Tak to jakoś się porobiło, że w październiku byłam na 2,5-tygodniowej wyprawie w Japonii. Wreszcie, prawda? Cześć z was (bliżej mnie znających) ma pewnie nadzieję, że w końcu przestanę zanudzać o tej Japonii, skoro koniec końców do niej dotarłam i skończy się ich niemal 25-letnia katorga (to o tych najwytrwalszych, którzy są ze mną tak długo 😉 ). Muszę was rozczarować – teraz dopiero zaczyna się na poważnie 😉 Ale o co tu chodzi? – spytają mniej zorientowani. Zaraz wam wyjaśnię.
Otóż od czasów studiów interesuję się Japonią – jej kulturą, historią, polityką, sprawami społecznymi, itd. Nigdy tego nie robiłam zawodowo, ale to moje hobby, które jest ze mną baaardzo długo. Oszczędzę wam szczegółów, bo trochę by to trwało, ale podsumuję to tylko jednym zdaniem: japońska rzeczywistość jest dla mnie rzeczywistością oswojoną. Ciekawa byłam też, jak będę się czuła, gdy skonfrontuję moje wyobrażenie o Japonii ze stanem faktycznym. Jednak nie obawiałam się tego zbytnio i jeszcze przed podróżą oświadczyłam publicznie, że to moja pierwsza podróż do tego kraju, ale bynajmniej nie ostatnia. To taka wyprawa zwiadowcza, która pozwoli mi lepiej zaplanować kolejne. No i jak to wypadło w rzeczywistości, to moje zetknięcie z Japonią? Och, weszłam tam jak puzzelek w całość układanki. Było dokładnie tak, jak to sobie wyobrażałam (no, pominąwszy te gigantyczne tłumy turystów z zagranicy).
Przez te ponad 2 tygodnie w Japonii było bardzo intensywnie i trudno byłoby mi opisać wszystko w jednym wpisie, więc postanowiłam podzielić tę podróż na części ściśle związane z miejscami, w których się zatrzymaliśmy. I tak, będzie dużo zdjęć (jakżeż mogłoby być inaczej? 😉 ).
Lot na trasie Oslo-Osaka z przesiadką w Dosze.
Polowaliśmy na bilety długo i intensywnie, więc udało nam się kupić je po dosyć umiarkowanej cenie, biorąc pod uwagę długość i komfort lotu. Traf padł na Qatar Airways, wersja ekonomiczna (cena za klasę biznesową skutecznie mnie zastopowała). Trochę się martwiłam, jak zniosę tak długa podróż (Oslo-Doha 6,30 h, Doha-Osaka 9,30 h), głównie ze względu na mój kręgosłup i na to, że szybko się nudzę, ale sama byłam zaskoczona, jak to bezboleśnie minęło.

Osaka
Osaka przywitała nas piękną pogodą i 28 stopniami, więc z Połówkiem kryliśmy się w cieniu 🙂 Od razu rzuciły nam się charakterystyczne dla całej Japonii plątaniny kabli wiszące nad głowami przechodniów.

W hotelu Brighton City Osaka mieszkaliśmy na piętrze 13, a numer naszego pokoju to 1313. Sprawiło nam to wiele radości 🙂

W Osace zetknęliśmy się pierwszy raz z tłumami turystów w zamku Osaka. Z perspektywy dalszych odwiedzonych zamków, był on najmniej atrakcyjny. Niemniej architektura tego zamku i tak robiła wrażenie.


W kompleksie zamkowym znajdowała się także świątynia Hokoku shrine, która wywarła na mnie bardziej pozytywne wrażenie, niż sam zamek.





Kapliczki spotkać można w Japonii w niemal każdym miejscu. Niezwykle urocza była niewielka świątynia Hozen-ji wciśnięta pomiędzy budynki i sklepy w jednym z najbardziej handlowo-turystycznych rejonów Osaki, w pobliżu rzeki Dotonbori. Gdyby nie Google maps, przegapiłabym ją, przechodząc obok i szukając czegoś bardziej odznaczającego się. W Hozen-ji charakterystyczne są omszałe posągi buddy – dwa małe siedzące i jeden większy stojący. Omszałe są dlatego, że modlący polewają je wodą. Co i ja uczyniłam 🙂 Do polewania ustawia się wciąż niemalejąca kolejka, co świadczy o niesłabnącej popularności tej małej świątyńki.




Od czasów dzieciństwa, które upłynęło mi między innymi w pobliżu cmentarza, bardzo lubię takie miejsca. Dlatego też chciałam odwiedzić japoński cmentarz buddyjski w Osace i zobaczyć, jak bardzo różni się on od tych polskich czy norweskich. Po pierwsze – ten konkretny cmentarz leży w centrum miasta, pomiędzy budynkami bloków mieszkalnych, domów, firm i szkół. Stele, posągi buddów i figurki Jizo nadają temu miejscu niezwykły klimat. Zresztą, sami zobaczcie.




Osaka okazała się gwarnym, kolorowym i mocno zaludnionym miastem. Oczywiście, znalezienie wegańskiego jedzenia w Japonii to nie lada wyzwanie, ale ja mam już wieloletnie doświadczenie w szukaniu miejsc oferujących jedzenie takim wybrykom natury jak ja, więc dało radę 🙂 Szczególnie miło wspominam szefa Obatę z malutkiej izakaya (tradycyjnej japońskiej mini-restauracji) specjalizującej się w tempurze. Zaskoczyliśmy go tym, że nie chcemy ani mięsa, ani ryb, a mimo to ugościł nas po królewsku.





Udało nam się także zajrzeć tego wieczora do jazzowej knajpki Jack Rose, gdzie posłuchaliśmy koncertu na żywo i to tylko dla nas 🙂 To był wtorek wieczorem i oprócz jednego stałego bywalca, byliśmy w tym barze tylko my 🙂 Co nie zmienia faktu, że pani pięknie grała na fortepianie i równie pięknie śpiewała jazzowe utwory.

W Osace byliśmy na dobrą sprawę tylko jeden cały dzień, ale i tak uważam ją za przyjazne i sympatyczne miejsce, które daje możliwość stosunkowo łagodnego wejścia w zatłoczoną japońską rzeczywistość.
