Całkiem niezły rok

A dzisiaj nie będzie o Japonii. Mam jeszcze sporo materiałów z wyprawy, ale dzisiaj zrobimy sobie przerwę od moich azjatyckich przygód.

Jest zima. No, przynajmniej kalendarzowa, bo wczoraj, 26 grudnia 2025 roku, było 5 stopni. Na plusie. Najdziwniejsza zima odkąd przyjechałam do Norwegii (za miesiąc stuknie mi 20 lat pobytu, więc to jest coś) – ciepła i bez śniegu. Straszne dziwactwo. Dzisiaj za to wiatr wieje tak silnie, że nasz pobliski most cały czas „śpiewa”. „Śpiewa” to takie górnolotne określenie – skubany gwiżdże tak głośno, że aż obudził mnie w nocy. Zazwyczaj podczas wiatru gwiżdże dosyć subtelnie, ale nie tym razem.

Świąt bożego narodzenia, jak zwykle, nie obchodziłam, więc ten czas był dla mnie okresem czystego lenistwa – czytania książek do 2 – 3 w nocy i odsypiania zarwanych nocy do 11. Już dawno tak dobrze nie odpoczęłam. Z uwagi na to, że odebrałam sobie nadgodziny, zaczęłam świętować przesilenie zimowe już od popołudnia 18 grudnia i z drobną przerwą na dwa dni pracy (tylko po 4 godziny dziennie), świętować będę do 5 stycznia. Nabrałam energii i robię rzeczy, które odkładałam od co najmniej kilku miesięcy. To takie pozytywne zakończenie roku 2025.

Dużo się w tym roku działo, ale najważniejsza dla mnie jest nasza, moja i Połówka, podwójna rocznica – od 25 lat jesteśmy razem, a od 20 jesteśmy małżeństwem. To naprawdę spory kawał czasu i jeżeli ktoś sobie myśli, że zawsze było różowo, to jest w wielkim błędzie. Życie, zwłaszcza wspólne, jest takie, że czasami jest cudnie, a czasami daje mocno po tyłku. Gdy teraz sobie o tym myślę, to przed oczami staje mi obraz nas obydwojga w szyku wikińskim, w zbrojach, z tarczami i mieczami – stoimy razem na przeciw codziennego życia i wspieramy się bez wahania. Wyjazd do Japonii, to taka wisienka na torcie tego naszego rocznicowego roku – wspólne przeżycie czegoś niezwykłego. Doświadczenie, które mogliśmy ze sobą dzielić.

My vs. życie
Bywało też miło i optymistycznie 🙂
Wspólny lunch u mnichów w Kioto
W słońcu i w deszczu razem w Kioto 🙂

Następny rok, 2026, też zapowiada się ciekawie. Otóż w przyszłym roku kończę 50 lat (ha, ha, ha 😀 ). Z racji tego okrągłego jubileuszu mam trochę planów. Pierwszy z nich już zaczęłam realizować. To wyzwanie czysto fizyczne, która ma mi pozwolić przetestować moje ciało – jak wiele jest w stanie znieść. Oczywiście, przy moich kłopotach ze zdrowiem, robię to w pełni świadomie i doskonale znając moje ograniczenia. Już jakiś czas temu postanowiłam być miła dla mojego ciała – nic na siłę, w pełni respektować jego ograniczenia, ale jednocześnie nie traktować go, jak obiektu niepełnosprawnego. Trochę przydługi ten wstęp, ale zaraz wam wyjaśnię, o co chodzi. Jakiś czas temu obejrzałam na Netflixie japoński sportowy reality show, w którym występowali byli reprezentanci różnych dyscyplin sportowych. Te ich zmagania były dla mnie bardzo inspirujące i przypomniały mi o wielu rzeczach w życiu, w których pomogło mi trenowanie sportu. W jednym z zadań uczestnicy musieli robić skłony. Łatwo nie było, skłony były na skosie. Jeden z uczestników zrobił ich prawie 500. Zdeklasował w tej konkurencji swoich rywali, ale także zasiał w mojej głowie ziarno, które sobie powolutku kiełkowało. Po pewnym czasie zadałam sobie pytanie: czy ja bym tak potrafiła? W czasach mojej młodości 300 „brzuszków” to była dla mnie norma, ale to było jakieś 30 lat temu. Co kilka lat robię sobie takie małe wyzwanie i sprawdzam, czy dam radę zrobić 200. Jak do tej pory udawało się wyjść z tego z tarczą. Oczywiście, nie robię tych 200 od razu, tylko dochodzę do tego stopniowo. Tym razem zastanawiałam się nad 300 skłonami. Czy dam radę? A potem uznałam, że po co się rozdrabniać – prawdziwe pytanie brzmi, czy dam radę zrobić 500 skłonów? I to było dobre pytanie 🙂 Jestem w trakcie wyzwania i jak na razie jestem na etapie 350. Jak będzie dalej, zobaczymy 🙂

Patrząc wstecz, mogę tylko powiedzieć, że 2025 to był dla mnie dobry rok. Oby 2026 trzymał poziom 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *