwa – wrażliwa na różne czynniki. Sytuacja mężczyzn też nie jest wyłącznie pozytywna – oni także narażeni są na różnego typu niebezpieczeństwa, ale o tym napiszę kiedy indziej.

Pozdrawiam!

 

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Polcon 2016 – Wrocław

Polskie środowisko fantastyczne organizuje w ciągu roku wiele festiwali miłośników fantastyki, anime czy gier. Zazwyczaj są to festiwale o zasięgu lokalnym, chociaż wiele z tych lokalnych festiwali rozrosło się do na prawdę imponujących rozmiarów (jak chociażby Pyrkon). Jest także festiwal, który z założenia ma zasięg ogólnopolski, to Polcon. Polcon co roku organizowany jest w innym mieście, przez inny klub miłośników fantastyki. Pierwszy raz na Polconie byłam w 2000 roku w Krakowie, drugi w 2007 w Warszawie, a trzeci tydzień temu we Wrocławiu. Impreza odbyła się w Hali Stulecia, która okazała się bardzo przyjaznym obiektem leżącym w pięknym otoczeniu.

Już w kolejce do akredytacji natknęliśmy się na fajny cosplay :)

Już w kolejce do akredytacji natknęliśmy się na fajny cosplay :)

Akurat w ten weekend odbywał się na placu przed halą festiwal foodtracków, więc biedni konwentowicze mieli zapewnione różnorodne wyżywienie (niestety, z jakością bywało różnie – niektórzy się struli nieświeżymi produktami). Nawet ze zdobyciem żarełka dla wegetarian nie mieliśmy problemów.

Relikt przeszłości z filmu Barei "Miś" :)

Relikt przeszłości z filmu Barei „Miś” :)

Moje odkrycie kulinarne - azjatyckie bułeczki z pary z farszem z soczewicy. Pochodzenie - foodtrack Pan Puh.

Moje odkrycie kulinarne – azjatyckie bułeczki z pary z farszem z soczewicy. Pochodzenie – foodtrack Pan Puh.

Węgierski placek o nazwie lanosz.

Węgierski placek o nazwie lanosz.

Niemal całe trzy dni spędziliśmy z Połówkiem na terenie konwentu, tylko raz wybywając na miasto, żeby napić się piwa w pubie z własnym browarem o nazwie Spiż.

Dowód rzeczowy ze Spiżu :)

Dowód rzeczowy ze Spiżu :)

Mieszkaliśmy stosunkowo blisko hali, na której odbywał się Polcon, w miejscu o nazwie Starter, gdzie wynajmuje się tzw. apartamenty – czyli maleńkie mieszkanka na krótki okres pobytu. Zawsze wolę wynajmować takie apartamenty niż mieszkać w hotelach – nie przepadam za atmosferą bezosobowości, która w nich panuje. Niestety, dwa dni spędziłam na środkach przeciwbólowych (jak zwykle w podróży), co wykluczało wypicie nawet małego piwa. Na szczęście trzeciego dnia obeszło się bez prochów i dzięki temu mieliśmy szansę na spróbowanie różnych rodzajów piwa na wrocławskim rynku.

Na Polconie było kilka ciekawych prelekcji, na których udało mi się wysłuchać, a także kilka, których mi się nie udało, bo sale były za małe albo goście/prelegenci nie przybyli, o czym nikt nie poinformował czekających. Udało mi się spotkać (chociażby w przelocie) kilkoro znajomych, a z kilkorgiem się rozminęliśmy. W konkursie wiedzy o Futuramie zajęłam drugie miejsce, chociaż przyszłam tylko jako widz :)

Sala archaicznych gier komputerowych

Sala archaicznych gier komputerowych

Taką miałam w dzieciństwie :)

Taką miałam w dzieciństwie :)

Bardzo się cieszę ze spotkania z Chrisem Achilleosem, na którego ilustracjach fantastycznych dorastałam i dzięki którym kiedyś zaczęłam rysować (to były zamierzchłe czasy). Kupiliśmy od Chrisa album, grafikę i oryginalny szkic, z którym trudno było mu się rozstać. Zostaliśmy też zaproszeni do niego do domu w Londynie. Kolejny powód, żeby w końcu wybrać się do Londynu :)

Chris i jego "Syreny"

Chris i jego „Syreny”

Tutaj ja z Panem Bukiem

Tutaj ja z Panem Bukiem

Jeden z najsympatyczniejszych polskich autorów fantastycznych, Paweł Majka, podczas dyżuru autografowego :)

Jeden z najsympatyczniejszych polskich autorów fantastycznych, Paweł Majka, podczas dyżuru autografowego :)

Testowanie nowej gry przed wprowadzeniem na rynek

Testowanie nowej gry przed wprowadzeniem na rynek

W okolicy Hali Stulecia znajdował się Ogród Japoński, toteż nie omieszkaliśmy go zwiedzić. Teraz już wiem, jak chcę urządzić nasz przyszły ogród :)

Latarenka przy wejściu do Ogrodu Japońskiego

Latarenka przy wejściu do Ogrodu Japońskiego na tle klonu japońskiego

Bardziej zaawansowana latarenka

Bardziej zaawansowana latarenka

Malowniczy mostek

Malowniczy mostek

Ogród zen

Ogród zen

To tyle z mojego krótkiego, acz intensywnego pobytu we Wrocławiu :) Pozdrawiam!

Ja w pracy, w czapeczce Cthulu, kilka godzin po powrocie :)

Ja w pracy, w czapeczce Cthulu, kilka godzin po powrocie :)

P.S. Wybaczcie kiepską jakość zdjęć, ale były robione telefonem.

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Koncertowa sobota

W zeszłą sobotę doświadczyłam przeżyć ekstremalnych, które chyba skrzywiły mnie na dobre (na przyszłe lato planuję aż trzy wyprawy canyoningowe – w tym jedną we włoskie Dolomity), natomiast wczorajszy dzień dostarczył mi nie mniej ekscytujących (chociaż mniej ekstremalnych) przeżyć kulturalnych. Wczoraj wieczorem miałam żyjącą legendę na wyciągnięcie ręki (no prawie – byłam jakieś 4 m od sceny) i na własne oczy przekonałam się, że Sting pomimo swoich lat, jest wciąż wspaniałym piosenkarzem z niesamowitą charyzmą. Ale po kolei.

Jakieś dwa miesiące temu na FB zobaczyłam wiadomość, że w sąsiednim mieście wojewódzkim odbędzie się w sierpniu koncert Stinga. Od razu chciałam kupić bilet, ale okazało się, że są już wyprzedane. No, nic, obejdę się smakiem, pomyślałam. Pewnie by tak było, gdyby trzy tygodnie temu nasz dostawca prądu i Internetu, Eidsiva, nie ogłosiła na FB, że dla swoich abonentów ma bilety na koncert, a w dodatku po niższych cenach. Byłam wtedy w pracy, więc za telefon do Połówka z informacją: „Kup już, natychmiast”. Połówek kupił. I tak oto wczoraj, na rynku w Hamar, odbył się koncert muzyka, którego uważam za żywą legendę, a na jego piosenkach się wychowałam. Staliśmy tak blisko, że widziałam żyły na jego szyi i mogłabym policzyć mu zmarszczki, gdybym nie miała czegoś lepszego do roboty – czyli słuchania jego piosenek. Były wszystkie największe hity, a publiczność śpiewała wraz ze Stingiem. Cudne było, gdy Sting zagrał tylko dwa akordy na gitarze i nagle publiczność zaczęła śpiewać An Englishman in New York. Sam Sting był zaskoczony tak dobrą znajomością jego repertuaru. Cóż, może i jesteśmy małą, norweską wiochą, ale potrafimy zaprezentować się z klasą :) Było cudnie!

Zrobiłam kilka fotek pomimo zakazu.

Zrobiłam kilka fotek pomimo zakazu.

Dziadek wciąż daje czadu :)

Dziadek wciąż daje czadu :)

Koncert odbywał się pod otwartym niebem i to było spore ryzyko. Co prawda jest lato, ale to norweskie lato – leje niemal co dziennie. Wczoraj też lało niemal cały dzień, dopiero pod wieczór przestało. Norwegowie, jak to Norwegowie, przyszli przygotowani nawet na najgorsza pogodę – w płaszczach i kurtkach przeciwdeszczowych, w gumiaczkach, ubrani raczej jak w góry, niż na koncert. Na szczęście pogoda okazała się łaskawa i nie padało. Średnia wieku uczestników koncertu to było jakieś 50 lat w górę, ale wszyscy bawili się świetnie. Za serce chwytał mnie widok siwowłosej babci pląsającej pod sceną. I kto mówił, że starsi nie potrafią się bawić? :)

Po tym koncercie czuję się naładowana pozytywną energią na następny tydzień :)

Pozdrawiam was serdecznie!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Juving/canyoning

Oto minął kolejny tydzień lata, a ja spragniona rozrywki ekstremalnej ruszyłam do centrum raftingowego w miejscowości Sjoa. I to bynajmniej nie na rafting. W ramach świętowania okrągłej rocznicy moich urodzin (świętowania całorocznego) zafundowałam sobie spełnienie kolejnego marzenia, a mianowicie canyoning, inaczej nazywany w Norwegii juvingiem. Co to jest canyoning? To schodzenie w dół górskiej rzeki jej korytem, połączone ze zjazdami na linie i skokami ze skał do wody. Z ideą canyoningu spotkałam się pierwszy raz, kiedy niewiele osób w Polsce wiedziało jeszcze, co to za coś – było to 20 lat temu, na Politechnice Śląskiej. Od tamtej pory marzyło mi się wziąć w udział w takiej wyprawie. Niestety, wtedy organizowano je w Hiszpanii, co z powodów finansowych było dla mnie nieosiągalne. Później przede wszystkim brakowało czasu. Aż tu pewnego pięknego dnia zeszłego roku przeczytałam, że canyoning organizowany jest także w miejscowości oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o niecałe 100 km. Głupotą byłoby nie wykorzystać takiej okazji :) Żeby oswoić się z linami i wspinaczką, zaczęłam wspinać się okazjonalnie ze znajomymi, ale wciąż przyświecał mi cel – canyoning. Tego lata postanowiłam – jadę. Tak wyszło, że nikt ze znajomych nie mógł ze mną pojechać w wybranym terminie, ale ja się uparłam i pojechałam sama (a raczej z Połówkiem, który robił za szofera i wsparcie moralne, ale na samą wyprawę iść nie mógł). Przez ostatni tydzień obserwowałam prognozę pogody dla Sjoa i nie wyglądała ona dobrze – silny deszcz, a nawet sporadyczne burze. Na szczęście wczorajsza prognoza zapowiadała ciepły, częściowo zachmurzony dzień, więc kamień spadł mi z serca. Dzisiaj rano wsiedliśmy w autko i ruszyliśmy na północ.

Na miejscu zostałam dołączona po pięcioosobowej grupy ludzi z Oslo – 4 kobitki i facet. Naszym przewodnikiem był Nepalczyk, Indra. Gość jest zawodowym przewodnikiem w raftingu i innych tego rodzaju dziwactwach w Nepalu, a do Sjoa przyjeżdża na lato od 2004 roku. Byliśmy więc w dobrych rękach. Poza tym Indra był niezwykle sympatyczny. Dostaliśmy pianki, kurtki piankowe, kaski i kamizelki ratunkowe. Inni dostali też buty surfingowe, ale ja wcześniej zaopatrzyłam się w swoje własne. I dobrze zrobiłam, bo grupa ratingowa, która wcześniej napadła na magazyn ze sprzętem, zabrała wszystkie buty w moim rozmiarze. Pod piankę założyliśmy bieliznę termoaktywną, a na stopy grube wełniane skarpety. No i ruszyliśmy na właściwe miejsce (ok. 40 min. autkiem). Najpierw powędrowaliśmy w górę stoku przez las, aż dotarliśmy do bardzo malowniczego wodospadu i tam się rozłożyliśmy. Indra przygotował sprzęt i zjeżdżaliśmy sobie na linie przy wodospadzie (niestety, był malutki, bo był trochę niski stan wody). Później zjedliśmy lunch, który Indra wziął dla nas z bazy (ja dostałam kanapki wegetariańskie :) ). Poszliśmy jeszcze wyżej (ledwie zipaliśmy) i wtedy zaczęło się prawdziwe schodzenie. Pamiętajcie, że to norweska, górska rzeka i chociaż może jej poziom nie był wysoki, to woda była ziiimnaaa. Koryto rzeki usiane było kamieniami różnej wielkości – od małych po wielkie głazy. Było wiele gwałtownych spadków, na których tworzyły się wodospady, a pod nimi wydrążone były głębokie kotły pełne zielonej, lodowatej wody. Najpierw jedno takie zagłębienie przepłynęliśmy, żeby przyzwyczaić ciało do wody i jej temperatury, a później nadszedł pierwszy skok. Nigdy nie sądziłam, że będę miała problemy ze skokiem – ani nie mam lęku wysokości, ani nie boję się wody i potrafię pływać. Jednak spojrzenie w dół sprawiło, że się zablokowałam. Przepuściłam wszystkich i jako ostatnia walczyłam ze sobą. Nie musiałam skakać – mogłam zejść na dół po skałach, jednak obiecałam sobie, że wykonam wszystkie skoki, jakie będą po drodze, niezależnie od wysokości. Nikt mnie nie poganiał, a wszyscy dodawali mi otuchy, no i w końcu skoczyłam. To uczucie, kiedy zanurzasz się w głębokiej wodzie, a siła, z jaką zanurzasz się po skoku sprawia, że woda wdziera się w nos, a przez nos wlewa do gardła. Nie ma obawy, że się utopisz, bo kamizelka niemal od razu wyciąga cię na powierzchnię, ale i tak woda zalewa ci twarz. Wtedy przekręcamy się na plecy i czekamy, aż woda spłynie i płyniemy przez lodowate jeziorko, by dołączyć do reszty, która już rusza w dalszą drogę. Następny skok był z większej wysokości. Jedna z dziewczyn zrezygnowała i zeszła brzegiem na dół, a my ustaliliśmy, że będzie dobrze, gdy skoczę jako pierwsza po przewodniku, żeby nie myśleć za dużo przed skokiem. Dłuższa chwila zawahania i skoczyłam. Znowu woda w nosie, gardle, oczach. Jednak ten skok przeszłam lepiej niż poprzedni – wiedziałam już, czego mogę się spodziewać. Indra sprowadził nas do kolejnego miejsca skoku i tu było na prawdę wysoko – dwie osoby (dziewczyna i chłopak) się wycofali. Ja przepuściłam wszystkich i czekałam na końcu. Właśnie wyszło słońce i woda pode mną nabrała turkusowego odcienia. Piękny widok. Chyba nie podejrzewali mnie, że skoczę, a ja skoczyłam. Dostałam brawa. Kolejny skok był w wąskim kanionie, ale z tak niewielkiej wysokości, że wszyscy skoczyliśmy bez wahania. Potem płynęliśmy kawałek, szliśmy lasem i korytem rzeki, aż dotarliśmy do ostatniego miejsca skoku – wysokiego miejsca. Jedna dziewczyna się wycofała, a reszta z nas skoczyła. Na dole Indra pokazał nam inne miejsce po drugiej stronie jeziorka i powiedział, że kto ma ochotę, może stamtąd skoczyć. Uff… Wysoko było. Trzy osoby się wycofały – mieli dość. Za to dwie dziewczyny i ja (no przecież sobie obiecałam) poszłyśmy z przewodnikiem na górę i hop! do wody. Tam rzeczywiście walczyłam ze sobą, żeby skoczyć. Puściłam dziewczyny przodem, kazałam Indriemu skakać i zostałam sama na występie skalnym ponad 8 metrów nad lustrem wody. Pomyślicie – 8 metrów to nie tak dużo. Ja też tak myślałam, dopóki nie popatrzyłam w dół. No i skoczyłam. Takie moje małe zwycięstwo nad własnymi słabościami :)

A stamtąd wykonaliśmy ostatni skok (tylko w wodospadzie nie było tyle wody). Fot. Sjoa Rafting AS

A tak to mniej więcej wyglądało (tylko w wodospadzie nie było tyle wody, ale i tym samym lustro wody było o wiele niżej). Fot. Sjoa Rafting AS

Po całej tej wyprawie jestem zadowolona – wygrałam ze sobą i dałam radę. I chociaż to był canyoning na małej norweskiej górskiej rzeczce, to i tak muszę przyznać, że to wyzwanie nie dla każdego. Trzeba umieć pływać, nie mieć lęku wysokości i dać radę skoczyć. Wbrew pozorom zimna woda nie stanowiła wielkiej przeszkody – wyposażenie, jakie dostaliśmy świetnie nas chroniło. I chociaż byliśmy całkowicie przemoczeni, to pianka dobrze trzymała ciepło ciała i ogrzanej ciałem przemoczonej odzieży.

Tak, kochani. Tak oto spędziłam sobotę – ze sporą dawką adrenaliny :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 3 komentarze