O niespokojnej duszy

Kilka dni temu, niepostrzeżenie, minęło 20 lat od mojego przyjazdu do Norwegii. Taka okrągła liczba, która mi mówi, że już 2/5 mojego życia mieszkam w tym dziwnym, zimnym kraju. Czy czuję się tu jak w domu? I tak, i nie. Oswoiłam sobie to miejsce, język, ludzi, czuję się tu bezpiecznie i zazwyczaj dobrze, ale nie patrzę na Norwegię bezkrytycznie. To kraj, jak każdy inny – ma swoje zalety, ale ma i problemy. Bardzo dużo mi dał – pewność siebie, otwarte horyzonty, wolność myślenia, niezależność, ale i wiele zabrał – spontaniczność, radość, bliskość, poczucie wolności (nie mylić z wcześniejszą wolnością myślenia). Ale takie jest życie i żeby osiągnąć swój cel lub cele, trzeba po drodze wiele poświęcić. Na końcu tylko się zastanawiasz, czy było warto. Patrząc z mojej perspektywy, myślę, że jednak było.

Często spotykam się z pytaniem, zwłaszcza ze strony Norwegów: „No, teraz to już chyba tu zostaniesz, prawda?”, a ja odpowiadam: „Nie wiem”. Zaskoczeni pytają: „To chcesz wrócić do Polski?”, ja na to: „Raczej nie…”. Wtedy rozmówca najczęściej głupieje. Gdy jest po prostu wścibski, to go tak zostawiam, ale gdy to ktoś, kogo znam i lubię, to tłumaczę, że wciąż jeszcze nie znalazłam dla siebie miejsca i być może nigdy mi się to nie uda. Zawsze jednak wiem, gdzie jest mój Dom – tam, gdzie jest mój Połówek i moje koty. Bo Dom to nie miejsce.

Mam w swoim życiu okresy – czasami zamykam się w sobie i próbuję tylko przetrwać kolejny dzień, czasami aż tryskam energią i prę do przodu, jak lodołamacz na wiosnę, a czasami jest tak, że czuję w duszy zew, który pcha mnie do wędrówki (niezależnie czy to wędrówka po górach, czy po ulicach miast). Przez wiele lat próbowałam ten zew ignorować i kosztowało mnie to wiele. Teraz mu się poddaję i daje mi to wiele radości. Mam „niespokojną duszę” i nauczyłam się żyć z nią w zgodzie.

Jak niektórzy z was wiedzą, kolekcjonuję muminkowe kubeczki i generalnie uwielbiam Muminki. Wybierając kubeczek na herbatę, nigdy nie jest to przypadkowy kubeczek – dopasowuję go do pory roku, dnia, pogody czy nastroju. Moje kubeczki zawsze coś znaczą. Przed laty Połówek bez wahania określił mnie, jako Małą Mi (z charakteru, a nie tylko z fryzury). No, cóż, to prawda, że zazwyczaj walę prawdą między oczy, ale z czasem nauczyłam się podawać tę prawdę w sposób dosyć dyplomatyczny (inaczej deportowaliby mnie z Norwegii w sposób ekspresowy). Tyle, że moje charakterologiczne związki z postaciami Muminków są dużo bardziej skomplikowane. Zawsze ciągnęło mnie też do Włóczykija i tego, że gdy przyszedł czas, rzucał wszystko i wyruszał na wędrówkę. Doskonale go rozumiałam. Nigdy jednak nie znalazłam kubeczka, który by oddawał tę dwoistość mojej natury. Aż do zeszłego roku, gdy kupiłam jeden z jubileuszowych kubków o nazwie „Przyjaciele na zawsze”. Był na niej Muminek, Mała Mi i Włóczykij – cała trójka siedziała na drzewie. Pomyślałam, że to wypisz-wymaluj my – Połówek i ja, w całej rozciągłości mojej dwoistej natury 🙂

Pozdrawiam i do następnego razu!

Przyjaciele na zawsze

Wyprawa do Japonii – Kioto. Cześć I

Powracam z wpisami odnośnie naszej wyprawy do Japonii, bo niedługo mogę zapomnieć szczegółów i zostaną tylko zdjęcia.

I tak oto dotarliśmy do Kioto – miasta, które było głównym punktem w planie tej japońskiej podróży. Tu też spędziliśmy stosunkowo najwięcej czasu (aż 4 dni). Najbardziej też ze wszystkich podobał mi się hotel, w którym nocowaliśmy. Jak na standardy japońskie pokój był duży, z balkonem, łazienką i własną kuchnią, co ceniliśmy najbardziej, bo mogliśmy się na własną rękę objadać tubylczymi kiszonkami z dodatkiem różnych innych lokalnych przysmaków. Hotel mieścił się w małej uliczce i wyglądał jak otaczające go domy mieszkalne. Zaraz obok przepływała rzeka, a po jej drugiej stronie była świetna ekologiczno-wegańska knajpka Veg Out, w której się żywiliśmy. Zdecydowanie Kioto była dużo bardziej przyjazne weganom i wegetarianom niż Tokio.

Ja w Veg Out nad Misą Buddy.
A to mój deser. Oczywiście z matchy 🙂

Myśląc o tych dwóch miastach, Tokio i Kioto, nasunęło mi się porównanie do Warszawy i Krakowa – podobnie nowa i stara stolica, podobnie Tokio prężne i nowoczesne, a Kioto skierowane w stronę historii i kultury. Doszłam do wniosku, że proporcjonalnie w Kioto jest tyle świątyń, ile w Krakowie kościołów 🙂 I niewielką część tych świątyń udało nam się zobaczyć.

Jedna z najbardziej znanych na świecie (między innymi z lasu bambusowego Arashiyama), to Tenryu-ji, leżąca na obrzeżach miasta. To kompleks świątynny szkoły zen rinzai, z pięknym ogrodem, lasem bambusowym i stadami turystów. Ostatnio można było ją zobaczyć w serialu Netflixa „Samurai battle”.

Kompozycja z głazów przed wejściem do głównego budynku
Staw z czaplą, która ze spokojem olewała tłumy turystów robiące jej zdjęcia
Krótki rzut okiem, jak to wyglądało. Nawet ja się zaplątałam w oko kamery 🙂
Wspominany już przeze mnie las bambusowy Arashiyama przy świątyni
Tu możecie zobaczyć, jak wysoki jest w rzeczywistości ten bambusowy las.

W świątyni znajduje się też restauracja prowadzona przez mnichów, w której można zjeść lunch. Ilość posiłków jest ściśle ograniczona i wyprzedaje się błyskawicznie. Nie ma karty dań i wszyscy dostają to samo. Na szczęście to kuchnia buddyjska, więc jest wegańska. Posiłek jest różnorodny i obfity, więc każdy może znaleźć dla siebie coś smacznego. Obsługiwały nas panie, ale chyba nie były mniszkami, chociaż kto je tam wie 🙂

Jadło się we wspólnej sali, każdy miał swój stoliczek
To ja w oczekiwaniu na posiłek
A oto nasze jedzonko

Zdecydowanie moją ulubioną świątynią w Kioto jest Fushimi Inari-Taisha poświęcona bogini Inari. Charakterystyczne dla tej świątyni są czerwono-pomarańczowe bramy torii, a raczej ich olbrzymia ilość, tworząca tunele wspinające się po zboczu góry, a także figury lisów, które są posłańcami bogini. Uwielbiam lisy, więc siłą rzeczy to moje ulubione miejsce kultu w tym mieście. Sama świątynia została założona w 711 roku, więc ma już swoje lata.

Tabliczki z prośbami. Każda świątynia ma swój własny model. Fushimi Inari-Taisha ma bramy torii.
Wejście na teren świątyni
Bramy torii mogą być wielkie…
… lub rozsądniejszych rozmiarów.
Lisi strażnik świątyni, obowiązkowo w złoto-pomarańczowym fartuszku.

Lisy czyli kitsune, przedstawiane są wraz z trzymanymi w pyszczkach symbolami bogini Inari – kłosem ryżu (urodzaj), klucz do spichlerza, okrągły klejnot hoju/tama symbolizujący boską energię, duszę lub mądrość, a także zwój jako symbol wiedzy i mądrości. Najczęściej przedstawia się je w parach, lisica i lis, po obu stronach wejścia.

Idąc sobie drogą bram, zboczyliśmy na boczną ścieżkę i trafiliśmy do zacienionego miejsca (może cmentarza, może małego miejsca lisiego kultu), gdzie były dziesiątki starszych i nowszych figurek lisów. Ja, oczywiście, wpadłam w szał fotografowania i szybko stamtąd nie wróciliśmy 🙂

Po drodze minęliśmy małą górską kaplicę, w której motywem przewodnim były smoki.

Tabliczki modlitewne

Jeszcze jedną świątynią, która odwiedziliśmy w Kioto, była bardzo znana Kiyomizu-dera. Jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga widok na Kioto. Kiyomizu-dera to kompleks, na który składa się wiele mniejszych lub większych świątyń, kaplic i pagód. Kiyomizu-dera na przestrzeni 1000 lat była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a obecnie znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Jak można się było spodziewać, w świątyni były tłumy turystów, chociaż dotarliśmy tam na krótko przed zamknięciem. Tłumy były też na drodze ze świątyni do dzielnicy Gion.

Kaplica z figurkami Jizo
Widok na taras świątynny, a w tle panorama Kioto
Masywna konstrukcja podpierająca taras

I chyba na tym zakończę pierwszą część relacji z Kioto. Ten wpis musiałam podzielić na dwie części, bo podczas pobytu tam dużo się działo, a ja zrobiłam całą masę zdjęć 🙂 Czekajcie na drugi odcinek 🙂

Całkiem niezły rok

A dzisiaj nie będzie o Japonii. Mam jeszcze sporo materiałów z wyprawy, ale dzisiaj zrobimy sobie przerwę od moich azjatyckich przygód.

Jest zima. No, przynajmniej kalendarzowa, bo wczoraj, 26 grudnia 2025 roku, było 5 stopni. Na plusie. Najdziwniejsza zima odkąd przyjechałam do Norwegii (za miesiąc stuknie mi 20 lat pobytu, więc to jest coś) – ciepła i bez śniegu. Straszne dziwactwo. Dzisiaj za to wiatr wieje tak silnie, że nasz pobliski most cały czas „śpiewa”. „Śpiewa” to takie górnolotne określenie – skubany gwiżdże tak głośno, że aż obudził mnie w nocy. Zazwyczaj podczas wiatru gwiżdże dosyć subtelnie, ale nie tym razem.

Świąt bożego narodzenia, jak zwykle, nie obchodziłam, więc ten czas był dla mnie okresem czystego lenistwa – czytania książek do 2 – 3 w nocy i odsypiania zarwanych nocy do 11. Już dawno tak dobrze nie odpoczęłam. Z uwagi na to, że odebrałam sobie nadgodziny, zaczęłam świętować przesilenie zimowe już od popołudnia 18 grudnia i z drobną przerwą na dwa dni pracy (tylko po 4 godziny dziennie), świętować będę do 5 stycznia. Nabrałam energii i robię rzeczy, które odkładałam od co najmniej kilku miesięcy. To takie pozytywne zakończenie roku 2025.

Dużo się w tym roku działo, ale najważniejsza dla mnie jest nasza, moja i Połówka, podwójna rocznica – od 25 lat jesteśmy razem, a od 20 jesteśmy małżeństwem. To naprawdę spory kawał czasu i jeżeli ktoś sobie myśli, że zawsze było różowo, to jest w wielkim błędzie. Życie, zwłaszcza wspólne, jest takie, że czasami jest cudnie, a czasami daje mocno po tyłku. Gdy teraz sobie o tym myślę, to przed oczami staje mi obraz nas obydwojga w szyku wikińskim, w zbrojach, z tarczami i mieczami – stoimy razem na przeciw codziennego życia i wspieramy się bez wahania. Wyjazd do Japonii, to taka wisienka na torcie tego naszego rocznicowego roku – wspólne przeżycie czegoś niezwykłego. Doświadczenie, które mogliśmy ze sobą dzielić.

My vs. życie
Bywało też miło i optymistycznie 🙂
Wspólny lunch u mnichów w Kioto
W słońcu i w deszczu razem w Kioto 🙂

Następny rok, 2026, też zapowiada się ciekawie. Otóż w przyszłym roku kończę 50 lat (ha, ha, ha 😀 ). Z racji tego okrągłego jubileuszu mam trochę planów. Pierwszy z nich już zaczęłam realizować. To wyzwanie czysto fizyczne, która ma mi pozwolić przetestować moje ciało – jak wiele jest w stanie znieść. Oczywiście, przy moich kłopotach ze zdrowiem, robię to w pełni świadomie i doskonale znając moje ograniczenia. Już jakiś czas temu postanowiłam być miła dla mojego ciała – nic na siłę, w pełni respektować jego ograniczenia, ale jednocześnie nie traktować go, jak obiektu niepełnosprawnego. Trochę przydługi ten wstęp, ale zaraz wam wyjaśnię, o co chodzi. Jakiś czas temu obejrzałam na Netflixie japoński sportowy reality show, w którym występowali byli reprezentanci różnych dyscyplin sportowych. Te ich zmagania były dla mnie bardzo inspirujące i przypomniały mi o wielu rzeczach w życiu, w których pomogło mi trenowanie sportu. W jednym z zadań uczestnicy musieli robić skłony. Łatwo nie było, skłony były na skosie. Jeden z uczestników zrobił ich prawie 500. Zdeklasował w tej konkurencji swoich rywali, ale także zasiał w mojej głowie ziarno, które sobie powolutku kiełkowało. Po pewnym czasie zadałam sobie pytanie: czy ja bym tak potrafiła? W czasach mojej młodości 300 „brzuszków” to była dla mnie norma, ale to było jakieś 30 lat temu. Co kilka lat robię sobie takie małe wyzwanie i sprawdzam, czy dam radę zrobić 200. Jak do tej pory udawało się wyjść z tego z tarczą. Oczywiście, nie robię tych 200 od razu, tylko dochodzę do tego stopniowo. Tym razem zastanawiałam się nad 300 skłonami. Czy dam radę? A potem uznałam, że po co się rozdrabniać – prawdziwe pytanie brzmi, czy dam radę zrobić 500 skłonów? I to było dobre pytanie 🙂 Jestem w trakcie wyzwania i jak na razie jestem na etapie 350. Jak będzie dalej, zobaczymy 🙂

Patrząc wstecz, mogę tylko powiedzieć, że 2025 to był dla mnie dobry rok. Oby 2026 trzymał poziom 🙂

Wyprawa do Japonii – Tokio

I tak oto trafiliśmy do japońskiej stolicy, która okazała się zaskakująco przyjazną odwiedzającym. Na własnej skórze przekonałam się, jak świetnie działa tokijskie metro, jak jest wielkie i pozornie skomplikowane, a w rzeczywistości jak łatwo się nim poruszać. To prawdziwy krwiobieg Tokio, który pozwala mieszkańcom i turystom dostać się tam, gdzie potrzebują. Świetne jest to, że każda stacja opisana jest po japońsku i angielsku, a w wagonach metra informacje odnośnie kolejnych stacji wyświetlane są w czterech językach: japońskim (zarówno w kanji, jak i w kanie), po angielsku, koreańsku i chińsku. Dobrym rozwiązaniem był zakup już w Osace kart ICOCA, którymi płaciło się między innymi przy bramkach wejściowych i wyjściowych w metrze, a które można było sobie doładowywać np. w 7eleven. ICOCA to osakijski odpowiednik tokijskiej karty SUICA – obie karty są kompatybilne i można nimi płacić na bardzo dużym obszarze Japonii. Posiadanie takiej karty bardzo ułatwia życie. Co ciekawe w wielu pociągach metra w godzinach szczytu są wagony przeznaczone wyłącznie dla kobiet. Ma to zapobiec molestowaniu seksualnemu kobiet i dziewczynek, które niestety w tokijskim metrze jest na porządku dziennym.

Wracając do samego Tokio, to okazało się mniej zatłoczone niż oczekiwałam. Oczywiście, w najbardziej turystycznych miejscach, jak chociażby Shibuya czy Shinjuku, trudno było się przemieszczać w tłumie ludzi. Zagęszczenie turystów (i tubylców) na metr kwadratowy zaprzeczało zdrowemu rozsądkowi, toteż z Połówkiem szybko się stamtąd zbieraliśmy. Niemniej zobaczyliśmy między innymi Godzillę górującą nad tokijskim kinem, animowanego kotka i tłumy na monstrualnym przejściu dla pieszych (które na żywo wcale nie robi aż takiego wrażenia). Za to samochodów było o wiele mniej niż można było oczekiwać po największej aglomeracji świata. W sumie nie ma się co dziwić, skoro mają tak fantastyczne metro.

Tokio – miasto światła.
Godzilla atakuje 🙂
Niektóre neony robią wrażenie
To ja w tłumie
I sam tłum 🙂
Animacja kotka <3

Nasz hotel znajdował się blisko jednej ze stacji przesiadkowych metra, więc nie mieliśmy większego problemu, żeby się dostać w różne miejsca. Pokój w hotelu był malutki (tokijskie standardy), ale za to bardzo ładny, a śniadania w hotelowe były smaczne (ale ja lubię kuchnię japońską, oczywiście wegetariańską lub wegańską, więc jestem nieobiektywna). Zabawny był filmik wyświetlany w hotelowej telewizji, który w przystępny sposób miał przybliżyć sposób, w jaki turyści powinni zachowywać się w metrze.

Śniadanko

Jedną z atrakcji, na którą bardzo się cieszyłam, chociaż przerażała mnie długość jej trwania, było przedstawienie w tokijskim teatrze kabuki (kabuki-za). Obejrzeliśmy sztukę „Yoshitsune i tysiąc drzewek wiśni” i ku mojemu zaskoczeniu, bardzo mi się spodobała. Były barwne kostiumy, świetni tancerze i śpiewacy, przedstawiana historia też nie była mi całkiem obca. Teatr był pełny, ale widzami były głównie osoby starsze, a wielu z nim zdarzyło się zdrzemnąć podczas sztuki.

Podczas samej sztuki nie można było fotografować

Odwiedziliśmy też świątynię Senso-ji, gdzie trzeba było lawirować pomiędzy ludźmi, żeby dostać się do głównego budynku, toteż nie wywarła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Chciałam stamtąd uciec najszybciej, jak się da.

Na dziedzińcu świątyni było trochę luźniej
Widok na pagodę świątynną

Za to odwiedziny w ogrodach cesarskich uważam za bardzo miły przerywnik w zabieganym życiu stolicy. Szerokie otwarte przestrzenie, zieleń i duża ilość ciekawych roślin dała mojemu introwertycznemu wnętrzu chwilę wytchnienia. Oswojone cesarskie karpie koi były przepiękne, zwłaszcza w ruchu. Za to komary cięły w cieniu, jak głupie.

Trochę przestrzeni w mieście
Malownicze miejsce
Ciekawe czy coś takiego udałoby się urządzić w moim ogródku? 😉
Karpie

Być w Tokio i nie wybrać się do Tokyo Tower? To nie uchodzi! Chcieliśmy na własne oczy zobaczyć, jak wygląda konstrukcja, którą upodobały sobie wszelkie potwory i obcy (w filmach i anime Tokyo Tower jest nieustannie atakowane przez wszelkiego rodzaju nadnaturalne istoty). Wyjechaliśmy na najwyższą platformę i obejrzeliśmy sobie Tokio z góry – jego wielkość robi wrażenie, a jednocześnie duża część zabudowy miasta jest stosunkowo niska, więc nie przytłacza aż tak, jak można by tego oczekiwać po ponad 37 milionowej aglomeracji miejskiej.

Tokyo Tower w całej swojej okazałości
Wjeżdżamy
Widok na most
Widok na miasto
Sami zobaczcie – centrum miasta, samo południe i taki mały ruch.

Z Tokio ruszyliśmy shinkansenem w dalszą drogę, do Kioto.

Sławny shinkansen

Wyprawa do Japonii – Nagano i Matsumoto

Drugim etapem naszej podróży po Japonii były Alpy Japońskie, a dokładniej olimpijskie Nagano i niewielka Hakuba. Dlaczego akurat tam? A dlatego, że chciałam poznać osobiście Dorotę, która prowadzi tam pensjonat, a z którą znam się internetowo od kilku dobrych lat. Ciekawiło mnie też, jak wygląda ta Japonia leżąca nieco bardziej na uboczu popularnych tras turystycznych, które preferują obcokrajowcy. Dotarliśmy tam pociągiem (expressem i shinkansenem).

Nagano bardzo mi się spodobało. Przypominało mi w pewnym sensie Lillehammer – stosunkowo niewielkie, górskie miasteczko turystyczne. Tak, wbrew temu, co napisałam powyżej, można było spotkać turystów, ale byli to niemal wyłącznie turyści lokalni, japońscy, którzy przyjechali przede wszystkim pokłonić się buddzie w słynnej świątyni Zenkoji. My również odwiedziliśmy tę świątynię, do której udało nam się dotrzeć przed samym niemal zamknięciem.

Brama świątynna
Wielka była
Wewnątrz świątyni, jak to zazwyczaj bywa, działał sklepik z amuletami
To chyba mój ulubiony temat fotograficzny całej wyprawy – latarenki 🙂
Posąg buddy
A tu posągi wielu buddów
Boczna kaplica
Monstrualna kadzielnica z psem lub lwem (trudno ocenić) na pokrywie
Jeden z osiatkowanych demonów pilnujących bramy

Z Nagano odebrała nas Dorota z mężem i zawiozła do Hakuby, gdzie spędziliśmy bardzo miły wieczór i gdzie wreszcie się porządnie wyspałam (przeszedł mi jet-lag). Następnego dnia Dorota zawiozła nas do stacji kolejowej Omachi, skąd podmiejskim pociągiem dojechaliśmy do Matsumoto. Tutaj pragnę podkreślić, że podróż tym lokalnym pociągiem, który zatrzymywał się na każdej stacji i którym podróżowali ludzie do pracy, dzieci i młodzież do szkoły, starsi ludzie załatwiać swoje sprawy, z okien którego można było zaglądać ludziom do ogródków i na pola, to jedna z moich ulubionych części wyprawy japońskiej. To podczas tej około godzinnej wyprawy mogłam doświadczyć kawałka tej prawdziwej, „nie-turystycznej” Japonii i dyskretnych, zaciekawionych spojrzeń innych pasażerów, dla których biały to wciąż ciekawostka, a nie uciążliwość. No cóż, antropologiem/etnologiem/etnografem się jest, a nie bywa 🙂

Widok przez okno pociągu. U góry w lusterku pani konduktorka.

Matsumoto to miasto słynne ze swojego Czarnego Zamku, który w przeciwieństwie do zamku w Osace, zwiedzało się bardzo przyjemnie. Z powodu koloru swoich murów zamek ten nazywany jest często Zamkiem Kruków lub Wron i jest jednym z pięciu japońskich zamków zachowanych w oryginale. Dlaczego nie ma pewności czy chodzi o kruki, czy wrony w nazwie? Podejrzewam, że chodzi o pisownię – obydwa gatunki nazywa się tam karasu i badajże ten właśnie znak kanji jest w nazwie zamku.

Zamek Kruków (lub Wron)

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o muzeum miejskie, gdzie można było obejrzeć wystawę japońskich mieczy, a także makietę Matsumoto sprzed kilkuset lat.

Mnie zachwyciły lalki tworzone z tkanin. To zupełnie inna kategoria szmacianek 😉

W regionie przed kilkudziesięciu laty odtworzono i spopularyzowano tradycyjne rzemiosło wytwarzania dziecięcych piłeczek z przędzy.

Z Matsumoto pojechaliśmy pociągiem do Tokio, ale to już inna historia 🙂

Wyprawa do Japonii – Osaka

Tak to jakoś się porobiło, że w październiku byłam na 2,5-tygodniowej wyprawie w Japonii. Wreszcie, prawda? Cześć z was (bliżej mnie znających) ma pewnie nadzieję, że w końcu przestanę zanudzać o tej Japonii, skoro koniec końców do niej dotarłam i skończy się ich niemal 25-letnia katorga (to o tych najwytrwalszych, którzy są ze mną tak długo 😉 ). Muszę was rozczarować – teraz dopiero zaczyna się na poważnie 😉 Ale o co tu chodzi? – spytają mniej zorientowani. Zaraz wam wyjaśnię.

Otóż od czasów studiów interesuję się Japonią – jej kulturą, historią, polityką, sprawami społecznymi, itd. Nigdy tego nie robiłam zawodowo, ale to moje hobby, które jest ze mną baaardzo długo. Oszczędzę wam szczegółów, bo trochę by to trwało, ale podsumuję to tylko jednym zdaniem: japońska rzeczywistość jest dla mnie rzeczywistością oswojoną. Ciekawa byłam też, jak będę się czuła, gdy skonfrontuję moje wyobrażenie o Japonii ze stanem faktycznym. Jednak nie obawiałam się tego zbytnio i jeszcze przed podróżą oświadczyłam publicznie, że to moja pierwsza podróż do tego kraju, ale bynajmniej nie ostatnia. To taka wyprawa zwiadowcza, która pozwoli mi lepiej zaplanować kolejne. No i jak to wypadło w rzeczywistości, to moje zetknięcie z Japonią? Och, weszłam tam jak puzzelek w całość układanki. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam (no, pominąwszy te gigantyczne tłumy turystów z zagranicy).

Przez te ponad 2 tygodnie w Japonii było bardzo intensywnie i trudno byłoby mi opisać wszystko w jednym wpisie, więc postanowiłam podzielić tę podróż na części ściśle związane z miejscami, w których się zatrzymaliśmy. I tak, będzie dużo zdjęć (jakżeż mogłoby być inaczej? 😉 ).

Lot na trasie Oslo-Osaka z przesiadką w Dosze.

Polowaliśmy na bilety długo i intensywnie, więc udało nam się kupić je po dosyć umiarkowanej cenie, biorąc pod uwagę długość i komfort lotu. Traf padł na Qatar Airways, wersja ekonomiczna (cena za klasę biznesową skutecznie mnie zastopowała). Trochę się martwiłam, jak zniosę tak długa podróż (Oslo-Doha 6,30 h, Doha-Osaka 9,30 h), głównie ze względu na mój kręgosłup i na to, że szybko się nudzę, ale sama byłam zaskoczona, jak to bezboleśnie minęło.

Na lotnisku Hamad w Dosze jest mały zagajnik, w którym można odpocząć pomiędzy podróżami.

Osaka

Osaka przywitała nas piękną pogodą i 28 stopniami, więc z Połówkiem kryliśmy się w cieniu 🙂 Od razu rzuciły nam się charakterystyczne dla całej Japonii plątaniny kabli wiszące nad głowami przechodniów.

W hotelu Brighton City Osaka mieszkaliśmy na piętrze 13, a numer naszego pokoju to 1313. Sprawiło nam to wiele radości 🙂

W Osace zetknęliśmy się pierwszy raz z tłumami turystów w zamku Osaka. Z perspektywy dalszych odwiedzonych zamków, był on najmniej atrakcyjny. Niemniej architektura tego zamku i tak robiła wrażenie.

Zamek Osaka z zwenątrz
Panorama na Osakę z ostatniego piętra zamku.

W kompleksie zamkowym znajdowała się także świątynia Hokoku shrine, która wywarła na mnie bardziej pozytywne wrażenie, niż sam zamek.

Pies strzegące wejścia do świątyni. Obowiązkowo w fartuszku.
Świątynne wiatraczki
Modlitwy na tabliczkach z symbolizującym daną świątynię obrazkiem.
Element jednej z latarni
Ogród kamieni

Kapliczki spotkać można w Japonii w niemal każdym miejscu. Niezwykle urocza była niewielka świątynia Hozen-ji wciśnięta pomiędzy budynki i sklepy w jednym z najbardziej handlowo-turystycznych rejonów Osaki, w pobliżu rzeki Dotonbori. Gdyby nie Google maps, przegapiłabym ją, przechodząc obok i szukając czegoś bardziej odznaczającego się. W Hozen-ji charakterystyczne są omszałe posągi buddy – dwa małe siedzące i jeden większy stojący. Omszałe są dlatego, że modlący polewają je wodą. Co i ja uczyniłam 🙂 Do polewania ustawia się wciąż niemalejąca kolejka, co świadczy o niesłabnącej popularności tej małej świątyńki.

Omszały budda
Ja w kolejce do buddów
Tutaj polewam małego buddę
Urocze świątynne latarenki

Od czasów dzieciństwa, które upłynęło mi między innymi w pobliżu cmentarza, bardzo lubię takie miejsca. Dlatego też chciałam odwiedzić japoński cmentarz buddyjski w Osace i zobaczyć, jak bardzo różni się on od tych polskich czy norweskich. Po pierwsze – ten konkretny cmentarz leży w centrum miasta, pomiędzy budynkami bloków mieszkalnych, domów, firm i szkół. Stele, posągi buddów i figurki Jizo nadają temu miejscu niezwykły klimat. Zresztą, sami zobaczcie.

Osaka okazała się gwarnym, kolorowym i mocno zaludnionym miastem. Oczywiście, znalezienie wegańskiego jedzenia w Japonii to nie lada wyzwanie, ale ja mam już wieloletnie doświadczenie w szukaniu miejsc oferujących jedzenie takim wybrykom natury jak ja, więc dało radę 🙂 Szczególnie miło wspominam szefa Obatę z malutkiej izakaya (tradycyjnej japońskiej mini-restauracji) specjalizującej się w tempurze. Zaskoczyliśmy go tym, że nie chcemy ani mięsa, ani ryb, a mimo to ugościł nas po królewsku.

Rzeka Dotonbori
Słynny Glico-man
Osaka nocą
Panowie ochroniarze jednego z klubów podejrzliwie mi się przyglądali, gdy robiłam to zdjęcie 🙂
Szef Obata z Tempura Obata
Krótki filmik z syczącym jedzeniem od szefa Obaty 🙂 Syczy od temperatury 🙂

Udało nam się także zajrzeć tego wieczora do jazzowej knajpki Jack Rose, gdzie posłuchaliśmy koncertu na żywo i to tylko dla nas 🙂 To był wtorek wieczorem i oprócz jednego stałego bywalca, byliśmy w tym barze tylko my 🙂 Co nie zmienia faktu, że pani pięknie grała na fortepianie i równie pięknie śpiewała jazzowe utwory.

Zdjęcie baru
Krótki filmik z ułamkiem koncertu

W Osace byliśmy na dobrą sprawę tylko jeden cały dzień, ale i tak uważam ją za przyjazne i sympatyczne miejsce, które daje możliwość stosunkowo łagodnego wejścia w zatłoczoną japońską rzeczywistość.

Waginoistoty

Ten wpis nie będzie miły, dlatego ostrzegam was z góry – zawsze możecie go nie czytać. Zwłaszcza jeżeli jesteście wyznawcami tradycyjnej toksycznej męskości, bo i tak z niego nic nie zrozumiecie. Oszczędźcie sobie wysiłku. Jeżeli jednak zdecydowaliście się czytać dalej, to na własną odpowiedzialność.

Jak spora część z was wie, jestem z wykształcenia antropolożką kultury i część mojego wyuczonego zawodu stanowi obserwacja i analiza. Natomiast moją osobistą zaletą (bywa, że czasami postrzegam to jednak jako wadę) jest cierpliwość. Gdy zainteresuje mnie jakieś zjawisko społeczno-kulturowe, potrafię spędzić na jego obserwacji nie tygodnie czy miesiące, ale całe lata. W dodatku wyznaję nadrzędność metody holistycznej w badaniach – czyli rozpatrywanie danego zagadnienia z każdego możliwego punktu widzenia, biorąc pod uwagę różne dyscypliny naukowe. A że nie pracuję w zawodzie, robię to tylko dla własnego lepszego zrozumienia świata i mechanizmów nim rządzących. I tu następuje koniec tego przydługiego wstępu, a zaczyna się część właściwa – może opisana mało naukowym językiem, ale w sposób bardziej zrozumiały oddaje meritum sprawy.

Rys. Marta Frej Mój stan na dziś.

Otóż dzisiaj rano zaliczyłam tak zwany wkurw. Moja cierpliwość, która powoli przeciekała przez coraz szersze szczeliny, zniknęła. Wyschła, wyparowała, nie ma jej. Czytając artykuł jednej z polskich poważnych i szanowanych gazet, dowiedziałam się, że nie jestem człowiekiem, ani nawet kobietą, ja jestem „waginoistotą” czyli idąc za tym dalej, nosicielką narządu, który z założenia ma sprawiać przyjemność mężczyznom i dawać im potomków (koniecznie męskich, a nie kolejne mini-waginoistoty). To, według niektórych, jest kwintesencją istnienia kobiet na tym świecie. Ale po kolei.

Artykuł był o pewnym młodym mężczyźnie, studencie prawa z Poznania (co jest nie tak z tymi studentami i absolwentami prawa w tym kraju? Nie ze wszystkimi, oczywiście, ale ekstremistyczny skręt wśród nich powoli zaczyna stawać się regułą), związanym z partią Mentzena i częstym uczestnikiem wieców Bosaka, który skatował młodą kobietę w klubie go-go w napadzie takiego szału, że nawet ochroniarzom trudno było go od niej oderwać. Dziennikarze pokopali trochę głębiej i okazało się, że osobnik ten znany jest z szowinistycznych wypowiedzi i między innymi nazywaniem kobiet „waginoistotami”. No i tu dostałam wkurwa, bo to jest jasny i oczywisty sposób dehumanizacji ponad 50% ludzkości. Dehumanizacja (czyli sprowadzanie określonych istot ludzkich, jak migrantów czy kobiet, do roli podrzędnej, odmawiania im równych praw) i mowa nienawiści, to zazwyczaj dopiero jeden z pierwszych kroków w całym skomplikowanym, a dobrze już zbadanym procesie. Dobrze zbadanym na przykładzie zjawiska faszyzmu, który pogrążył świat w wojnie na długie lata. Wracając do artykułu, to według psycholożki badającej to zjawisko, taka dehumanizacja pomaga młodym mężczyznom zracjonalizować własną nienawiść i przemoc. Kiedyś, bardzo dawno temu i we wcześniejszej wersji tego bloga, pisałam o zjawisku niemal powszechnym nienawiści do kobiet w Ameryce Południowej, gdzie bardzo częste są zabójstwa kobiet dokonywane tylko dlatego, że ofiary są kobietami. Obarcza się je wszelkimi męskimi niepowodzeniami (jak choćby przymusowy celibat inceli, brak pracy, zła pogoda, nieurodzaj, itp.) i znęca się nad nimi fizycznie, psychicznie i ekonomicznie, a w sytuacjach ekstremalnych, zabija. Brzmi znajomo? Polska to nie Wenezuela, a jakby sytuacja wygląda podobnie.

Rys. Marta Frej

Jednak w Europie możemy liczyć na lepszą lub gorszą ochroną systemową kobiet. A jednak w wielu „cywilizowanych” krajach wciąż odmawia się kobietom prawa do decydowania o własnym ciele i własnym sumieniu. Psycholożka, której opinia przytoczona została w artykule uważa, że nienawiść bierze się z poczucia zagrożenia tychże młodych mężczyzn, bo kobiety są dzisiaj lepiej wykształcone, same potrafią o siebie zadbać (patrz: zarobić na własne utrzymanie), a ponadto lepiej sobie radzą z emocjami. Poczucie samotności rodzi w mężczyznach frustrację, a agresja jest próbą odzyskania kontroli i poczucia władzy. No żeż, k@#$ mać! Tak, trudno się oddaje władzę, która dla wielu mężczyzn (kobiet niestety też) jest w wyniku naturalnego porządku rzeczy przypisana mężczyznom, a w rzeczywistości tak silne zachowania patriarchalne zostały wprowadzone do naszej kultury wraz z religią chrześcijańską (słynna trójca – ojciec, syn i wujek, którzy rządzą niepodzielnie). Potem wprowadzono model skrajnie uległej kobiecości w postaci Maryi, żeby nikt im się do tego męskiego rządzenia nie wtrącał. Ale tutaj skończę dygresję religijną, bo to obszerny temat na osobny wpis (jeszcze na studiach przerobiłam historię kościoła w Europie, a potem dałam sobie z nim definitywny spokój). Bosz… Taki długi ten wpis, a ja jeszcze nawet nie doszłam do „manosfery” (dla niezorientowanych, „manosfera” to przestrzeń głównie w Internecie, gdzie młodzi mężczyźni żalą się, że odbierane są im przywileje przynależne z racji urodzenia się z penisem między nogami, najczęściej też z białym kolorem skóry, a do tego wzajemnie nakręcają się w agresji względem kobiet). Myślę, że na ten raz wystarczy, a temat „manosfery” i „mansplainingu” (tłumaczenie świata kobietom przez mężczyzn – to coś, co przyprawia mnie o berserk, a niestety spotykam się z tym od dzieciństwa) poruszę kiedy indziej. Oczywiście, zaraz padnie argument, że nie wszyscy mężczyźni są tacy i w pełni się z tym zgadzam – w świecie jest mnóstwo porządnych facetów, ale coś jednak musi być na rzeczy skoro dochodzi do radykalizacji wśród mężczyzn, skoro kobiety są bite, gwałcone, zabijane, poniżane (chociażby wojna w Ukrainie, gdzie występuje to na masową skalę lub za drzwiami sąsiadów, gdzie były mąż zabija swoją byłą żonę, bo ośmieliła się z nim rozwieść).

Rys. Marta Frej

Większość tych porządnych facetów, bywa, że i feministów, nie zdaje sobie sprawy z tego, że są biernymi beneficjentami swojej pozycji społecznej w świecie zdominowanym przez patriarchat. Nie oskarżam ich w żaden sposób, bo zdaję sobie sprawę, że pewnych rzeczy nie są w stanie dostrzec, bo nie urodzili się kobietami (to nie seksizm, tylko rzeczywistość – wiele razy to już przerabiałam w podobnych dyskusjach). Jednocześnie wdzięczna jestem za tych wszystkich mężczyzn i chłopców, którzy potrafią znaleźć dla siebie miejsce w nowej rzeczywistości i potrafią iść swoją drogą razem z kobietami, a nie po ich trupach.

Kobiety poczuły moc, poczuły sprawczość (Czarne Protesty i wybory 2023, a na świecie chociażby #metoo i sprawa Epsteina czy Claudia Sheinbaum – pierwsza prezydentka ultra-maczystowskiego Meksyku, protesty w Iranie po zabójstwie Mahsy Amini) i mam nadzieję, że nie pozwolą sobie odebrać swoich praw, za które płacą krwią, godnością, życiem. Jestem szczęściarą, bo mieszkam w kraju, który jest jednym z najlepszych na świecie do życia dla kobiet, a mimo to też mamy swoje problemy. Jak każdy. W Norwegii spotkałam wiele fantastycznych, silnych kobiet, ale też sporo zagubionych i zakompleksionych, bo jesteśmy różne. Wciąż jednak musimy patrzyć na ręce tym, dla których nasza swoboda jest niewygodna i chcieliby nam odebrać prawo do różnorodności – bo mamy prawo być silne, mamy prawo być słabe i mamy prawo być przeciętne, a przede wszystkim mamy prawo decydować o sobie samych.

Mój wpis ilustrują grafiki cudownej Marty Frej.

Rys. Marta Frej

Czas Arbuza

Nie da się ukryć – z powodu zmian klimatycznych do Norwegii nadciągnęły upały rzadko dotychczas spotykane, a już na pewno nie w takim natężeniu. Już od ponad tygodnia temperatury oscylują w okolicach 27 – 31 stopni w cieniu i co najmniej jeszcze przez tydzień nie pozbędziemy się tej spiekoty. Z dzieciństwa, z Czasów Słusznie Minionych, zostało mi upodobanie do arbuza podczas letnich upałów. Co prawda, gdy byłam dzieckiem nie było jeszcze aż takich upałów (tak, urodziłam się w czasach wielkiego zlodowacenia, gdy mamuty chodziły po ulicach), ale jednym z nielicznych dosyć egzotycznych owoców dostępnych w krajach bloku wschodniego były arbuzy sprowadzane z zaprzyjaźnionych republik radzieckich. Teraz, gdy zbliża się lato i arbuzy pojawiają się w norweskich sklepach spożywczych, Połówek pyta: „O, arbuzy! Czy to już?”, a ja odpowiadam: „Nie, jeszcze nie pora.”, co oznacza, że nie jest wystarczająco gorąco. W obecnej sytuacji już od jakiegoś czasu arbuz w lodówce musi być. Dzisiaj doszło nawet do tego, że pierwszy raz włączyliśmy klimatyzację na chłodzenie, a nie na grzanie, jak zazwyczaj. Wiecie co? Weźcie sobie te upały z powrotem. A przynajmniej tak z 5 stopni Celsjusza. Oddam z pocałowaniem ręki i jeszcze arbuza dołożę.

Oczywiście, jak to u mnie, arbuza można zobaczyć nie tylko w mojej lodówce, ale też na zdjęciach martwej natury. O, jedno macie tu:

Z ciekawostek, to wróciłam do nauki japońskiego z lektorką. Jak przejrzałam moje notatki z poprzedniej fazy nauki tego języka, to sama byłam na siebie zła, że zaprzepaściłam tak wiele. Teraz mam trudności nawet z czytaniem hiragany. Postanowiłam, że jakoś się z tym ogarnę, ale już widzę, że trudno jest mi wygospodarować czas na systematyczną naukę. Zobaczymy, co z tego będzie.

Ze spraw zawodowych, to jakoś tak się porobiło, że klienci sami pukają do drzwi. Większość przychodzi pierwszy raz, ale bywają i tacy, którzy wracają i to jest bardzo miłe. Miałam mieć więcej czasu na moje projekty artystyczne w tym roku. I co? I guzik. Czas ucieka w niewytłumaczalny sposób i tylko widzę, jak moje wolne dni machają mi chusteczką na pożegnanie z okien pędzącego pociągu. Czary jakieś. Ech, nie ma co narzekać, bo przynajmniej udało mi się przeczytać w tym roku kilka świetnych książek, a to dopiero połowa 2025.

Po połowie roku spędzonej jako dumna właścicielka bieżni, muszę przyznać, że to był świetny zakup. Wyrobiłam sobie kondycję, siłę i zaczynam powoli gubić tłuszczyk (chociaż, co do tłuszczyku, to może on mi się zwyczajnie wytapia w tym upale). Nadrabiam też kontakty towarzyskie, bo gdy chodzę, to lubię rozmawiać przez telefon. Ot, taka fanaberia. Gdy mam silne bóle głowy (coraz rzadsze, na szczęście), to czasami jedyna metodą, żeby dotrwać do czasu aż tabletka zacznie działać, to powolutku sobie dreptać. W tym bieżnia też pomaga. Sami widzicie, zakup trafiony.

Uff, to tyle na dzisiaj, bo siedzenie przy komputerze w tej temperaturze, to jakaś katorga. Pozdrawiam was serdecznie i do następnego razu!

Koniec snu zimowego

Właśnie kończy mi się chorobowe. Kilka dni temu zorientowałam się, że niemal cały ten okres nie wychodziłam z domu. Sporadycznie jechałam do sklepów na zakupy, odwoziłam Połówka do pracy, raz byłam na spotkaniu z przyjaciółkami i niewiele więcej tego było. A, no i raz pojechałam robić zdjęcia w góry. Na zewnątrz było przez większość czasu pochmurnie, ciemno i zimno, więc nie odczuwałam potrzeby wychodzenia. Wygląda na to, że zapadłam w sen zimowy i to sen zbawienny, bo czuję się teraz zupełnie inaczej. Niestety, do poniedziałku muszę się dobudzić, bo wracam do pracy. Wczoraj doszłam do wniosku, że nawet się cieszę z tego powrotu, co chyba jednak nie świadczy dobrze o stanie mojej głowy 😉 Jeżeli myślicie, że przez ten czas się nudziłam, to nic bardziej mylnego – po prostu nie śpieszyłam się, a wszystko miało swój odpowiedni czas. I to było piękne. Tak piękne, że zaczęłam się zastanawiać nad rzuceniem tego wszystkiego i przeprowadzeniem się na Bora Bora. Ewentualnie na Tonga. W każdym razie gdzieś, gdzie jest błękitny ocean, plaże, palmy i słońce. Takie rajskie wyspy (przynajmniej w mojej wyobraźni).

W ostatnim wpisie wspominałam, że czeka na mnie „Miasto i jego nieuchwytny Mur” Murakamiego. Już nie czeka, szybko poszło. Za to kupiłam bilety na spotkanie z samym Murakamim, które odbędzie się tutaj u mnie, na prowincji, w Lillehammer, podczas corocznego festiwalu literatury. Pierwsza moją myślą było: „Jaką książkę wziąć do podpisu?”, bo przecież nie zapakuję całej półki książek do plecaka. A może jednak? Hmm… Muszę tę sprawę jeszcze przemyśleć. No i gdy tylko skończyłam to pisać, wiedziałam już która książkę wezmę – „Kronikę ptaka nakręcacza”. To wyjątkowa książka dla mnie.

Właśnie Mika na mnie namiauczała, że pora już spać. Gdybyście nie wiedzieli, Mika należy do rodzaju kotów pasterskich – o odpowiedniej porze zagania mnie do łóżka. Ewentualnie o innej odpowiedniej porze jestem zaganiana do kuchni, żeby dać jeść. Co gorsza, do kuchni zaczął mnie zaganiać także Enzo. Na razie jeszcze dosyć nieśmiało, ale z czasem poczyna sobie coraz odważniej (w akcie desperacji łazi mi po klawiaturze i staje pomiędzy mną a monitorem). Generalnie to koty wprowadziły w domu taki terror, że strach wejść do kuchni, bo zaraz pojawiają się, domagając się nadprogramowego jedzenia – Mika (Robespierre) siedzi na stole i gapi się intensywnie tymi swoimi wielkim oczyskami, pomiaukując roszczeniowo od czasu do czasu dla większego efektu, natomiast Enzo (Danton) plącze się pod nogami, zawodząc rozpaczliwie z głodu (posiłek dostał pół godziny wcześniej) i demonstrując wszem i wobec swoją puchlinę głodową.

Dwójka groźnych terrorystów odpoczywająca na podgrzewanej podłodze w przerwie pomiędzy sianiem terroru.

Są tacy słodcy, a ja jestem taka miękka, że zawsze coś u mnie wyżebrzą/wymuszą (wybierz odpowiedniego kota).

Dobrej nocy

Rozpoczyna się 2025

Kończy się już styczeń 2025, a ja ciągle niczego nie napisałam na blogu. Próbowałam, ale gdy tylko otworzyłam plik tekstowy, pustka w głowie. Zupełnie nic. Może tym razem wyjdzie.

Żadnych podsumowań zeszłego roku nie będzie. No, może poza jednym – był ok, a nawet całkiem, całkiem. Liczę, że 2025 będzie jeszcze lepszy. Nawet pomimo tego, że Trump został prezydentem, a Elon Musk próbuje się bawić we współczesnego boga (wydaje mu się, że mając władzę nad niektórymi mediami społecznościowymi i miliardy, posiadł władzę nad ludzkimi duszami). Coraz też bardziej mam ochotę wypisać się z tego całego światka SoMe, ale posiadając firmę, zmuszona jestem wciąż w nim funkcjonować. Nie wykluczone jednak, że w pewnym momencie uznam, że chyba już tego za dużo i się jednak z niego usunę. Zobaczymy, wszystko przede mną.

Grafik wstępny na 2025 rok zrobiony i jak zwykle trzeszczy w szwach. Chciałabym, żeby w tym roku trochę się podziało w moim życiu i mam nadzieję, że to się spełni.

Początek roku zaczął się trochę traumatycznie – po 12 latach rozstałam się z moim ukochanym starym PCtem. Mocno przeżyłam to rozstanie, ale trochę pokombinowałam i pomimo, że używam teraz laptopa, wciąż mam swobodny dostęp do dysków ze starego komputera.

W grudniu zmieniłam też stronę firmową www.koshmara.com. Nie obyło się, oczywiście, bez przygód, ale póki co strona jest i działa (oby jak najdłużej). Na specjalne życzenie Połówka strona jest w kolorze białym (podobno lepiej się takie ogląda i wyglądają bardziej profesjonalnie).

Teraz jestem na chorobowym, bo mój kręgosłup i głowa wciąż dają znać o sobie. Muszę odpocząć, wziąć zastrzyki, przewietrzyć głowę i mogę wrócić do roboty. Na razie idzie mi to trochę opornie. Najłatwiej chyba z zastrzykami. W środę jadę na bardzo „miłe” badanie – gastroskopię. Kto nie miał, ten niech nie żałuje 😉 Ja już kiedyś miałam i doskonale wiem, co mnie czeka.

Zima tego roku jest podobnie dziwna, jak poprzednia – styczeń, a my mamy dodatnie temperatury. O tym najstarsi lillehameryjscy górale nie słyszeli. Śniegu też niewiele. Gdy wreszcie spadł, następnego dnia rano popędziłam w góry robić zdjęcia. I słusznie, bo dwa dni później zaczął się topić i już nie byłby taki ładny. Poniżej kilka fotek poglądowych.

Pusto było w tych górach i ani żywej duszy o poranku. Tak lubię najbardziej.

Czytam właśnie najnowszego Sapkowskiego, a perspektywie czeka na mnie najnowszy Murakami. Najlepiej czyta mi się na rowerku treningowym (tak mnie te książki wciągają, że nie wiem, kiedy mija godzina) albo w łóżku przed snem (jedna z najlepszych chwil dnia). Wielu moich znajomych robi podsumowania, ile książek przeczytało w poprzednim roku. Ja się gubię już po 2 miesiącach – w tej chwili w jednym czasie czytam 4 różne książki (nie na raz, oczywiście). W zależności od humoru i nastroju wybieram akurat tę, która mi tego dnia pasuje i jakoś nie mam czasu, żeby gdzieś zapisać ich tytuły. Czasami sama chciałabym wiedzieć, jaki mam roczny przerób, ale po sekundzie taka myśl ulatnia mi się z głowy i przypominam sobie o niej, gdy widzę spisy tytułów innych ludzi. Może kiedyś mi się uda 🙂

Na dzisiaj to tyle. Pozdrawiam!