Drugim etapem naszej podróży po Japonii były Alpy Japońskie, a dokładniej olimpijskie Nagano i niewielka Hakuba. Dlaczego akurat tam? A dlatego, że chciałam poznać osobiście Dorotę, która prowadzi tam pensjonat, a z którą znam się internetowo od kilku dobrych lat. Ciekawiło mnie też, jak wygląda ta Japonia leżąca nieco bardziej na uboczu popularnych tras turystycznych, które preferują obcokrajowcy. Dotarliśmy tam pociągiem (expressem i shinkansenem).
Nagano bardzo mi się spodobało. Przypominało mi w pewnym sensie Lillehammer – stosunkowo niewielkie, górskie miasteczko turystyczne. Tak, wbrew temu, co napisałam powyżej, można było spotkać turystów, ale byli to niemal wyłącznie turyści lokalni, japońscy, którzy przyjechali przede wszystkim pokłonić się buddzie w słynnej świątyni Zenkoji. My również odwiedziliśmy tę świątynię, do której udało nam się dotrzeć przed samym niemal zamknięciem.









Z Nagano odebrała nas Dorota z mężem i zawiozła do Hakuby, gdzie spędziliśmy bardzo miły wieczór i gdzie wreszcie się porządnie wyspałam (przeszedł mi jet-lag). Następnego dnia Dorota zawiozła nas do stacji kolejowej Omachi, skąd podmiejskim pociągiem dojechaliśmy do Matsumoto. Tutaj pragnę podkreślić, że podróż tym lokalnym pociągiem, który zatrzymywał się na każdej stacji i którym podróżowali ludzie do pracy, dzieci i młodzież do szkoły, starsi ludzie załatwiać swoje sprawy, z okien którego można było zaglądać ludziom do ogródków i na pola, to jedna z moich ulubionych części wyprawy japońskiej. To podczas tej około godzinnej wyprawy mogłam doświadczyć kawałka tej prawdziwej, „nie-turystycznej” Japonii i dyskretnych, zaciekawionych spojrzeń innych pasażerów, dla których biały to wciąż ciekawostka, a nie uciążliwość. No cóż, antropologiem/etnologiem/etnografem się jest, a nie bywa 🙂

Matsumoto to miasto słynne ze swojego Czarnego Zamku, który w przeciwieństwie do zamku w Osace, zwiedzało się bardzo przyjemnie. Z powodu koloru swoich murów zamek ten nazywany jest często Zamkiem Kruków lub Wron i jest jednym z pięciu japońskich zamków zachowanych w oryginale. Dlaczego nie ma pewności czy chodzi o kruki, czy wrony w nazwie? Podejrzewam, że chodzi o pisownię – obydwa gatunki nazywa się tam karasu i badajże ten właśnie znak kanji jest w nazwie zamku.

Po drodze zahaczyliśmy jeszcze o muzeum miejskie, gdzie można było obejrzeć wystawę japońskich mieczy, a także makietę Matsumoto sprzed kilkuset lat.


Mnie zachwyciły lalki tworzone z tkanin. To zupełnie inna kategoria szmacianek 😉

W regionie przed kilkudziesięciu laty odtworzono i spopularyzowano tradycyjne rzemiosło wytwarzania dziecięcych piłeczek z przędzy.

Z Matsumoto pojechaliśmy pociągiem do Tokio, ale to już inna historia 🙂
