Koniec lata w Dolinie Muminków

A raczej na Przełęczy Muminków. Koniec sierpnia nas rozpieścił wysokimi temperaturami, ale nadeszła rzeczywistość i już drugi ranek z rzędu trzeba było skrobać szybę w samochodzie. I chociaż nie jest źle, bo słońce wciąż pięknie przygrzewa, to już czuje się w powietrzu Koniec Lata i smuteczek zaczyna pukać do drzwi.

Tym razem jednak smuteczek zostaje odprawiony z kwitkiem, bo my z Przełęczy Muminków kończymy to lato z prawdziwym przytupem. A mianowicie kupiliśmy dom. Drugi, żeby było jasne, bo żal nam się rozstawać z naszą chatką na przełęczy. Podejrzewam jednak, że raty kredytu szybko sprowadzą nas na ziemię i zmuszą do sprzedaży Zielonego Domku (mam nadzieję, że najwcześniej na wiosnę). Teraz czeka nas remont nowego domiszcza (gdzie tam naszej chatce do tej stodoły 😉 ), przeprowadzka i przyzwyczajanie się do mieszkania w mieście (jakie tam miasto – ot, Lillehammer). A mniej więcej w tym samym czasie nastąpi przenoszenie mojego studia w inne (tańsze) miejsce. Sami widzicie, nie będzie czasu się nudzić 😀 Szukając domu, nie sądziłam nawet, że tak trudno będzie mi się rozstać z naszą chatką – mam tu wiewiórkę, która ze mną dyskutuje niemal co dzień (skubana, woła mnie na taras i prowadzi ze mną długie dysputy 🙂 ), na strychu gnieździ się nasz własny nietoperz, którego już kilka razy eksmitowałam z mojego własnego gabinetu (taki mały, słodki dziki lokator), drozdy szare odchowują już któreś pokolenie młodych w naszych brzozach (w tym roku założyły gniazdo zaraz przy oknie sypialni, żebyśmy mogli bez przeszkód podziwiać pociechy). Och, będzie mi brakowało mieszkania na wsi…

Jak ten czas szybko leci… + wycieczka na Lofoty

Jak ten czas szybko leci – do takiej konkluzji doszłam, gdy 10 lipca okazało się, że moja firma ma już rok. To był bardzo intensywny rok, w którym wydarzyło się mnóstwo rzeczy i w którym świat stanął na głowie (z powodu pandemii). Moi znajomi jednogłośnie oświadczyli, że to był chyba jeden z najgorszych okresów na rozpoczęcie własnej działalności. Trudno się z nimi nie zgodzić. Gdy zaczęłam się rozkręcać, przyszła pandemia i zamknęłam studio na ponad 2 miesiące. Powoli zaczęłam ponownie rozkręcać firmę, ale nadszedł czas wakacji i ludzie nie myśleli zbyt intensywnie o fotografowaniu się (niestety dla mnie), ale o znalezieniu jakiegoś miejsca na spędzenie wakacji w Norwegii. W tym roku wszelkie kampingi, hotele, pensjonaty i atrakcje turystyczne w Norwegii przezywały boom, jak chyba nigdy dotąd. Z uwagi na zagrożenie koronawirusem zagranicą, wielu Norwegów zrezygnowało z dorocznych zagranicznych wojaży, ograniczając się do zwiedzania własnego kraju, który tak na marginesie, jest uznawany za jeden z najpiękniejszych państw na świecie (i coś w tym jest 🙂 ). Ja także uznałam, że to okazja zwiedzenia słynnych Lofotów (podobnie jak ja pomyślało niemal pół populacji Norwegii + turyści z Niemiec, Finlandii i Holandii). Tylko, że ja pomyślałam o tym na tyle wcześnie, że udało mi się zarezerwować domek rybacki w bardzo rozsądnej cenie 😀 Domek rybacki czyli rorbu – bardzo charakterystyczny budynek, jaki możecie spotkać na całych Lofotach (i nie tylko).

Rorbuer czyli chatki rybackie w Reine

Od nas na Lofoty są 2 dni drogi samochodem, ale z uwagi na piękno norweskiej natury, to są bardzo ładne i zróżnicowane 2 dni. Na wszelki wypadek, w razie gdyby nie było miejsc w hotelach, wzięliśmy ze sobą namiot. Nie rezerwowałam noclegu po drodze, bo nie wiedziałam, jak daleko dojedziemy pierwszego dnia. I dobrze zrobiłam, bo dojechaliśmy nieco dalej niż planowałam – pierwszy nocleg wypadł nam w Mo i Rana, w bardzo miłym i czystym hotelu na samiutkim brzegu fiordu. Ciekawa byłam czy nie będzie problemu z rezerwacją na ostatnią chwilę, ale nie – hotel (Fjordgaarden i Mo) zarezerwowałam na niecałą godzinę przed przyjazdem i wszystko było w jak najlepszym porządku.

Widok z naszego hotelu.

Po drodze przekroczyliśmy krąg polarny i przejechaliśmy Park Narodowy Saltfjellet-Svartisen.

Postument oznaczający Krąg Polarny
Zjazd z Saltfjellet na stronę północną

Okazało się także, że na promy na Lofoty są w ostatnich tygodniach gigantyczne kolejki i nie każdy się łapie na przewóz. Zniechęceni wizją czekania na kei w Bodø, postanowiliśmy jechać w stronę Narwiku i odbić na Bognes na inny prom, który zamiast 3 godzin, płynie 1. Haczyk był taki, że zamiast wylądować w Moskenes, na samym południowym końcu Lofotów, gdzie mieliśmy 20 min. do naszej chatki, my wylądowaliśmy w Løndingen, na północy skąd mieliśmy przejechać wzdłuż niemal całe Lofoty, żeby dotrzeć na miejsce docelowe. To oznaczało cały dzień w drodze, ale też to, że obejrzymy sobie większą część Lofotów, czego wyruszając z domu, nie zakładaliśmy. Po drodze zjeżdżaliśmy z głównej drobi, żeby odkryć fantastyczne miejsca, gdzie moglibyśmy się przeprowadzić od razu 🙂

Widok z promu
A to ja, w razie, gdybyście wątpili, że faktycznie tam byłam 😉
Góry i ocean – wymarzone miejsce do życia

Głównym punktem wycieczki było obfotografowanie plaż. Wam się wydaje, że piaszczyste plaże, to coś całkiem naturalnego, prawda? Otóż nie, moi drodzy. Piaszczyste plaże to luksus, którym niewiele wybrzeży może się pochwalić. W Cannes plaża była kamienista, a piasek, który można było zobaczyć przed niektórymi hotelami, to piasek nawieziony. W Maladze plaża składała się z czarnego żwirku. Na Islandii były to czarne, obłe kamyczki. W Norwegii można sobie na plaży kostkę skręcić, gdy krzywo się stanie na kamieniach 😉 Ale na Lofotach plaże są cudnie piaszczyste. I jedna taka plaża była moim celem – plaża Kvikne. Przechodziło się do niej przez przełęcz, trekkingiem rzecz jasna 🙂

Szanowny Małżonek, czyli moje nieustające wsparcie, na tle wyłaniającej się plaży i otwartego oceanu.
Plaża. Nie myślcie sobie, że to jest brudna plaża – to ciemny żwir ze skał miesza się z piaskiem z oceanu. I ta turkusowa przybrzeżna woda… Cudo!
Plaża zachwycająca. Jeszcze tam kiedyś wrócę 🙂

Niestety, po tym z pozoru łatwym trekkingu mój kręgosłup i głowa odmówiły współpracy, więc popołudnie spędziłam w chatce, leżąc i walcząc z silnym bólem głowy. Ale nie ze mną takie numery. Z uwagi na to, że niemal zawsze moje newralgiczne części ciała wycinają mi takie numery, nauczyłam się z tym żyć, więc gdy środki przeciwbólowe pozwoliły mi się ruszyć, pojechaliśmy do miejscowości o jednej z najkrótszych nazw na świecie, a mianowicie do wioski Å (należy to czytać jako O). Å to koniec głównego archipelagu Lofotów – tam droga się kończy i mewy zawracają 🙂 Po drodze znajduje się Reine – jedna z najbardziej znanych i najbardziej widowiskowych miejscowości Lofotów.

Widok na Reine

Kolejnym z punktów w podróży było fotografowanie zachodu słońca na plaży. Trzeba było czekać całkiem sporo, bo na przełomie lipca i sierpnia słońce zachodzi tam około godziny 23.00. Na z góry upatrzone pozycje wyruszyliśmy godzinę wcześniej i załapaliśmy się jeszcze na tak zwaną Złotą Godzinę – światło przed samym zachodem słońca, które jest niezwykłe i bardzo pożądane przez fotografów. Zaraz wam pokażę dlaczego.

Widzicie te niesamowite kolory i ciepłe, złote światło? To właśnie jest słynna Złota Godzina na plaży Rambergstranda

Na upatrzonej przez nas plaży było wiele osób, bo przy samej plaży jest pole namiotowe i chyba wszyscy namiotowicze wylegli na plażę podziwiać cuda natury.

Zachód nad oceanem na plaży Skagsanden
Chmury pięknie się rozkładały na ciemniejącym niebie

Na plaży siedzieliśmy sobie chyba z godzinę, ale to było tak niezwykłe, kontemplacyjne uczucie, że nawet nie wiem, kiedy mi ten czas zleciał. Już nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam czas, żeby oczyścić myśli, skupiając się tylko na pięknie natury. Po drodze oczarowało mnie lawendowe niebo i mgły unoszące się nieśmiało z łąk.

Uwierzcie mi, że w rzeczywistości, to były przepiękne kolory.
Powoli o północy nastaje wieczór…

Niestety, następnego dnia musieliśmy się już zbierać do domu, bo wiecie, koty same 🙂 Chociaż miały bardzo dobrą dochodzącą opiekunkę i przetrwały ten okres lepiej, niż się spodziewaliśmy 😉 Z powrotem przemknęliśmy jak błyskawice, bo już znaliśmy trasę, a ja obfotografowałam już to, co chciałam w drodze na Lofoty. Teoretycznie mogliśmy dojechać do domu od strzała, bez noclegu, ale zapowiadano burze z piorunami na płaskowyżu Dovrefjell, a lepiej się tam nie znaleźć w nocy podczas burzy i w dodatku zmęczeni. Zatrzymaliśmy się na nocleg w Trondheim (znowu rezerwowałam pokój na 40 min. przed przyjazdem), w miłym hotelu (Quality Hotel Panorama) i o poranku ruszyliśmy dobrze znaną już drogą do domu. Tak oto wyglądał nasz ekstremalnie krótki wypad na Lofoty 🙂

Na dzisiaj to już tyle wrażeń. Trzymajcie się cieplutko i nie zarażajcie!

Wybory w Norwegii

Zazwyczaj nie wypowiadam się w kwestiach politycznych na blogu, ale tym razem poruszę sprawę wyborów na prezydenta. Nie, nie bójcie się, nie politycznie, ale czysto formalnie i technicznie.

Jestem wciąż obywatelką polską i mam prawo głosować w wyborach, ale pierwszy raz w moim życiu ograniczono mi to prawo i mam z tego powodu konkretny w%rw. W Norwegii istniała możliwość głosowania wyłącznie korespondencyjnego, co mi akurat nie przeszkadzało, a nawet byłoby na rękę, bo nie musiałabym jechać do Oslo. Byłoby, gdyby nie fakt, że wszyscy znani mi rodacy w mojej okolicy otrzymali pakiety do głosowania we wtorek, a najpóźniej do piątku tego samego tygodnia powinny one zostać dostarczone do ambasady lub konsulatu (wybory odbywały się w niedzielę). Pomimo że, zarówno ja, jak i Połówek i wielu moich polskich znajomych wypełniło kartę do głosowania tego samego dnia i popędziło do lokalnych punktów pocztowych (w Norwegii już raczej nie spotyka się poczty jako urzędu – punkty pocztowe mamy zazwyczaj w wybranych supermarketach spożywczych), to list z głosem musiał czekać do środy do godziny 14.00, żeby ruszyć w swoją podróż do Oslo. Znając opieszałość norweskiej poczty wcale nie jesteśmy pewni, że nasze głosy dotarły na czas i że zostały wzięte pod uwagę w wyborach. Niektórzy byli tak zdeterminowani, że jechali do Oslo, żeby osobiście dostarczyć swoje głosy. Pakiety wyborcze zostały wysłane do nas o wiele za późno i nie wykluczone, że zrobiono to z rozmysłem (na którymś ze szczebli rządowych), zdając sobie sprawę, że w takiej sytuacji wiele głosów nie dotrze na czas.

Inna sprawa dotyczy tego, że sami musieliśmy opłacać wysłanie kart do głosowania. W Internecie wiele było niewybrednych komentarzy, że migranci to straszne dziady, skoro nie stać ich na znaczek pocztowy. Tu nie o to chodzi o cenę znaczka, ale o to, że nie powinniśmy płacić w żadnej formie za możliwość realizacji naszego prawa do głosowania – tu chodzi o zasadę, bo w skrajnym przypadku może to przyjąć taką formę, w której głosować będą tylko ludzie, których na to stać, a ci gorzej sytuowani będą pozbawieni tego prawa. A w końcu to ma być prawo przynależne każdej obywatelce i każdemu obywatelowi. Co do ceny za znaczek, to też nie taka prosta sprawa. Próbując znaleźć opcję, która zapewniłaby naszym głosom dotarcie na czas, pomyśleliśmy o ekspresie. I tu pani w punkcie pocztowym wylała nam kubeł zimnej wody na głowy, bo za każdy list musielibyśmy zapłacić po 500 kr czyli po przeliczeniu po jakieś 230-220 zł od łebka. To już zaczyna być znaczącą suma, nieprawdaż? To nie jest już te 30 czy 50 koron za zwykły znaczek, ale 10 razy tyle i tu już zaczynamy powoli wchodzić w płacenie za prawo do głosowania konkretnych sum. Tak to wyglądało u nas, moi drodzy i bardzo nam się to nie podobało (chociaż zaskoczeni nie byliśmy, widząc, co się dzieje w kraju).

Zbliża się druga tura. Połówek oświadczył, że jeżeli znowu pakiety wyborcze przyjdą w ostatniej chwili, to jedziemy dostarczyć je osobiście do Oslo. Mam nadzieję, że nie będzie to potrzebne. Otrzymałam informację, że ambasada i konsulaty już dzisiaj wysłały pakiety. Zobaczymy, kiedy przyjdą – dzisiaj mamy czwartek, więc najwcześniej będą w poniedziałek. A jeżeli przyjdą we wtorek, to można znowu mieć wątpliwości czy głosy dotrą na czas do komisji wyborczych. Nie wykluczone, że tym razem jednak będzie nas czekać wycieczka do stolicy.

A ze spraw trochę lżejszych, to jakiś czas temu pewien miły pan przeprowadził ze mną wywiad dla portalu Moja Norwegia. Nie uważam się za osobę jakoś szczególnie interesującą, ale jeżeli chcielibyście mnie posłuchać na żywo (uprzedzam, nie byłam w najlepszej formie), to tutaj macie link: WYWIAD

Pozdrawiam was serdecznie!

Wycieczka do Ålesund

No i tak – miałam pisać częściej, a wyszło jak zwykle :/ Próbowałam w tym czasie między innymi nie dać się sponiewierać do reszty różnym chorobom (nie było w tym Covidu-19) i reanimować moją firmę. Wybaczcie, ale nie miałam zupełnie serca do pisania. Dopiero niedawno zaczęłam wychodzić na prostą. Tak więc jestem z powrotem.

W Norwegii pandemia umiera śmiercią naturalną, jednak podejrzewam, że po wakacjach krzywa zakażeń skoczy wyraźnie do góry. I to nie dlatego, że Norwegowie uwielbiają podróżować (w tym roku wprowadzono tak zwane „norweskie ferie” czyli zalecenie rządu, żeby urlopy spędzać w Norwegii ewentualnie w którymś z krajów skandynawskich – wyłączywszy Szwecję), ale dlatego, że mnóstwo Polaków mieszkających i pracujących w Norwegii jedzie na lato do Polski. A w Polsce do opanowania pandemii jeszcze droga daleka, więc prawdopodobnie spora część z nich wróci do Norwegii z koronawirusem. Ja w tym roku nie lecę do Polski, chociaż miałam (jak każdy) różne plany, zrezygnowałam z nich. Nie chcę niepotrzebnie narażać siebie, Połówka czy znajomych na zarażenie wirusem, który nie jest do końca zbadany i którego efekty działania nie są całkiem znane.

Zgodnie z zaleceniami norweskiego rządu (ha!) postanowiłam pojeździć po Norwegii i sfotografować, co mi się tam nawinie pod obiektyw 🙂 Miałam w planach Lofoty, ale musiałam je odwołać i zamiast tego wyskoczyłam na chwilę do nadmorskiego miasta, Ålesund, które leży w województwie Møre og Romsdal. W tym roku spadło dużo śniegu, który topił się dosyć wolno z uwagi na chłodną wiosnę, toteż wodospady i progi wodne po drodze przedstawiały się bardzo imponująco. A trzeba wam wiedzieć, że od lat kocham miłością wielką wszelkie wodospady 🙂

Progi wodne gdzieś w okolicach miejscowości Lesja.
Wodospad Slettafossen – gigantyczna, nieokiełznana i cudowna siła.
Killingbrua w miejscowości Verma.
Wodospad w okolicach Trollveggen – najwyższej ściany w Europie i jednego z ulubionych miejsc dla wspinaczy.
Skały w okolicach Trollveggen – zabijcie mnie, nie wiem, które z tych ścian to Trollveggen – dla mnie wszystkie wyglądały jednakowo monumentalnie, a poza tym były widoczne tylko do połowy, bo druga połowa tonęła w chmurach.

Samo Ålesund wydało nam się całkiem miłym miasteczkiem, jak na Norwegię całkiem sporym. Włóczyliśmy się po jego uliczkach przez kilka godzin, pomimo 8 stopni i silnego północnego wiatru. Po powrocie na camping przez pół godziny leżałam w ubraniach w śpiworze, żeby się rozgrzać 🙂

A potem dużym kołem przez Voldę, Stryn i Lom wracaliśmy do domu. Na szczęście tego dnia pogoda była piękna, a słońce mocno przygrzewało. Niestety mój kręgosłup i moja głowa miały dosyć siedzenia przez wiele godzin w samochodzie, więc drogę powrotną przetrwałam nafaszerowana Ibuprofenem 🙁

Fotka z promu samochodowego
Tutaj staliśmy w korku na stromym podjeździe do tunelu, w którym prowadzono prace. Idealny czas na sfotografowanie Strynefjellet.
Idylliczny obrazek z przystani w Voldzie.

Mam nadzieję, że ta wycieczka nie była moją ostatnią tego lata i jeszcze uda mi się pojechać w jakieś malownicze miejsca.

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu!

Prace ogrodowe

I tak oto kończy się kwiecień. Pragnę zaznaczyć, że dosyć pracowity kwiecień. Przynajmniej u mnie. Miałam 3 tygodnie wolnego (święta i urlop zaraz potem), dzięki którym wreszcie miałam czas na doprowadzenie mojego ogródka do stanu gotowości na nadejście cieplejszych dni (ciężka fizyczna praca – przypominam, że ogród znajduje się w górach). Rozpaskudziłam też koty, które na zmianę wylegiwały się na mnie całymi dniami, co oznaczało brak możliwości podejmowania jakichś bardziej konstruktywnych zadań w domu („nie mogę, kot na mnie leży!”). Poza tym przy okazji, niemal niezauważenie, minęły moje kolejne urodziny. W tym roku było jeszcze mniej celebry niż zwykle, więc nawet nie ma o czym pisać. Pozytywem jest jednak to, że wreszcie do naszej okolicy zawitała wiosna i stopił się śnieg zalegający ogródek. Niestety, wraz ze zmianą pogody przyszły moje bóle głowy, które bardzo mi ograniczają jakąkolwiek działalność.

Typowo wiosenne kwiatki naszego regionu, Blåvais, sfotografowane starym telefonem podczas spaceru na górze za domem.

Więcej dzisiaj nie sklecę. Może następnym razem, gdy głowa nie będzie mnie boleć, napiszę coś więcej i być może nawet ciekawiej 🙂 Pozdrawiam was i trzymajcie się zdrowo!

A życie się toczy, powoli, powolutku…

Nastąpiły czasy samoizolacji lub przymusowej kwarantanny. Ja i Połówek, na szczęście podlegamy tylko samoizolacji, z tym, że ja i tak muszę jeździć do pracy 3 dni w tygodniu. W rzeczywistości to cieszymy się z tego, że możemy sobie pobyć razem i chociaż czasami dobrze byłoby wystawić nos na zewnątrz, to ograniczamy to tylko do ogródka (wciąż zasypanego śniegiem) i supermarketu (w godzinach, kiedy jest bardzo mało innych ludzi). Często spotykam się z określeniem, że pewnie jesteśmy ze sobą stosunkowo krótko i dlatego się sobą nie znudziliśmy. Tia… Jutro minie nam 20 lat odkąd jesteśmy razem 🙂 Miała być uroczysta rocznica, z tortem, winem i tak dalej, ale obejdziemy się bez tego – zrobię jakieś wegańskie ciasto, zaparzę dobrej herbaty, przytulimy koty i pójdziemy spać. Poświętujemy odpowiednio, gdy (i jeśli) świat wróci na swoje tory. Niedawno świętowaliśmy inne święto – Wiosenną Równonoc – z musem czekoladowym i sałatką owocową czyli z tym, co znalazłam w lodówce 🙂

Filiżanki kupione specjalnie na wiosenną i jesienną równonoc – gdy je zobaczyłam, wiedziałam, że będą idealnie pasować 🙂

Poza tym niewiele się dzieje. No, może z takim wyjątkiem, że KoshMara Photography siłą rzeczy musiała zawiesić działalność. Ale opłatę za wynajem lokalu trzeba płacić… 🙁 Mam nadzieję, że rząd coś wymyśli i pomoże małym, dopiero co otwartym (i już upadającym) firmom.

Postanowiłam też wykorzystać odrobinę wolniejsze tempo życia, by dowiedzieć się o rzeczach, o których zawsze chciałam wiedzieć więcej, ale albo nie było na to czasu, albo mnie przerażała konieczność znajomości wysokiej matematyki. Tym razem jednak trafiłam na coś, co idealnie wpasowało się w moje potrzeby – kurs on-line na Copernicus College o tym, jak działa Wszechświat (coś jak podstawy astrofizyki, tylko bez potrzeby ogarniania super zaawansowanej matematyki 🙂 ). Jestem dopiero po pierwszym wykładzie, ale już ten jeden wykład wyjaśnił mi wiele rzeczy, o które nawet nie wiedziałam, jak zapytać (co to jest mikrofalowe promieniowanie tła i dlaczego nie jest jednorodne, dlaczego nie możemy dotrzeć do samego Wielkiego Wybuchu i go zbadać, co to jest redshift i blueshift, i takie tam inne bardzo, ale to bardzo interesujące rzeczy). Niestety, z kolejnym wykładem muszę poczekać do weekendu, bo jednak trzeba się na nim dobrze skupić, żeby zrozumieć, a moje trybiki trochę już zardzewiały.

Kochani, czasy są niebezpieczne, więc uważajcie na siebie i nie bagatelizujcie niebezpieczeństwa, ale też nie popadajcie w panikę. Damy radę, bo kto, jak nie my? Pozdrawiam was ciepło i do następnego razu!

Życie w czasach zarazy

No i zaraza przyszła, co (według mnie i wielu innych osób – zwłaszcza epidemiologów) było tylko kwestią czasu. Norwegia ma bardzo wysoki współczynnik zachorowań w stosunku do liczby mieszkańców, głównie z powodu rozpowszechnionego zwyczaju podróżowania w zimie, ale także z powodu niezdyscyplinowania społeczeństwa. Kwarantanna kwarantanną, ale na siłownię czy inny trening przecież trzeba pójść. Gdzie najlepiej przeczekać zarazę? No oczywiście, w chacie w górach. To nic, że w ten sposób roznosimy zarazki po całym kraju, a służby medyczne mają do nas utrudniony dostęp, ale przecież nie będziemy siedzieć w domu! W dodatku z dziećmi, którym trzeba organizować czas i rozrywkę bez możliwości podrzucenia ich na jakieś zajęcia sportowe, na basen czy do kina. Zawsze jednak jeszcze pozostają narty, więc zanim oszalejemy od przymusowego przebywania ze swoimi pociechami, jedźmy do chaty. I tak oto tysiące Norwegów przemieściło się z miast na wieś. Mogę sobie to opisywać w sposób dosyć sarkastyczny, ale faktycznie tak to wygląda. Moja koleżanka, samotna matka, gdy zobaczyła, że szkoły mają być zamknięte, stwierdziła, że oszaleje ze swoimi dziećmi w domu. Poza tym nie może w tym czasie pracować, bo trzeba się nimi opiekować, a zasiłek przysługujący w takim przypadku jest dużo niższy niż normalna pensja. Rząd apelował do obywateli, żeby nie jechać do chat, ale niewiele osób go posłuchało. Chwytając się rozpaczliwych środków, władze oznajmiły, że lotnicze pogotowie nie będzie przylatywało po chorych w góry, a także, że drogi do chat nie będą odśnieżane. Nie wiem, na ile to pomogło. I faktycznie, na początku pandemii osoby, które miały zaleconą kwarantannę, nie chodziły do pracy, ale chodziły do centrów sportowych i handlowych, przy okazji potencjalnie zarażając mnóstwo innych ludzi. Wreszcie, żeby zmusić ludzi do siedzenia w domu podczas kwarantanny, ogłoszono, że kto ją będzie łamał, ten podlega sprawie karnej. Mam wrażenie, że jednak mieszkańcy wsi (a przynajmniej w mojej okolicy) są bardziej zdyscyplinowani – nie ma spotkań, imprez, ludzie nie rzucają się na produkty w sklepach spożywczych (papier toaletowy stoi sobie spokojnie na półkach) i generalnie stosują się do zaleceń służb medycznych. Ale może te zalecenia generalnie pokrywają się z życiem Norwegów na prowincji – zbytniej towarzyskości mówimy zdecydowanie „nie” 🙂

Ale koronawirus koronawirusem, a nie samą zarazą człowiek żyje. Minął już rok, odkąd ostro zabrałam się za fotografię portretową i muszę przyznać, że przez ten rok wiele się nauczyłam. Co prawda głównie robię fotografię portretową, ale widzę też, że zdecydowanie zmierzam w kierunku fine artu. I dobrze mi z tym 🙂 Poza tym trochę eksperymentuję z techniką fotografii, ale o tym na razie cicho sza. Tu mała próbka fine artu w moim wykonaniu 🙂 (po więcej zapraszam na www.koshmara.com):

Mathieu – fantastyczny facet, pełen dobrej energii i z uśmiechem dookoła głowy 🙂 Ile ja się musiałam nastarać, żeby pozował poważnie, to tylko ja i on wiemy 😀

Całkiem niedawno natknęłam się na artykuł o OWW czyli Osobach o Wysokiej Wrażliwości i wreszcie wiele klocków układanki dotyczących mojej osobowości wskoczyło na właściwe miejsce. Otrzymałam też wyjaśnienie, dlaczego gdy nie chowam się za wykształconym przez lata grubym psychicznym pancerzem, czuję się, jakby rzeczywistość przeprowadzała wiwisekcję mojego systemu nerwowego. Z czym wiąże się syndrom OWW? Z dużo większą wrażliwością, empatią i intensywniejszym przeżywaniem wszystkiego – zarówno pozytywnego, jak i negatywnego. Żeby wam przybliżyć, przytoczę dwa fragmenty z publikacji w sieci.

Fragment z artykułu z NaTemat.pl: Wystarczy, że zobaczę na ulicy bezdomnego albo zobaczę zdjęcie z rzeźni na Facebooku. Wtedy się zaczyna. Wyobrażam sobie cierpienie tego człowieka, który nie ma dokąd wrócić i musi spać na brudnej ulicy oraz zwierzęta, które boją się i przeżywają przed śmiercią prawdziwy koszmar. Mam łzy w oczach, nie mogę przestać o tym myśleć, tracę cały dobry humor. Każdy telewizyjny news o jakiejś tragedii jest dla mnie koszmarem, bo wczuwam się w emocje ludzi, którzy ją przeżyli – opowiada Edyta. Tak to wygląda, kochani.

Tutaj fragment z wywiadu z dr psychologii Moniką Baryłą-Matejczuk na portalu Hello Zdrowie: Wyobraź sobie, że odbierasz bodźce silniej niż inni. Zachwyca cię muzyka, ale po 15 minutach w klubie czujesz się, jak po całym dniu pracy fizycznej. Widzisz i czujesz więcej, potrafisz rozpoznawać emocje, ale jednocześnie wchłaniasz złe nastroje. Podejmowanie decyzji zajmuje ci znacznie więcej czasu, bo dostrzegasz i analizujesz każdy szczegół. Tak żyją osoby wysoko wrażliwe (WWO). Być może to podejmowanie decyzji zajmuje odrobinę więcej czasu, ale za to zazwyczaj te decyzje są trafne, bo rozpatrywane są niemal wszystkie możliwe ich konsekwencje. No, przynajmniej ja tak mam. A koncertów nienawidzę 🙂

Często zastanawiałam się, dlaczego ludzie nie dostrzegają rzeczy dla mnie oczywistych, dlaczego deszyfracja kodów społecznych i kulturowych czy zachowań innych ludzi stanowi dla nich taki problem. Teraz już mam wyjaśnienie tego fenomenu i wiem, że takich wrażliwców, jak ja, jest więcej. Mimo wszystko, świadomość, że nie jest się samym pomaga w życiu.

Na dzisiaj to byłoby chyba tyle. Może się okazać, że z powodu przymusowego niewychodzenia z domu (poza pracą i zakupami), będę pisać częściej 🙂

Trzymacie się zdrowo i z daleka od wirusa!

2019

Dzisiaj jest ostatni dzień tego roku i wiele osób robi podsumowanie tego, co im się przytrafiło w 2019. Do tej pory raczej rzadko brałam udział w takich spisach złych i dobrych wydarzeń, ale z racji tego, że na wiele miesięcy zamilkłam, tym razem pokuszę się o podsumowanie mijającego roku.

2019 był dla mnie rokiem zmian w życiu zawodowym. Zdając sobie sprawę z nie najlepszego stanu psychicznego, a co za tym idzie i fizycznego (u mnie to zawsze idzie w parze), postanowiłam nie walczyć z symptomami, ale ze źródłem problemu. Przez całą wiosnę robiłam kursy weekendowe w Akademii Fotografii w Krakowie, które pomogły mi uporządkować już posiadaną wiedzę i umiejętności w dziedzinie fotografii, a także pozwoliły nauczyć się czegoś nowego. W lipcu założyłam własną firmę fotograficzną, w październiku zredukowałam stały etat do 60% (czyli pracuję w archiwum 3 dni w tygodniu), a w listopadzie otworzyłam własne studio w centrum Lillehammer. Wielokrotnie słyszałam od przyjaciół i znajomych posiadających swoje firmy, że to praca 7 dni w tygodniu po 24 godziny na dobę i tego się spodziewałam. Nie zawiodłam się – KoshMara Photography to rzecz, która ciągle siedzi mi w głowie i nawet, gdy nie zdaję sobie sprawy, że o niej myślę, to myślę, planuję i rozwiązuję problemy 🙂 Z perspektywy tych minionych miesięcy uważam, że redukcja etatu i praca profesjonalna z fotografią, to była chyba jedna z najlepszych decyzji tego roku. I nie jest ważne, że na razie ponoszę niemal wyłącznie koszty (wynajem lokalu, zakup sprzętu, rozwijanie własnych umiejętności, itd.), bo odzyskałam energię do życia i działania. Moi przyjaciele zauważyli, że wrócił mi błysk w oku i uśmiech na twarz, a klienci twierdzą, że wizyta w moim studio, to prawdziwa przyjemność 🙂 Czyli zawodowo jestem na plusie.

Selfa zawsze wychodzi cudnie, chociaż nie jest profesjonalną modelką.

Zdrowotnie też się nieco polepszyło, ale to zasługa zmiany stylu pracy (ja się nie nadaję do pracy za biurkiem). Dzięki systematycznym ćwiczeniom, fizjoterapii i ograniczeniu statycznej pracy w archiwum, trzymam kręgosłup w szachu i czasami nawet zapominam, że coś z nim nie tak. Problemy z silnymi bólami głowy nadal występują z okresowym nasileniem, ale neurolożka przepisała mi leki, które mam nadzieję pomogą. W tym roku zyskałam nową bliznę po zabiegu chirurgicznym, tym razem na ramieniu. Zabawna jest, ale mi nie przeszkadza – w zasadzie lubię moje blizny, bo każda opowiada jakąś historię.

Jednak w 2019 nie wszystko szło dobrze. Pod koniec roku moja starsza kotka (prawie 16 lat) znowu chorowała, a ja ze zmartwienia schudłam 4 kilogramy. Na szczęście, chyba jest już lepiej (2 dni temu skończyła drugą dawkę antybiotyku). Oby do wiosny.

Kolejny raz moje pisanie okazało się zbyt mało komercyjne i chociaż w styczniu opublikowałam opowiadanie Iselilja w zbiorku „Dzieje się. Fantastyka społecznie zaangażowana”, to książka SF z silnymi wątkami kultury japońskiej, nie doczekała się uznania w oczach wydawców. Trochę mi to (po raz kolejny) podcięło skrzydła i dałam sobie spokój z pisaniem (miedzy innymi dlatego też nie pisałam bloga). Na szczęście już mi przechodzi i coś tam sobie znowu po cichutku skrobię w notatniku 🙂

W tym roku zakończył się także duży międzynarodowy projekt naukowy, w którym brałam udział, a ja postanowiłam zakończyć moją przygodę z życiem badaczki. Od kilku lat walczyłam o zatrudnienie na stanowisku badawczym w Norwegii, ale z powodu wielu przyczyn (głównie niezależnych ode mnie), moje projekty, pomimo pozytywnej ewaluacji, były odrzucane. Konkurencja w tym sektorze w Norwegii jest bardzo ostra i najczęściej wygrywają tak zwani „swoi” (tak, ta sytuacja nie różni się zbytnio od sytuacji w Polsce), a mnie się już nie chce brać w tym udziału. Tylko patrząc na półki zastawione literaturą fachową i segregatorami pełnymi notatek, trochę mi szkoda tych lat, które poświęciłam badaniom. Ale nie można mieć wszystkiego 🙂

W tym roku nie byłam także na żadnej wyprawie. No, prawie. Byłam kilka dni w Bieszczadach, gdzie pojeździłam konno (wielki pozytyw) i trochę poszlajałam się po górach. Jednak z uwagi na brak możliwości znalezienia opiekunów do kotów na czas nieobecności, inne nieznane kraje i miejsca pozostały nieosiągalne.

Bieszczady – Strzebowiska, widok o poranku

Z tego podsumowania wynika, że mijający 2019 nie była ani specjalnie zły, ani wybitnie dobry. Było i źle, i dobrze. Dla mnie jednak (niepoprawnej optymistki), ten rok był dobrym rokiem i nie mam na co narzekać 🙂 Pozdrawiam was serdecznie i życzę, żeby dla was 2020 był wyjątkowo dobry 🙂

Aha, na allegro.pl jest wystawiona przeze mnie aukcja na rzecz WOŚP – sesja fotograficzna w Lillehammer albo w Krakowie. Zapraszam do licytowania, bo cel jest szczytny.

Jak to jest być puzzlem czyli rozważania antropologiczne o niedopasowaniu

Od jakiegoś czasu jestem na zwolnieniu lekarskim. I to z jakiego powodu? Takiego, którego najmniej się spodziewałam – nadciśnienie. Byłam tak zaskoczona odczytami ciśnieniomierza, że nawet nie wiedziałam, jak to skomentować. W dodatku na chorobowym przyplątała mi się infekcja bakteryjna ze zwykłego otarcia i od kilku dni jestem na antybiotykach. Biorę antybiotyki pierwszy raz od wielu lat i mój organizm nie reaguje na nie najlepiej, ale jakoś trzeba to przetrwać. Katastrof ciąg dalszy – mój aparat oddany do naprawy w Krakowie, nie został mi oddany na czas. Ktoś też próbował mnie oszukać, udając, że wszystko zostało naprawione. Sprawdziłam, nie było. I teraz, gdy jest piękna pogoda, a ja mam trochę wolnego czasu i wreszcie namierzyłam moją potencjalną stałą modelkę, nie mam czym robić zdjęć. Jestem chora i bez aparatu fotograficznego, i tylko moje wewnętrzne zen nie pozwala mi rozwalić czegoś w drobny mak (ja tylko wyglądam na tak opanowaną, a w duszy szaleje chaos i zniszczenie 🙂 ).

Z drugiej strony, problem z aparatem był taką chwilą, która przeważyła szalę. Od dłuższego czasu nosiłam się z oficjalnym zarejestrowaniem mojej firmy w Norwegii, ale na samą myśl o tym ogarniała mnie lekka panika. Gdy zostałam bez aparatu na nie wiadomo na jak długi czas, zostałam zmuszona do zakupu nowego. I tak chciałam go kupić, ale zależało mi na tym, żeby wrzucić go w koszty działalności firmy, bo uwierzcie mi – profesjonalny sprzęt fotograficzny, to są potężne koszty. Będąc w tak niewesołej sytuacji, ekspresowo zarejestrowałam firmę (w Norwegii robi się to przez Internet, a potwierdzenie rejestracji i nadanie numeru trwa raptem kilka dni) i zakupiłam aparat fotograficzny plus obiektywy. Teraz niecierpliwie czekam, aż dostarczą mi paczkę 🙂

Tak, kochani, oficjalnie ogłaszam, że KoshMara Photography jest firmą zarejestrowaną zgodnie z prawem norweskim (hurra!) 😀

Jakiś czas temu wpadłam na kilka dni do Polski, głównie jak zwykle na kurs fotograficzny (tym razem profesjonalna studyjna fotografia portretowa). Przy okazji jednak wyruszyłam na chwilę w trasę czyli dłuższą podróż samochodem. Kiedy prowadzę, mam czas pomyśleć – to jest taka chwila tylko dla mnie i dla mojego mózgu, kiedy razem rozwiązujemy problemy i często dochodzimy do istotnych wniosków. Tym razem było podobnie.

Jak wiecie (a przynajmniej część z was), specjalizowałam się w migracjach, w różnych jej aspektach. Często sama dla siebie byłam polem badawczym, co pozwalało mi na długoterminowe rozkładanie różnych zagadnień na czynniki pierwsze i szczegółową ich analizę. I chociaż już wycofałam się ostatecznie z prowadzenia badań naukowych, to zwyczaj analizowania problemów mi pozostał. Ostatnio takim problemem jest fakt mojego narastającego poczucia bycia nie na miejscu. Pomimo mieszkania w Norwegii ponad 13 lat, rośnie we mnie zmęczenie i nie wiedziałam, czym ono dokładnie jest i czym jest ono powodowane. Podczas mojej wyprawy samochodowej udało mi się to wreszcie właściwie sformułować (antropologicznie, rzecz jasna). Dotarło do mnie, że pomimo tak długiej nieobecności w Polsce, moich antypatii politycznych i generalnego wkurwu na wielu ludzi, w Polsce JESTEM, podczas gdy w Norwegii STARAM SIĘ BYĆ. Podzieliłam się tymi przemyśleniami z moją przyjaciółką, do której jechałam, a która reemigrowała z Norwegii do Polski i ona zrozumiała od razu znaczenie tego zdania. W dodatku w pełni się z nim zgodziła. Ale za to ktoś inny (umysł ścisły), nie bardzo wiedział, o co mi chodzi. Pytał: „Jesteś”, ale czym? Kim? Oczekiwanie na proste odpowiedzi, podczas gdy odpowiedź na to pytanie bynajmniej prosta nie jest. Na BYCIE składa się wiele rzeczy, które definiują jednostkę, ale także przestrzeń wokół, z którą jednostka wchodzi w interakcję. No dobra, bardziej zrozumiale 🙂 Kiedy mówimy „jestem”, zazwyczaj to precyzujemy – jestem córką mojej matki, jestem antropolożką, jestem fotografką, jestem żoną fantastycznego faceta, jestem Polką, jestem kobietą i tak dalej. Każde to określenie umieszcza nas w określonej przestrzeni, sprawia, że przynależymy do pewnej grupy (żon fantastycznych facetów, kobiet, fotografów, itd.), co pozwala na łatwiejsze zrozumienie pozycji, jaką zajmujemy w określonym społeczeństwie (np. społeczeństwie naszego miasteczka, wioski, instytutu, itp.). Na niektóre rzeczy nas definiujące mamy wpływ, a na inne nie (przykład: zmieniam zawód na fotografkę i to kolejna rzecz, która będzie mnie definiowała, ale urodziłam się i wychowałam Polką, na co nie mam wpływu). Duży wpływ na to ma kultura, której jest się częścią i której kody rozumie się automatycznie, bez wysiłku. No i oczywiście, język, który od razu klasyfikuje cię czy jesteś „swój” czy „obcy”. Dobra, to naprawdę temat na bardzo długie i zawiłe rozważania antropologiczne, których chcę wam oszczędzić 🙂 Wyobraźcie sobie układankę puzzli, gdzie jesteście jednym z elementów pasującym do pozostałych – wchodzicie we właściwe miejsce łatwo, miło i przyjemnie. To jesteście wy w kulturze, w której wyrastaliście. Potem ten sam kawałek puzzla usiłujecie przypasować do innej układanki i tam już tak łatwo nie wchodzicie. Jesteście dopasowywani do różnych jej miejsc, formowani na nowo w nieco inny kształt, żeby zostać dopasowanym. Zmieniacie się sami z własnej woli lub pod wpływem otoczenia. I zazwyczaj są to daleko idące zmiany, przeciwko którym czasami sami się buntujecie. Jednak chcąc BYĆ w nowej układance, mniej lub bardziej musicie się dopasować. I tak to wygląda ze mną – jestem takim puzzelkiem, który automatycznie wskakuje na swoje miejsce w Polsce, podczas gdy w Norwegii po tylu latach wciąż muszę się dopasowywać, by znaleźć swoje miejsce w układance. Często słyszę, że może w takim razie powinnam wrócić do Polski. To nie takie proste. Po pierwsze, kocham Norwegię i tutaj mam swój dom. Co prawda, Polskę też kocham i tam też mam (prawie) swój dom, ale Norwegia to kraj, który wybrałam świadomie, a nie w którym się urodziłam. W Polsce jestem pasującym puzzelkiem, gdy przyjeżdżam na krótko, a znając siebie, w dłuższej perspektywie bardzo szybko zaczęłaby mnie uwierać polska rzeczywistość i byłabym puzzelkiem wiercącym się niespokojnie, marudzącym i narzekającym. To też nie jest dobra opcja. W moim przypadku nie ma łatwego rozwiązania, ale już samo zdefiniowanie problemu ułatwia mi zrozumienie tego, co się ze mną dzieje. Wygląda też, że jeszcze długo czeka mnie rozdźwięk pomiędzy puzzelkowym JESTEM i STARAM SIĘ BYĆ 🙂

Zdjęcie ze strony http://www.photo-noel.com/puzzle/

Moja mała walka o środowisko i festiwal w Hamar

Przyszło lato. No, wreszcie, chciałoby się powiedzieć. Tym razem jednak to lato jest bardziej norweskie niż rok temu, gdy zdarzało się, że w Oslo było goręcej niż w Madrycie. To zatrważająca oznaka zmieniającego się klimatu, niestety. Od lat można zaobserwować wzrost temperatury w Norwegii. To właśnie w takich krajach o ekstremalnym klimacie te zmiany widać najbardziej. W zimie zamiast -35 stopni, mam -15, a w lecie zamiast 18, jest 25 lub 28. To oczywiście przyjemniejsze temperatury, ale mnie niepokoją, bo mam świadomość, że wraz z ocieplaniem się klimatu w naturze dochodzi do gwałtownych, wręcz dramatycznych zmian. Zdecydowanie wolałabym te -35 i pewność, że migracje ryb zachowują swój stały rytm, a żywiące się nimi ptaki, foki czy niedźwiedzie polarne nie umierają z głodu. Od lat prowadzimy segregację odpadków, a od kilku jeszcze bardziej restrykcyjną niż jest to w norweskim standardzie. Od dłuższego czasu używam na zakupy toreb wielokrotnego użytku, a w zeszłym roku udało mi się dopaść przeźroczyste siateczki na warzywa i owoce, więc zużycie plastiku ograniczyłam jeszcze bardziej. Dzięki takiemu rozwiązaniu nagle zniknęły z mojego domu hałdy jednorazowych reklamówek, z którymi już nie wiadomo było, co robić. Jupi! O tyle mniej plastiku trafi do natury. To takie moje małe zwycięstwo 🙂 Niestety, wciąż niemożliwe jest w mojej okolicy kupowanie wielu produktów bez niepotrzebnych plastikowych opakowań 🙁 Mam nadzieję, że niedługo i to ulegnie zmianie.

W związku z nadejściem lata przyszła też pora na rozpoczęcie sezonu wikińskiego. Tradycyjnie rozpoczęliśmy go od festiwalu średniowiecznego w pobliskim Hamar. W sobotę była przepiękna pogoda – słońce i wysoka temperatura, a mnie rozpierał optymizm i chęć do działania. Niestety, niedziela była pochmurna i deszczowa, a mój kręgosłup rechotał szyderczo, domagając się wciąż nowych dawek środków przeciwbólowych. Czyli, było jak zwykle :/ Wraz z koleżanką, która jest poważnie chora i dla niej także takie wyjazdy pod wikiński namiot niosą ze sobą bolesne doznania, zastanawiałyśmy się, dlaczego my to w ogóle robimy. Po co nam to? Obydwie też byłyśmy zgodne, że na następny festiwal i tak pojedziemy 🙂

Poniżej wrzucam kilka fotek z Hamar. Jeżeli chcielibyście zobaczyć więcej takich zdjęć, to zapraszam na Facebooka na stronę House of Dragons.

Nasza łódka, Mjøsen Lange.
Obozowisko o poranku (większość jeszcze śpi).
Tańce, hulanki, swawola w obozie wikińskim 🙂
Pogaduchy przy kupowaniu łuku
Łódka nocą
Cudowne konie ze swoimi jeźdźcami w części późnośredniowiecznej. Wszyscy jeźdźcy w konkurencjach myśliwskich (zręcznościowych), to kobiety. Między innymi rzucały włócznią czy cięły mieczem i były w tym świetne.
Połowa z ciężko opancerzonych rycerzy, to też były kobiety (niech się męski szowinizm schowa do mysiej nory 🙂 ).

Pozdrawiam was serdecznie i do następnego razu!