Przedwiośnie

Ciemnia – nad zlewami wiszą efekty ćwiczeń z aparatami wielkoformatowymi (fotka z telefonu).

Właśnie w mojej okolicy trwa najgorszy okres w roku – przedwiośnie. Śnieg jeszcze leży i jest go całkiem sporo, co oznacza, że miną co najmniej 2 tygodnie zanim zobaczę trawę w moim ogródku :/ Drzewa są łyse i bure, chociaż gdzieniegdzie można zobaczyć już bazie. Depresyjnie, bo już chciałoby się poczuć wiosnę i ciepłe dni dają na nią nadzieję, podczas gdy temperatura w nocy nadal spada do -8. No i szlag człowieka trafia. Pewnie przechodziłabym to przedwiośnie równie ciężko jak co roku, gdyby nie moje szalone weekendy. Na przemian albo jestem w Krakowie na kursie, albo robię jakąś sesję fotograficzną. Uczestnictwo w kursie jest świetne, bo oprócz tego, że porządkuję nabyte przez całe życie umiejętności i poznaję nowe rzeczy, to jeszcze robię to w gronie ludzi, którym też sprawia to przyjemność. Jednym słowem, jest zabawa 🙂 Oprócz tego jest mój Kraków z tłumami ludzi na ulicach, magicznymi miejscami, kwitnącymi krzewami forsycji na Plantach, z przyjaciółmi i znajomymi, którzy dzielą się ze mną swoją dobrą energią. Co prawda łączy się to z bólem kręgosłupa, spowodowanym długim siedzeniem (pociąg, samolot, kurs – wszędzie siedzenie, które mnie zabija), ale z tym nauczyłam się żyć.

Sesje portretowe są dla mnie dużym wyzwaniem. Rzadko się za nie zabierałam, głównie ze względu na moją trudność w nawiązywaniu dobrego kontaktu interpersonalnego – byłam (i wciąż trochę jestem) chorobliwie nieśmiała. Teraz koncentruję się głównie na nich i chyba nieźle mi to wychodzi (sesje, nie koncentracja). Doszło do tego, że do połowy maja mam weekendy wypełnione sesjami, a co więcej, sprawiają mi one wielką radość. Zaczynam sobie przypominać, jak to jest, gdy lubi się to, co się robi.

Zdjęcia z sesji Nadii i Michała.

A tak na marginesie, wreszcie obejrzałam Zimną wojnę. Wiem, mam refleks ślimaka, ale lepiej późno niż wcale 🙂 I o ile zdjęcia mnie zachwyciły i uważam je za najwyższą operatorską szkołę jazdy, to sama historia mnie nie ujęła. Opowieść o toksycznej miłości prowadzącej do zniszczenia nie przemówiła do mnie. Dużo bardziej podobała mi się opowieść Romy i cieszę się, że to ona zdobyła Oskara.

Z niecierpliwością czekam na krótkie, ale za to intensywne norweskie lato, bo obiecałam sobie, że w tym roku odwiedzę w Norwegii trochę nowych miejsc.

Pozdrawiam serdecznie i do następnego razu! Mara

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.