O niespokojnej duszy

Kilka dni temu, niepostrzeżenie, minęło 20 lat od mojego przyjazdu do Norwegii. Taka okrągła liczba, która mi mówi, że już 2/5 mojego życia mieszkam w tym dziwnym, zimnym kraju. Czy czuję się tu jak w domu? I tak, i nie. Oswoiłam sobie to miejsce, język, ludzi, czuję się tu bezpiecznie i zazwyczaj dobrze, ale nie patrzę na Norwegię bezkrytycznie. To kraj, jak każdy inny – ma swoje zalety, ale ma i problemy. Bardzo dużo mi dał – pewność siebie, otwarte horyzonty, wolność myślenia, niezależność, ale i wiele zabrał – spontaniczność, radość, bliskość, poczucie wolności (nie mylić z wcześniejszą wolnością myślenia). Ale takie jest życie i żeby osiągnąć swój cel lub cele, trzeba po drodze wiele poświęcić. Na końcu tylko się zastanawiasz, czy było warto. Patrząc z mojej perspektywy, myślę, że jednak było.

Często spotykam się z pytaniem, zwłaszcza ze strony Norwegów: „No, teraz to już chyba tu zostaniesz, prawda?”, a ja odpowiadam: „Nie wiem”. Zaskoczeni pytają: „To chcesz wrócić do Polski?”, ja na to: „Raczej nie…”. Wtedy rozmówca najczęściej głupieje. Gdy jest po prostu wścibski, to go tak zostawiam, ale gdy to ktoś, kogo znam i lubię, to tłumaczę, że wciąż jeszcze nie znalazłam dla siebie miejsca i być może nigdy mi się to nie uda. Zawsze jednak wiem, gdzie jest mój Dom – tam, gdzie jest mój Połówek i moje koty. Bo Dom to nie miejsce.

Mam w swoim życiu okresy – czasami zamykam się w sobie i próbuję tylko przetrwać kolejny dzień, czasami aż tryskam energią i prę do przodu, jak lodołamacz na wiosnę, a czasami jest tak, że czuję w duszy zew, który pcha mnie do wędrówki (niezależnie czy to wędrówka po górach, czy po ulicach miast). Przez wiele lat próbowałam ten zew ignorować i kosztowało mnie to wiele. Teraz mu się poddaję i daje mi to wiele radości. Mam „niespokojną duszę” i nauczyłam się żyć z nią w zgodzie.

Jak niektórzy z was wiedzą, kolekcjonuję muminkowe kubeczki i generalnie uwielbiam Muminki. Wybierając kubeczek na herbatę, nigdy nie jest to przypadkowy kubeczek – dopasowuję go do pory roku, dnia, pogody czy nastroju. Moje kubeczki zawsze coś znaczą. Przed laty Połówek bez wahania określił mnie, jako Małą Mi (z charakteru, a nie tylko z fryzury). No, cóż, to prawda, że zazwyczaj walę prawdą między oczy, ale z czasem nauczyłam się podawać tę prawdę w sposób dosyć dyplomatyczny (inaczej deportowaliby mnie z Norwegii w sposób ekspresowy). Tyle, że moje charakterologiczne związki z postaciami Muminków są dużo bardziej skomplikowane. Zawsze ciągnęło mnie też do Włóczykija i tego, że gdy przyszedł czas, rzucał wszystko i wyruszał na wędrówkę. Doskonale go rozumiałam. Nigdy jednak nie znalazłam kubeczka, który by oddawał tę dwoistość mojej natury. Aż do zeszłego roku, gdy kupiłam jeden z jubileuszowych kubków o nazwie „Przyjaciele na zawsze”. Był na niej Muminek, Mała Mi i Włóczykij – cała trójka siedziała na drzewie. Pomyślałam, że to wypisz-wymaluj my – Połówek i ja, w całej rozciągłości mojej dwoistej natury 🙂

Pozdrawiam i do następnego razu!

Przyjaciele na zawsze

Wyprawa do Japonii – Kioto. Cześć I

Powracam z wpisami odnośnie naszej wyprawy do Japonii, bo niedługo mogę zapomnieć szczegółów i zostaną tylko zdjęcia.

I tak oto dotarliśmy do Kioto – miasta, które było głównym punktem w planie tej japońskiej podróży. Tu też spędziliśmy stosunkowo najwięcej czasu (aż 4 dni). Najbardziej też ze wszystkich podobał mi się hotel, w którym nocowaliśmy. Jak na standardy japońskie pokój był duży, z balkonem, łazienką i własną kuchnią, co ceniliśmy najbardziej, bo mogliśmy się na własną rękę objadać tubylczymi kiszonkami z dodatkiem różnych innych lokalnych przysmaków. Hotel mieścił się w małej uliczce i wyglądał jak otaczające go domy mieszkalne. Zaraz obok przepływała rzeka, a po jej drugiej stronie była świetna ekologiczno-wegańska knajpka Veg Out, w której się żywiliśmy. Zdecydowanie Kioto była dużo bardziej przyjazne weganom i wegetarianom niż Tokio.

Ja w Veg Out nad Misą Buddy.
A to mój deser. Oczywiście z matchy 🙂

Myśląc o tych dwóch miastach, Tokio i Kioto, nasunęło mi się porównanie do Warszawy i Krakowa – podobnie nowa i stara stolica, podobnie Tokio prężne i nowoczesne, a Kioto skierowane w stronę historii i kultury. Doszłam do wniosku, że proporcjonalnie w Kioto jest tyle świątyń, ile w Krakowie kościołów 🙂 I niewielką część tych świątyń udało nam się zobaczyć.

Jedna z najbardziej znanych na świecie (między innymi z lasu bambusowego Arashiyama), to Tenryu-ji, leżąca na obrzeżach miasta. To kompleks świątynny szkoły zen rinzai, z pięknym ogrodem, lasem bambusowym i stadami turystów. Ostatnio można było ją zobaczyć w serialu Netflixa „Samurai battle”.

Kompozycja z głazów przed wejściem do głównego budynku
Staw z czaplą, która ze spokojem olewała tłumy turystów robiące jej zdjęcia
Krótki rzut okiem, jak to wyglądało. Nawet ja się zaplątałam w oko kamery 🙂
Wspominany już przeze mnie las bambusowy Arashiyama przy świątyni
Tu możecie zobaczyć, jak wysoki jest w rzeczywistości ten bambusowy las.

W świątyni znajduje się też restauracja prowadzona przez mnichów, w której można zjeść lunch. Ilość posiłków jest ściśle ograniczona i wyprzedaje się błyskawicznie. Nie ma karty dań i wszyscy dostają to samo. Na szczęście to kuchnia buddyjska, więc jest wegańska. Posiłek jest różnorodny i obfity, więc każdy może znaleźć dla siebie coś smacznego. Obsługiwały nas panie, ale chyba nie były mniszkami, chociaż kto je tam wie 🙂

Jadło się we wspólnej sali, każdy miał swój stoliczek
To ja w oczekiwaniu na posiłek
A oto nasze jedzonko

Zdecydowanie moją ulubioną świątynią w Kioto jest Fushimi Inari-Taisha poświęcona bogini Inari. Charakterystyczne dla tej świątyni są czerwono-pomarańczowe bramy torii, a raczej ich olbrzymia ilość, tworząca tunele wspinające się po zboczu góry, a także figury lisów, które są posłańcami bogini. Uwielbiam lisy, więc siłą rzeczy to moje ulubione miejsce kultu w tym mieście. Sama świątynia została założona w 711 roku, więc ma już swoje lata.

Tabliczki z prośbami. Każda świątynia ma swój własny model. Fushimi Inari-Taisha ma bramy torii.
Wejście na teren świątyni
Bramy torii mogą być wielkie…
… lub rozsądniejszych rozmiarów.
Lisi strażnik świątyni, obowiązkowo w złoto-pomarańczowym fartuszku.

Lisy czyli kitsune, przedstawiane są wraz z trzymanymi w pyszczkach symbolami bogini Inari – kłosem ryżu (urodzaj), klucz do spichlerza, okrągły klejnot hoju/tama symbolizujący boską energię, duszę lub mądrość, a także zwój jako symbol wiedzy i mądrości. Najczęściej przedstawia się je w parach, lisica i lis, po obu stronach wejścia.

Idąc sobie drogą bram, zboczyliśmy na boczną ścieżkę i trafiliśmy do zacienionego miejsca (może cmentarza, może małego miejsca lisiego kultu), gdzie były dziesiątki starszych i nowszych figurek lisów. Ja, oczywiście, wpadłam w szał fotografowania i szybko stamtąd nie wróciliśmy 🙂

Po drodze minęliśmy małą górską kaplicę, w której motywem przewodnim były smoki.

Tabliczki modlitewne

Jeszcze jedną świątynią, która odwiedziliśmy w Kioto, była bardzo znana Kiyomizu-dera. Jest położona na wzgórzu, z którego rozciąga widok na Kioto. Kiyomizu-dera to kompleks, na który składa się wiele mniejszych lub większych świątyń, kaplic i pagód. Kiyomizu-dera na przestrzeni 1000 lat była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a obecnie znajduje się na liście światowego dziedzictwa kulturowego UNESCO. Jak można się było spodziewać, w świątyni były tłumy turystów, chociaż dotarliśmy tam na krótko przed zamknięciem. Tłumy były też na drodze ze świątyni do dzielnicy Gion.

Kaplica z figurkami Jizo
Widok na taras świątynny, a w tle panorama Kioto
Masywna konstrukcja podpierająca taras

I chyba na tym zakończę pierwszą część relacji z Kioto. Ten wpis musiałam podzielić na dwie części, bo podczas pobytu tam dużo się działo, a ja zrobiłam całą masę zdjęć 🙂 Czekajcie na drugi odcinek 🙂