Polcon 2016 – Wrocław

Polskie środowisko fantastyczne organizuje w ciągu roku wiele festiwali miłośników fantastyki, anime czy gier. Zazwyczaj są to festiwale o zasięgu lokalnym, chociaż wiele z tych lokalnych festiwali rozrosło się do na prawdę imponujących rozmiarów (jak chociażby Pyrkon). Jest także festiwal, który z założenia ma zasięg ogólnopolski, to Polcon. Polcon co roku organizowany jest w innym mieście, przez inny klub miłośników fantastyki. Pierwszy raz na Polconie byłam w 2000 roku w Krakowie, drugi w 2007 w Warszawie, a trzeci tydzień temu we Wrocławiu. Impreza odbyła się w Hali Stulecia, która okazała się bardzo przyjaznym obiektem leżącym w pięknym otoczeniu.

Już w kolejce do akredytacji natknęliśmy się na fajny cosplay :)

Już w kolejce do akredytacji natknęliśmy się na fajny cosplay :)

Akurat w ten weekend odbywał się na placu przed halą festiwal foodtracków, więc biedni konwentowicze mieli zapewnione różnorodne wyżywienie (niestety, z jakością bywało różnie – niektórzy się struli nieświeżymi produktami). Nawet ze zdobyciem żarełka dla wegetarian nie mieliśmy problemów.

Relikt przeszłości z filmu Barei "Miś" :)

Relikt przeszłości z filmu Barei „Miś” :)

Moje odkrycie kulinarne - azjatyckie bułeczki z pary z farszem z soczewicy. Pochodzenie - foodtrack Pan Puh.

Moje odkrycie kulinarne – azjatyckie bułeczki z pary z farszem z soczewicy. Pochodzenie – foodtrack Pan Puh.

Węgierski placek o nazwie lanosz.

Węgierski placek o nazwie lanosz.

Niemal całe trzy dni spędziliśmy z Połówkiem na terenie konwentu, tylko raz wybywając na miasto, żeby napić się piwa w pubie z własnym browarem o nazwie Spiż.

Dowód rzeczowy ze Spiżu :)

Dowód rzeczowy ze Spiżu :)

Mieszkaliśmy stosunkowo blisko hali, na której odbywał się Polcon, w miejscu o nazwie Starter, gdzie wynajmuje się tzw. apartamenty – czyli maleńkie mieszkanka na krótki okres pobytu. Zawsze wolę wynajmować takie apartamenty niż mieszkać w hotelach – nie przepadam za atmosferą bezosobowości, która w nich panuje. Niestety, dwa dni spędziłam na środkach przeciwbólowych (jak zwykle w podróży), co wykluczało wypicie nawet małego piwa. Na szczęście trzeciego dnia obeszło się bez prochów i dzięki temu mieliśmy szansę na spróbowanie różnych rodzajów piwa na wrocławskim rynku.

Na Polconie było kilka ciekawych prelekcji, na których udało mi się wysłuchać, a także kilka, których mi się nie udało, bo sale były za małe albo goście/prelegenci nie przybyli, o czym nikt nie poinformował czekających. Udało mi się spotkać (chociażby w przelocie) kilkoro znajomych, a z kilkorgiem się rozminęliśmy. W konkursie wiedzy o Futuramie zajęłam drugie miejsce, chociaż przyszłam tylko jako widz :)

Sala archaicznych gier komputerowych

Sala archaicznych gier komputerowych

Taką miałam w dzieciństwie :)

Taką miałam w dzieciństwie :)

Bardzo się cieszę ze spotkania z Chrisem Achilleosem, na którego ilustracjach fantastycznych dorastałam i dzięki którym kiedyś zaczęłam rysować (to były zamierzchłe czasy). Kupiliśmy od Chrisa album, grafikę i oryginalny szkic, z którym trudno było mu się rozstać. Zostaliśmy też zaproszeni do niego do domu w Londynie. Kolejny powód, żeby w końcu wybrać się do Londynu :)

Chris i jego "Syreny"

Chris i jego „Syreny”

Tutaj ja z Panem Bukiem

Tutaj ja z Panem Bukiem

Jeden z najsympatyczniejszych polskich autorów fantastycznych, Paweł Majka, podczas dyżuru autografowego :)

Jeden z najsympatyczniejszych polskich autorów fantastycznych, Paweł Majka, podczas dyżuru autografowego :)

Testowanie nowej gry przed wprowadzeniem na rynek

Testowanie nowej gry przed wprowadzeniem na rynek

W okolicy Hali Stulecia znajdował się Ogród Japoński, toteż nie omieszkaliśmy go zwiedzić. Teraz już wiem, jak chcę urządzić nasz przyszły ogród :)

Latarenka przy wejściu do Ogrodu Japońskiego

Latarenka przy wejściu do Ogrodu Japońskiego na tle klonu japońskiego

Bardziej zaawansowana latarenka

Bardziej zaawansowana latarenka

Malowniczy mostek

Malowniczy mostek

Ogród zen

Ogród zen

To tyle z mojego krótkiego, acz intensywnego pobytu we Wrocławiu :) Pozdrawiam!

Ja w pracy, w czapeczce Cthulu, kilka godzin po powrocie :)

Ja w pracy, w czapeczce Cthulu, kilka godzin po powrocie :)

P.S. Wybaczcie kiepską jakość zdjęć, ale były robione telefonem.

Opublikowano Wszystko | 4 komentarze

Koncertowa sobota

W zeszłą sobotę doświadczyłam przeżyć ekstremalnych, które chyba skrzywiły mnie na dobre (na przyszłe lato planuję aż trzy wyprawy canyoningowe – w tym jedną we włoskie Dolomity), natomiast wczorajszy dzień dostarczył mi nie mniej ekscytujących (chociaż mniej ekstremalnych) przeżyć kulturalnych. Wczoraj wieczorem miałam żyjącą legendę na wyciągnięcie ręki (no prawie – byłam jakieś 4 m od sceny) i na własne oczy przekonałam się, że Sting pomimo swoich lat, jest wciąż wspaniałym piosenkarzem z niesamowitą charyzmą. Ale po kolei.

Jakieś dwa miesiące temu na FB zobaczyłam wiadomość, że w sąsiednim mieście wojewódzkim odbędzie się w sierpniu koncert Stinga. Od razu chciałam kupić bilet, ale okazało się, że są już wyprzedane. No, nic, obejdę się smakiem, pomyślałam. Pewnie by tak było, gdyby trzy tygodnie temu nasz dostawca prądu i Internetu, Eidsiva, nie ogłosiła na FB, że dla swoich abonentów ma bilety na koncert, a w dodatku po niższych cenach. Byłam wtedy w pracy, więc za telefon do Połówka z informacją: „Kup już, natychmiast”. Połówek kupił. I tak oto wczoraj, na rynku w Hamar, odbył się koncert muzyka, którego uważam za żywą legendę, a na jego piosenkach się wychowałam. Staliśmy tak blisko, że widziałam żyły na jego szyi i mogłabym policzyć mu zmarszczki, gdybym nie miała czegoś lepszego do roboty – czyli słuchania jego piosenek. Były wszystkie największe hity, a publiczność śpiewała wraz ze Stingiem. Cudne było, gdy Sting zagrał tylko dwa akordy na gitarze i nagle publiczność zaczęła śpiewać An Englishman in New York. Sam Sting był zaskoczony tak dobrą znajomością jego repertuaru. Cóż, może i jesteśmy małą, norweską wiochą, ale potrafimy zaprezentować się z klasą :) Było cudnie!

Zrobiłam kilka fotek pomimo zakazu.

Zrobiłam kilka fotek pomimo zakazu.

Dziadek wciąż daje czadu :)

Dziadek wciąż daje czadu :)

Koncert odbywał się pod otwartym niebem i to było spore ryzyko. Co prawda jest lato, ale to norweskie lato – leje niemal co dziennie. Wczoraj też lało niemal cały dzień, dopiero pod wieczór przestało. Norwegowie, jak to Norwegowie, przyszli przygotowani nawet na najgorsza pogodę – w płaszczach i kurtkach przeciwdeszczowych, w gumiaczkach, ubrani raczej jak w góry, niż na koncert. Na szczęście pogoda okazała się łaskawa i nie padało. Średnia wieku uczestników koncertu to było jakieś 50 lat w górę, ale wszyscy bawili się świetnie. Za serce chwytał mnie widok siwowłosej babci pląsającej pod sceną. I kto mówił, że starsi nie potrafią się bawić? :)

Po tym koncercie czuję się naładowana pozytywną energią na następny tydzień :)

Pozdrawiam was serdecznie!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Juving/canyoning

Oto minął kolejny tydzień lata, a ja spragniona rozrywki ekstremalnej ruszyłam do centrum raftingowego w miejscowości Sjoa. I to bynajmniej nie na rafting. W ramach świętowania okrągłej rocznicy moich urodzin (świętowania całorocznego) zafundowałam sobie spełnienie kolejnego marzenia, a mianowicie canyoning, inaczej nazywany w Norwegii juvingiem. Co to jest canyoning? To schodzenie w dół górskiej rzeki jej korytem, połączone ze zjazdami na linie i skokami ze skał do wody. Z ideą canyoningu spotkałam się pierwszy raz, kiedy niewiele osób w Polsce wiedziało jeszcze, co to za coś – było to 20 lat temu, na Politechnice Śląskiej. Od tamtej pory marzyło mi się wziąć w udział w takiej wyprawie. Niestety, wtedy organizowano je w Hiszpanii, co z powodów finansowych było dla mnie nieosiągalne. Później przede wszystkim brakowało czasu. Aż tu pewnego pięknego dnia zeszłego roku przeczytałam, że canyoning organizowany jest także w miejscowości oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o niecałe 100 km. Głupotą byłoby nie wykorzystać takiej okazji :) Żeby oswoić się z linami i wspinaczką, zaczęłam wspinać się okazjonalnie ze znajomymi, ale wciąż przyświecał mi cel – canyoning. Tego lata postanowiłam – jadę. Tak wyszło, że nikt ze znajomych nie mógł ze mną pojechać w wybranym terminie, ale ja się uparłam i pojechałam sama (a raczej z Połówkiem, który robił za szofera i wsparcie moralne, ale na samą wyprawę iść nie mógł). Przez ostatni tydzień obserwowałam prognozę pogody dla Sjoa i nie wyglądała ona dobrze – silny deszcz, a nawet sporadyczne burze. Na szczęście wczorajsza prognoza zapowiadała ciepły, częściowo zachmurzony dzień, więc kamień spadł mi z serca. Dzisiaj rano wsiedliśmy w autko i ruszyliśmy na północ.

Na miejscu zostałam dołączona po pięcioosobowej grupy ludzi z Oslo – 4 kobitki i facet. Naszym przewodnikiem był Nepalczyk, Indra. Gość jest zawodowym przewodnikiem w raftingu i innych tego rodzaju dziwactwach w Nepalu, a do Sjoa przyjeżdża na lato od 2004 roku. Byliśmy więc w dobrych rękach. Poza tym Indra był niezwykle sympatyczny. Dostaliśmy pianki, kurtki piankowe, kaski i kamizelki ratunkowe. Inni dostali też buty surfingowe, ale ja wcześniej zaopatrzyłam się w swoje własne. I dobrze zrobiłam, bo grupa ratingowa, która wcześniej napadła na magazyn ze sprzętem, zabrała wszystkie buty w moim rozmiarze. Pod piankę założyliśmy bieliznę termoaktywną, a na stopy grube wełniane skarpety. No i ruszyliśmy na właściwe miejsce (ok. 40 min. autkiem). Najpierw powędrowaliśmy w górę stoku przez las, aż dotarliśmy do bardzo malowniczego wodospadu i tam się rozłożyliśmy. Indra przygotował sprzęt i zjeżdżaliśmy sobie na linie przy wodospadzie (niestety, był malutki, bo był trochę niski stan wody). Później zjedliśmy lunch, który Indra wziął dla nas z bazy (ja dostałam kanapki wegetariańskie :) ). Poszliśmy jeszcze wyżej (ledwie zipaliśmy) i wtedy zaczęło się prawdziwe schodzenie. Pamiętajcie, że to norweska, górska rzeka i chociaż może jej poziom nie był wysoki, to woda była ziiimnaaa. Koryto rzeki usiane było kamieniami różnej wielkości – od małych po wielkie głazy. Było wiele gwałtownych spadków, na których tworzyły się wodospady, a pod nimi wydrążone były głębokie kotły pełne zielonej, lodowatej wody. Najpierw jedno takie zagłębienie przepłynęliśmy, żeby przyzwyczaić ciało do wody i jej temperatury, a później nadszedł pierwszy skok. Nigdy nie sądziłam, że będę miała problemy ze skokiem – ani nie mam lęku wysokości, ani nie boję się wody i potrafię pływać. Jednak spojrzenie w dół sprawiło, że się zablokowałam. Przepuściłam wszystkich i jako ostatnia walczyłam ze sobą. Nie musiałam skakać – mogłam zejść na dół po skałach, jednak obiecałam sobie, że wykonam wszystkie skoki, jakie będą po drodze, niezależnie od wysokości. Nikt mnie nie poganiał, a wszyscy dodawali mi otuchy, no i w końcu skoczyłam. To uczucie, kiedy zanurzasz się w głębokiej wodzie, a siła, z jaką zanurzasz się po skoku sprawia, że woda wdziera się w nos, a przez nos wlewa do gardła. Nie ma obawy, że się utopisz, bo kamizelka niemal od razu wyciąga cię na powierzchnię, ale i tak woda zalewa ci twarz. Wtedy przekręcamy się na plecy i czekamy, aż woda spłynie i płyniemy przez lodowate jeziorko, by dołączyć do reszty, która już rusza w dalszą drogę. Następny skok był z większej wysokości. Jedna z dziewczyn zrezygnowała i zeszła brzegiem na dół, a my ustaliliśmy, że będzie dobrze, gdy skoczę jako pierwsza po przewodniku, żeby nie myśleć za dużo przed skokiem. Dłuższa chwila zawahania i skoczyłam. Znowu woda w nosie, gardle, oczach. Jednak ten skok przeszłam lepiej niż poprzedni – wiedziałam już, czego mogę się spodziewać. Indra sprowadził nas do kolejnego miejsca skoku i tu było na prawdę wysoko – dwie osoby (dziewczyna i chłopak) się wycofali. Ja przepuściłam wszystkich i czekałam na końcu. Właśnie wyszło słońce i woda pode mną nabrała turkusowego odcienia. Piękny widok. Chyba nie podejrzewali mnie, że skoczę, a ja skoczyłam. Dostałam brawa. Kolejny skok był w wąskim kanionie, ale z tak niewielkiej wysokości, że wszyscy skoczyliśmy bez wahania. Potem płynęliśmy kawałek, szliśmy lasem i korytem rzeki, aż dotarliśmy do ostatniego miejsca skoku – wysokiego miejsca. Jedna dziewczyna się wycofała, a reszta z nas skoczyła. Na dole Indra pokazał nam inne miejsce po drugiej stronie jeziorka i powiedział, że kto ma ochotę, może stamtąd skoczyć. Uff… Wysoko było. Trzy osoby się wycofały – mieli dość. Za to dwie dziewczyny i ja (no przecież sobie obiecałam) poszłyśmy z przewodnikiem na górę i hop! do wody. Tam rzeczywiście walczyłam ze sobą, żeby skoczyć. Puściłam dziewczyny przodem, kazałam Indriemu skakać i zostałam sama na występie skalnym ponad 8 metrów nad lustrem wody. Pomyślicie – 8 metrów to nie tak dużo. Ja też tak myślałam, dopóki nie popatrzyłam w dół. No i skoczyłam. Takie moje małe zwycięstwo nad własnymi słabościami :)

A stamtąd wykonaliśmy ostatni skok (tylko w wodospadzie nie było tyle wody). Fot. Sjoa Rafting AS

A tak to mniej więcej wyglądało (tylko w wodospadzie nie było tyle wody, ale i tym samym lustro wody było o wiele niżej). Fot. Sjoa Rafting AS

Po całej tej wyprawie jestem zadowolona – wygrałam ze sobą i dałam radę. I chociaż to był canyoning na małej norweskiej górskiej rzeczce, to i tak muszę przyznać, że to wyzwanie nie dla każdego. Trzeba umieć pływać, nie mieć lęku wysokości i dać radę skoczyć. Wbrew pozorom zimna woda nie stanowiła wielkiej przeszkody – wyposażenie, jakie dostaliśmy świetnie nas chroniło. I chociaż byliśmy całkowicie przemoczeni, to pianka dobrze trzymała ciepło ciała i ogrzanej ciałem przemoczonej odzieży.

Tak, kochani. Tak oto spędziłam sobotę – ze sporą dawką adrenaliny :)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | 3 komentarze

Plantefarging

Dzisiaj był chyba najcieplejszy dzień tegorocznego lata. W Lillehammer, w którym spędziłam niemal cały dzień, było ponad 30 stopni.

01

Kto nie wierzy, niech patrzy :)

Z jednej strony była to pracowita, a z drugiej strony dosyć leniwa i spędzona na pogaduchach niedziela. A co robiłam? Ha! Zaraz wyjaśnię :) W ramach wciąż trwającego prezentu urodzinowego od tak zwanych „moich bab” (dwie Norweżki + Rosjanka), uprawiałyśmy (+ Połówek jako wsparcie) dzisiaj plantefarging czyli barwienie wełny barwnikami naturalnymi. Od razu muszę wyjaśnić, że takie przedsięwzięcie, to nie tylko praca, ale w dużej mierze, to spotkanie towarzyskie, podczas którego pracuje się razem przez krótkie okresy, a czas niezbędny od przejścia z jednej fazy farbowania do drugiej wykorzystuje się na rozmowy, objadanie się smakołykami i spacery po plaży. I tak to właśnie dzisiaj wyglądało :)

Cała impreza odbywała się u mojej szefowej, a jednocześnie przyjaciółki, która także jest artystką zajmującą się tkaninami od ponad czterdziestu lat. Ma zarówno niezbędne doświadczenie, jak i sprzęt plus składniki, a ponadto miejsce, gdzie można coś takiego robić. W zeszłym tygodniu była w górach i zebrała dwa rodzaje porostów odpowiednich do farbowania tkanin. Trzeba wam wiedzieć, że wełnę przed farbowaniem się bejcuje, na szczęście składniki chemiczne tych porostów sprawiają, że nie trzeba wełny wcześniej bejcować (czyli gotować w roztworze bejcującym), ale można przystąpić od razu do farbowania.

Wełna została podzielona i powiązana dosyć luźno, żeby barwnik bez problemu mógł wniknąć we włókna, ale też na tyle gęsto, żeby się nie skołtuniła.

Wełna powiązana

Wełna powiązana

Porosty, islandsklav i steinlav czyli porost islandzki i porost skalny, zostały namoczone w odpowiedniej ilości wody (na 150 g porostów stosuje się 5 l wody, a to wystarcza do pofarbowania 250 g wełny), a potem zagotowane.

03

Steinlav

Islandsklav

Islandsklav (te listewki służyły do mieszania)

Trzeba było mierzyć temperaturę wywaru, bo nie mógł przekroczyć 90 stopni. W tym czasie trzeba było wyprać wełnę w wodzie z mydłem, żeby pozbyć się z niej tłuszczu/lanoliny.

Pranie wełny

Pranie wełny

Później wełna jest płukana i czeka w czystej wodzie, aż wywar będzie gotowy.

Wełna w kąpieli

Wełna w kąpieli

Gdy wywar osiągnie temperaturę około 90 stopni, należy odcedzić wywar, zmniejszyć stopnień grzania (przypominam, że my mamy kuchenki elektryczne) tak, by roztwór miał cały czas temperaturę pomiędzy 80 a 90 stopni, zanurzyć wełnę w wywarze i mieszać ją regularnie, żeby barwnik rozszedł się równomiernie. I tak przez godzinę.

Zanurzamy odciśniętą z wody wełnę w wywarze

Zanurzamy odciśniętą z wody wełnę w wywarze

Mieszamy

Mieszamy

Troche to przypomina rosół z kluskami ;-)

Trochę to przypomina rosół z kluskami ;-)

Po godzinie należy wełnę dobrze wypłukać w czystej wodzie.

Płukanie

Płukanie

A potem powiesić, żeby wyschła. Czasami jednak najpierw należy ją rozplątać :)

Rozplątywanie

Rozplątywanie

Rozwieszone do wyschnięcia

Rozwieszone do wyschnięcia

Zabawne jest to, że w zależności od gatunku wełny uzyskaliśmy w czasie jednego farbowania różne odcienie.

Efekt plantefarging

Efekt plantefarging

A oto efekt naszej dzisiejszej pracy – ten kolor pomiędzy beżem a różem (na górze) to kolor uzyskany z steinlav, natomiast ten jasnożółty otrzymaliśmy z islandsklav.

Tak oto wyglądała moja niedziela :)

Pozdrawiam serdecznie!

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Trochę zaniedbany ogródek…

Ta galeria zawiera 19 zdjęć.

Na specjalne życzenie mojej mamy – mój zaniedbany ogródek :)

Więcej galerii | 1 komentarz

Pożegnanie Anji

Miesiąc temu umarła moja przyjaciółka i chociaż wiedziałam, że taka choroba w jej wieku nie może skończyć się dobrze, to wiadomość o jej odejściu bardzo mnie poruszyła. Dużo bardziej niż się spodziewałam. Upłynęło nieco czasu zanim oswoiłam tę stratę na tyle, by o niej mówić. Chociaż wiem, że ona tylko pokręciłaby głową i w swoim nonszalanckim stylu spytałaby mnie: „M., czy ty zupełnie już nie masz innych rzeczy na głowie?”, a potem wypuściłaby wielki kłąb dymu ze swojego skręta. Taka była Ania, a raczej Anja.

Anję poznałam kilka lat temu w Trondheim – pojechałam przeprowadzić z nią wywiad w ramach jednego z moich projektów i zaskoczyło. Wywiad przewidziany był na 1,5 godziny, a trwał dwa dni. Nie żartuję. Pierwszego dnia spędziłam u niej 10 godzin na rozmowie o wszystkim. W tak zwanym międzyczasie zrobiłyśmy wywiad i wróciłyśmy do dalszych pogaduszek. Następnego dnia też wsiąkłam u Anji na dłużej. Pomimo bezlitosnego wędzenia mnie w dymie tytoniowym, to i tak to spotkanie wspominam bardzo miło. Wiem, że Anja również, bo nie jeden raz mówiła mi, jak bardzo dziękuje losowi, że ją odnalazłam. Ja też jestem mu wdzięczna, bo przez przypadek odnalazłam siostrzaną duszę, z którą rozumiałyśmy się bez słów. I co z tego, że to dusza po osiemdziesiątce? W rzeczywistości to ciało było w zaawansowanym wieku, a wiek duszy Anji rozpatrywać można wyłącznie w kategorii dwudziestolatków. Ja moją duszę także zostawiłam gdzieś w tamtym okresie, więc obie dobrałyśmy się jak znalazł.

Taką Anję poznałam

Tak Anja wyglądała, gdy ją poznałam

Ale to taką ją widziałam przez niemal cały okres naszej przyjaźni

Ale to taką ją widziałam przez niemal cały okres naszej przyjaźni

ania_portret

Albo ewentualnie taką :)

Anja, oprócz tego, że była moją przyjaciółką, była też osobą niezwykłą i każdy, kto miał przyjemność poznania jej, może to potwierdzić. To była Osobowość – inteligentna, błyskotliwa, niezależna, oczytana i piękna. Ale po kolei.

Anja urodziła się w Krakowie, w rodzinie inteligencji żydowskiej. Jej ojciec był  utalentowanym ekonomistą i matematykiem, który spędził młodość w USA, a matka pochodziła z dobrze sytuowanej krakowskiej rodziny o raczej artystycznych konotacjach. Historię jej rodziny i jej samej, głównie z czasów II wojny światowej, Anja opisała w książce Hitler, Stalin og lille Anja wydanej w Norwegii.

Hitler, Stalin i mała Ania

Hitler, Stalin i mała Ania

Pragnieniem Anji było wydanie tej książki także po polsku. Niestety, pomimo częściowego przetłumaczenia jej przez Połówka i przeze mnie, żadne wydawnictwo nie było zainteresowane. A to wielka szkoda, bo Anja opisała to, co się działo przed wojną, w jej trakcie i zaraz po niej z punktu widzenia dziecka, dla którego trauma wojenna, to coś z czym żyje się na co dzień. Wydanie tej książki zwróciło na Anję uwagę telewizji norweskiej, która nakręciła o niej dwa dokumenty. Jeden z nich znajdziecie tutaj.

Anja po wojnie trafiła do Szwecji, gdzie mieszkała aż do swojego ślubu z pewnym młodym, norweskim architektem poznanym w pociągu w Polsce. Z jego też powodu przeprowadziła się do Trondheim, gdzie już pozostała, bo przeprowadzki dla niej były jednymi z najgorszych koszmarów w życiu. Nie lubiła ich i już. Tak samo jak nie lubiła norweskiego stylu życia „blisko z naturą” – górskie chatki bez toalet i wody, i takie tam :) Uznała, że takich spartańskich warunków miała dosyć na Kaukazie, gdzie jej rodzina została zesłana podczas wojny. Teraz nie musiała ich znosić i nie zamierzała tego robić.

Tym, co lubiła robić Anja, była praca z tkaninami. W latach ’60/’70 miała w Trondheim butik z projektowanymi przez siebie ubraniami, które cieszyły się wielkim powodzeniem wśród zamożnych trondheimianek. W sieci udało mi się znaleźć jej zdjęcie z tamtego okresu z synkiem Oddem.

Anja i mały Odd

Anja i mały Odd

Gdy uznała, że wystarczy jej życia projektantki, pracowała dla gminy pomagając wietnamskim, rosyjskim i polskich uchodźcom. Anja świetnie mówiła (i myślała) w kilku językach – polskim, rosyjskim, angielskim i norweskim, a półki w jej domu zastawione były literaturą w tych językach. W tym czasie nie zerwała związku z tkaninami, lecz zmieniła go na bardziej artystyczny – z projektantki stała się artystką szyjącą obrazy z jedwabiu. Miała kilka wystaw swoich prac, między innymi w Nowym Jorku. Ja uwielbiałam jej obrazy.

Obraz podświetlany

Obraz podświetlany

Mój ulubiony obraz wiszący na ścianie w domu Anji

Mój ulubiony obraz wiszący na ścianie w domu Anji

Ten również wisiał na jednej ze ścian

Ten również wisiał na jednej ze ścian

Kilka lat temu otrzymała statuetkę Wybitnego Polaka w Norwegii w kategorii Osobowość. Konkurs ten jest organizowany od kilku lat w ramach działań Fundacji Teraz Polska.

Anja to ta starsza pani na pierwszym planie :)

Gala w Oslo. Anja to ta starsza pani na pierwszym planie :)

Anja była osobą wyjątkową i czuję się wdzięczna losowi, że dane było mi ją poznać. Teraz pewnie siedzi gdzieś w jakimś cywilizowanym miejscu Po Drugiej Stronie i w kłębach papierosowego dymu prowadzi dysputy z największymi nieżyjącymi pisarzami. I jak znam Anję, zadaje im pytania, na które trudno biedakom odpowiedzieć. Mam ten obraz przed oczyma i wierzę, że moja przyjaciółka świetnie się teraz bawi.

To było wspomnienie o mojej przyjaciółce Anji Øverdahl, którym chciałam się z wami podzielić. To już druga bliska mi osoba, którą żegnam w tym roku. A to dopiero lipiec… :(

Pozdrawiam

 

Opublikowano Wszystko | 2 komentarze

Nowa praca

Tak oto mija mi pierwszy tydzień w nowej pracy, która chociaż może nie jest moją wymarzoną pracą, ale daje mi poczucie bezpieczeństwa (bo jest na stałe), możliwość planowania przyszłości (bo z założenia wiem, gdzie będę pracować za rok), kusi perspektywami rozwoju zawodowego (opłaca mi kursy i różne takie), a co najważniejsze współpracuję z ludźmi, z którymi jak na razie bardzo dobrze się dogaduję. Jak widać, po tygodniu pracy jestem zadowolona i pełna optymizmu :) Oczywiście, życie to życie – nie raz pojawią się trudności i przeszkody, ale do tej pory jakoś zawsze dawałam sobie z nimi radę (często dzięki wsparciu fantastycznych ludzi, których spotykam na swojej drodze), więc i tym razem nie powinno być inaczej. Co najważniejsze, opuszcza mnie stres związany z brakiem zabezpieczenia finansowego, no i zaczęłam znowu pisać :) Przyznam się, że to odblokowanie pisania cieszy mnie najbardziej.

Pozdrawiam serdecznie!

 

Opublikowano Wszystko | 1 komentarz

Hamar middelalderfestival 2016

Ta galeria zawiera 32 zdjęcia.

Zaczęło się lato, to i zaczęły się festiwale wikińskie i średniowieczne w Norwegii. W tym roku jest ich najwięcej odkąd pamiętam – praktycznie co weekend gdzieś w kraju spotykają się Wikingowie. Ja zaczęłam mój sezon festiwalowy od Festiwalu Średniowiecznego po … Czytaj dalej

Więcej galerii | 8 komentarzy

Krótkie wakacje w Ogrodzie Botanicznym

Ta galeria zawiera 22 zdjęcia.

Ostatnie dwa miesiące upłynęły pod znakiem niepewności zawodowej – mój dotychczasowy kontrakt się kończył, a nie wiedziałam czy uda mi się znaleźć kolejną pracę. Ku mojemu zaskoczeniu dotknął mnie „problem luksusu”, jak Norwegowie określają sytuację, gdy trzeba wybrać spomiędzy kilku … Czytaj dalej

Więcej galerii | 4 komentarze

Filmowo

Niektórzy z was tego nie wiedzą, ale jestem wielką miłośniczką filmów. I to filmów różnego gatunku i pochodzenia, które pochałaniam w wielkich ilościach, chociaż z różnym natężeniem (w zależności od wolnego czasu). Niestety, większość produkcji w ostatnim czasie pozostawia mnie (delikatnie mówiąc) w stanie niejakiego zdezorientowania. Oni tak na poważnie? (To o scenarzystach i reżyserach). Pozostawiając logiczne dziury w scenariuszach, piszą i kręcą coś, o czym mają niewielkie pojęcie. Najbardziej w tym wszystkim dziwi mnie to, że widzowie są zachwyceni. Na temat skandynawskich kryminałów nawet się nie wypowiadam, bo gdbyby w rzeczywistości tak pracowała policja, to żadna zbrodnia nigdy nie zostałaby wykryta (chociaż fakt, że wykrywalność przestępstw w krajach skandynawskich jest łagodnie to określając, kijowa). Co prawda lubiłam Wallandera, którego jeszcze dało się oglądać, ale nic ponadto. Lubiłam natomiast brytyjskie seriale kryminalne, a najbardziej chyba Verę i samą główna bohaterkę, która nieodmiennie przypominała mi pewną znajomą :)

ZjawaAle nie o serialach chciałam wam dzisiaj pisać. Otóż dwa dni temu oglądałam Zjawę z Leonardo di Caprio. Specjalnie czekałam do dnia, kiedy będe miała dużo czasu, żeby delektować się pięknymi zdjęciami i samą treścią filmu w reżyserii Inarritu (którego Birdmana uwielbiam). Zaczęło się od pięknych ujęć Lubetzkiego i początkowo byłam nimi zachwycona, jednak im dłużej oglądałam film, tym bardziej miałam wrażenie, że zdjęcia przejeły główną rolę w filmie, a w pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać czy ja czasami nie oglądam filmu przyrodniczego. Ale to nie zdjęcia stanowiły główny problem. W filmie bohater jest na granicy śmierci, ma straszliwe rany, jest zima i w ogóle straszne warunki, w których nikt nie przetrwa. Bohater zrządzeniem scenarzystów przetrwał, ale mnie w trakcie filmu krew zalewała. Rzeczony traper lądował raz po raz w zimnych górskich rzekach, a potem z nich wychodził jak gdyby nigdy nic i z nikąd i z niczego udawało mu się rozpalić ognisko i nie miał nawet kataru czy kaszlu. A) czy którykolwiek scenarzysta próbował kiedykolwiek przebywac w lodowatym górskim strumieniu w zimie, ubrany w co najmniej 5 warstw ubrań, ze skórą włochatego zwirza jako płaszczem? Nawet jeżeli jakimś cudem ta skóra nie pociągnęłaby go na dno, uniemożliwiając pływanie, to po wyjściu z takiej wody na mrozie ubrania (niezależnie z czego byłyby uszyte) zaczynają zamarzać i robią się sztywne jak blacha. Pierwsze co się w takim wypadku robi, to zrzuca ubranie i suszy przy ognisku, jeżeli jakieś można rozpalić. Di Caprio teoretycznie nie miał czym rozpalić ogniska, bo wszystko mu po takiej podróży przemokło, ale scenarzyści nie pozwoliliby zamarznąć wycieńczonemu głównemu bohaterowi i w nastepnej scenie dali mu ognisko. No, ale przyjmijmy, że mrozu nie było, ten śnieg co leżał, to tylko dekoracja, a na zimnych skałach śpi się ciepło i wygodnie. B) Dlaczego traperzy uciekający przed Indianami palili ogniska wielkie, jak do pieczenia wołu? Chyba, żeby łatwiej było ich znaleźć. C) Sami Indianie, to jakaś pomyłka. Jechali za pierwszą napotkaną grupą białych, bo być może ta grupa uprowadziła córkę wodza. Nie sprawdzali śladów, nie przepytywali jeńców, a ledwie żywy główny bohater wyprzedził ich, czołgając się na przetrąconych nogach w górach, o pół dnia drogi. Ot, taka grupa, która sama nie do końca wiedząc, co robi w scenariuszu, ale ma wprowadzać poczucie ogólnego zagrożenia. D) Mam wrażenie, że di Caprio otrzymał Oskara za umiejętność wyrażania mimiką twarzy, jak bardzo cierpi. I chyba za nic więcej. Nie zrozumcie mnie źle, ja uważam di Caprio za świetnego aktora, ale widziałam jego dużo lepsze role niż ta.

Podsumowując: rozczarowałam się. Myślałam, że tylko ja tak mam, ale po seansie Połówek popatrzył na mnie takim wzrokiem, że nie musiał mówić nic więcej.

Natomiast wczoraj poszliśmy rozluźniająco na blockbustera X-men Apocalypse do naszego miejscowego, odnowionego kina. Kino jest pod ziemią, ma kilka sal i wygodne siedzenia, a w tym podwójne sofy dla par. Nie spodziewałam się niczego specjalnego po filmie, ale być może dlatego nie rozczarowałam się – ot blockbuster, jak blockbuster, dużo efektów i znajome postacie.

feniksNatomiast niedawno oglądałam film Feniks niemieckiej produkcji w reżyserii Christiana Petzolda i byłam nim zachwycona. Film opowiada o Nelly, niemieckiej Żydówce, której twarz po pobycie w obozie wymaga rekonstrukcji chirurgicznej. Lekarze rekonstruują ją, ale chociaż bardzo podobna, to jednak nie jest prawdziwa twarz Nelly. Po wyzwoleniu z obozu wywiozła ją przyjaciółka i zabrała z powrotem do Berlina, gdzie bez ogródek wyjaśniła, że za jej aresztowaniem przez Gestapo stał ukochany mąż Nelly, Johnny. Kobieta odnajduje go, ale mąż jej nie poznaje. Dostrzega jednak niezwykłe podobieństwo dopiero co poznanej kobiety do jego zmarłej w obozie żony i namawia ją, by odegrała rolę powracającej z obozu Nelly, na którą czeka w domu wielki majątek. Nierozpoznana Nelly poddaje się temu, próbując dociec, czy to rzeczywiście jej mąż stał za koszmarem, do którego trafiła. W filmie niewiele rzeczy i uczuć pokazanych jest w prost. Reżyser snuje opowieść bardzo subtelnie, pozwalając widzowi gubić się w domysłach – jaka była prawda? po co ona to robi? Feniks to taki film, o którym się pamięta jeszcze długo po ostatniej scenie. Polecam wam z czystym sumieniem.

To na dzisiaj tyle. Było nieco inaczej – zamiast Norwegii, filmy, ale gdyby cały czas pisać o jednym, byłoby nudno ;)

Pozdrawiam!

Opublikowano Wszystko | Skomentuj